<<< Dane tekstu >>>
Autor Božena Němcová
Tytuł Babunia
Wydawca Wydawnictwo „Katolika“
Data wyd. 1905
Druk Wydawnictwo „Katolika“
Miejsce wyd. Bytom
Tłumacz Paweł Rybok
Tytuł orygin. Babička
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
X.

Na żernowskie wzgórze wchodziły pątnice, było ich pięć: Babunia, pani matka, Krystyna, Andzia i Baśka. Pierwsze dwie miały na głowie białe chustki, które, złożone na wzór dachu, ochraniały pątnicom twarze od promieni słońca. Dziewczęta były w okrągłych kapeluszach. Dwie starsze kobiety niosły na plecach tłomoczki, w których żywność była umieszczona.
— Mnie się zdaje, że słychać śpiew, — odezwała się Krystyna, gdy doszły na szczyt wzgórza.
— Tak jest, słychać śpiew, — przytakiwały dziewczęta.
— Chodźmy prędko, Babuniu, aby nas nie odeszli, — nagliły dzieci Babunię i chciały się puścić w bieg.
— O wy głuptasie! — odparła Babunia, — wszak przewodnik wie o nas, to poczeka za nami.
Uspokojone tem przemówieniem dziewczyny kroczyły znów równo ze starszymi.
Na wierzchu wzgórza pasł owczarz trzodę i kłaniał się już z daleka pątnicom.
— Nie zmokniem przecież, Józefie? — zapytała pani matka.
— Nie róbcie sobie kłopotu! — odrzekł zapytany, — do pozajutrza pogoda wytrzyma. Ofiarujcie i za mnie jedno „Ojcze nasz“. Szczęśliwej drogi! — dodał owczarz.
— Daj, Panie Boże! Nie zapomnimy! — odpowiedziały pątnice.
— Babuniu, zkąd to Józef wie? — zapytała Baśka.
— Gdy ma być deszcz, — rzekła Babunia, — wychodzi robactwo z ziemi. Czarne krzeczki wyglądają z dziur, jaszczurki i pająki się kryją, a jaskółki latają tuż nad samą ziemią. Owczarze zaś są cały boży dzień pod gołem niebem, a nie mając nic do roboty, obserwują te zwierzątka, jak żyją. Najlepszy kalendarz, to góry i niebo. Po jasności gór i kolorze obłok poznają, czy będzie pogoda, czy słota, czy nastąpią wichry, czy spadną krupy, czy śnieg.
Przed żernowską kaplicą stała gromada pątników: mężczyzni, kobiety, dzieci. Niejedna matka zabrała ze sobą dziecię w pierzynce, aby je ofiarować Matce Boskiej i prosić o przywrócenie zdrowia lub oddać pod opiekę Matki Najświętszej.
Przewodnik Marcin stał w progu kaplicy, wysoka postać jego była widoczna ponad wszystkich, tak że jednem spojrzeniem zdołał objąć powierzoną sobie gromadę pątników. Gdy spostrzegł, że Babunia ze swojemi nadchodzi, rzekł:
— Teraz zebraliśmy się wszyscy, możemy się więc udać w drogę, a wpierw zmówimy „Ojcze nasz“ na intencyę szczęśliwej drogi. Pątnicy uklękli do modlitwy, a wieśniacy na drodze modlili się razem z nimi. Potem przeżegnali się święconą wodą, jeden z młodzieńców podniósł wysoki krzyż, który narzeczona Tomasza ozdobiła wiankiem, a Krystyna czerwoną wstęgą, i stanął na czele zgromadzonych. Mężczyzni ustawili się około niego, za nimi kobiety według wieku. Lecz nie ruszyli się jeszcze, bo gospodynie dawały ostatnie rozporządzenia swym domownikom, gospodarze napominali czeladź, aby uważała na ogień i pilnowała gospodarstwa, dzieci wołały do rodziców: „Przynieście nam pamiątkę z odpustu!“, staruszki zaś prosiły: Zmówcie za nas jedno „Zdrowaś!“ Wtem przewodnik Marcin zaintonował doniosłym głosem: „Bądź pochwalona — Zdrowaś Marya!“, pątnicy zaśpiewali pieśń chórem, młodzieniec podniósł krzyż w górę i kompania ruszyła do Światonowic.
W drodze zatrzymali się pątnicy przed każdą kaplicą, każdą „Bożą Męką“, każdym krzyżem, fundowanym z powodu zaszłego na tem miejscu nieszczęścia, przed każdym obrazem „Matki Boskiej” i odmawiali „Ojcze nasz”, „Zdrowaś Marya“ i „Wierzę w Boga Ojca“.
Baśka i Andzia uważały początkowo bacznie na przewodnika Marcina i śpiewały zarówno z drugiemi pątnikami. Gdy kompania już za „Czerwoną Górą“ była, Baśka zapytała nagle Babunię:
— Babuniu, gdzie jest Turyń, gdzie to nieme dziewcze mieszkało?
Lecz dziś nie miała szczęścia, bo Babunia szorstko odrzekła:
— Gdy idziesz na odpust, masz pamiętać o Panu Bogu, a nie myśleć o innych rzeczach! Śpiewaj, a jak nie, to się módl po cichu!
Dziewczęta więc znów chwilę śpiewały. Lecz gdy przyszły do lasu i spostrzegły tu i owdzie w trawie czerwone poziomki, zabrały się do zbierania smacznego owocu, wszak byłoby szkoda zostawić je w trawie, przyczem sobie powykrzywiały kapelusze, a w dodatku opadły im zakasane suknie. Nie mało więc miały kłopotu i nie mogły brać udziału w nabożnym śpiewie. Naraz przyszedł im na myśl kołacz w tłomoczku i bez namysłu zabrały się do smacznej pracy. Ni Babunia, ni pani matka nie uważały na dzieci, bo były zatopione w modlitwie. Za to Krystyna, która Adelkę za rękę prowadziła, często je upominała, a nareszcie się szyderczo do nich tak odezwała:
— Wyście tu bardzo potrzebne! Z pewnością zyskacie wielki odpust!
Gdy zmrok zapadał, doszli pątnicy do Światonowic. Przed miasteczkiem zatrzymali się. Kobiety obuły trzewiki, poprawiły sukien i dopiero potem ruszyła kompania do miasta. Pątnicy udali się wpierw do studzienki pod kościół, gdzie woda wytryska siedmiu promieniami z pod drzewa, ozdobionego wizerunkiem Matki Boskiej. Tu uklękli i odmawiali modlitwy. Pokrzepiwszy się następnie źródlaną wodą, omyli twarze i oczy po trzykroć. Bo ta czysta, źródlana woda ma cudowną moc, a tysiące ludzi zawdzięcza jej przywrócone zdrowie.
Z studzienki udali się do oświetlonego kościoła, w którym się rozlegał odgłos przeróżnych melodyi. Zgromadzone tu bowiem były kompanie z przeróżnych okolic, a każda śpiewała własną pieśń na własną melodyę.
— Ach, Babuniu, jak tu pięknie — odezwała się po cichu Baśka.
Ślicznie! uklęknij i módl się, — rzekła Babunia.
Dziewczę padło na kolana obok Babuni. Staruszka schyliwszy głowę do samej ziemi, zasyłała rzewne modły do Najświętszej Boga Rodzicielki, której obraz, ozdobiony wiankami, promieniał w ołtarzu, oświetlonym przeróżnemi światłami. Wianki i różeczki ofiarowały panny i narzeczone, ażeby Przenajświętsza Panna błogosławić raczyła ich miłości.
Cudowny obraz był odziany drogą sukienką i obwieszony drogocennemi wotami. Były to ofiary tych, którzy w chorobach i dolegliwościach na tem miejscu ulgi i pociechy szukali i takowe znaleźli.
Po ukończonych modłach zamówił przewodnik Marcin u kościelnego, co było do zamówienia i następnie poprowadził powierzone owieczki na nocleg, którego im atoli szukać nie potrzebował, bo jak jaskółki na wiosnę wróciwszy, same stare gniazda odnajdą, tak pospieszali pątnicy na miejsca, gdzie rok rocznie noclegowali, i nie zabrakło nigdzie ni chleba, ni soli, ni czystej pościeli.
Pani matka i Babunia noclegowały w domu pewnego dozórcy kopalni węgla. Dozórca i żona jego, to starzy uczciwi ludziska, „ludzie ze starego zakonu” mawiała Babunia; człowiek był u nich jak we własnym domu.
Pani dozorczyni, dowiedziawszy się, że pątnicy z Żernowa na odpust przybędą, oczekiwała gości pod wieczór na ławie przed domem, aby dobrych znajomych już w progu przyjąć.
Przed nocnym odpoczynkiem otworzyła gospodyni domu obszerną skrzynię, i z upodobaniem wyłożyła przed przybyłemi znajomkami swe zasoby: była tam wielka ilość płótna, kanawasów i przędzy własnej roboty, którą z roku na rok pomnażała.
— Dla kogóż to wszystko odkładacie, kiedy córka już dawno wyszła za mąż? — zapytała zdziwiona pani młynarzowa.
— Mam trzy wnuczki, a wiadomo wam przecież, że:

„Płótno i przędza,
Z domu wypędza!“

odpowiedziała pani dozórczyni.
Tego samego zdania była i pani młynarzowa; lecz pan dozórca, wróciwszy do domu, rzekł:
— Ah! matka znów te stare klamory wykłada; może kazać na licytacyę zadzwonić?
— O panie ojcze; byłoby szkoda; wszak to wszystko mocne jak żelazo; taki towar nie pójdzie na licytacyę ani za pięćdziesiąt lat.
Pani dozorczyni bardzo żałowała, że nie mogła poczęstować Babuni niczem innem jak chlebem, bo staruszka, wybierając się na odpust ślubowała, nic innego w usta nie wziąć jak chleb i wodę; a ślub był dla niej święty i nie byłaby się dała niczem w świecie od raz powziętego postanowienia odwieść.
Pani matka wychwalała bardzo nocleg, a leżąc w pierzynach z puchem, rzekła do siebie wielce zadowolona:
— Nie ma co mówić; przyjemne legowisko; człowiek leży mięko jak w śniegu.
Krystyna i Andzia były na noclegu u pewnej wdowy. Miały spać na górze w sianie, gdzie im gospodyni wyznaczyła legowisko. Dziewczyny były takie zmęczone, żeby się i na kamieniu były dobrze wyspały. Tej nocy jednakowóż nie zostały na górze, lecz zeszły po drabinie do sadu.
— Nie jest tu tysiąckroć lepiej aniżeli na górze? Zagroda to nasza komora, gwiazdy nasze świece, a zielona trawa nasza pierzyna, — rzekła Krystyna, owijając się w suknię i kładąc się na murawie pod drzewem.
— Słuchaj tylko, Krystyno, stara Fuskowa chrapie, jakby kamienie meł, — rozśmiała się Andzia.
— Tak, tak! Obok niej spać, to prawdziwa rozkosz! — odpowiedziała Krystyna, — a zwracając się do znajomej przyjaciółki, zapytała:
— Co myślisz, Frania, przyjdą-li jutro?
— Na pewno! — zawołała Frania, — Tomasz przypędzi jak na koniu, zaś niepodobno, aby Mila nie miał przyjść, wszak on cię kocha!
— Kto wie, czy tak jest, jeszcze mi tego nie powiedział.
— Powiedzieć nie potrzeba, to się i tak wie. Ja sama nie wiem, czy mi kiedy Tomasz oświadczył, że mnie kocha, a mimo to się kochamy i niezadługo będzie wesele.
— A kiedy będzie na pewno wesele? — zapytała Krystyna.
— Myślę tak około św. Katarzyny[1], bo ojciec nam chce puścić gospodarstwo i pójść na „wymowę” do osobnej chałupki, jak ją wybuduje, będzie wesele. Pięknieby było, gdybyśmy w ten sam dzień ślub miały, — odpowiedziała Frania.
— Co ty mówisz, myślisz, że już ręka w rękawie, a tu jeszcze wszystko het za górami.
— Co nie jest, jeszcze być może. Stary Mila będzie rad, że się Jakób do was przyżeni, a twój ojciec dostanie sprawnego syna. Nikt się do waszego gospodarstwa i do ciebie lepiej nie nadaje. Co prawda, to prawda: Jakób jest najprzystojniejszy młodzieniec z całej wsi, a ludzie mówią, żeby nawet Łucya sołtysowa o niego płakała.
— Widzisz, oto kamień, który nam leży w drodze! — westchnęła Krystyna.
— Cha! więcej jak kamień, — rzekła Frania, — czy myślisz, że Łucya sama z siebie mało znaczy? a do tego da ojciec jeszcze worek guldenów.
— Tem gorzej! — rzekła po cichu Krystyna.
— Lecz dla tego sobie nie łam głowy, bo aczkolwiek ojciec Łucyi jest sołtysem, to jeszcze nie Panem Bogiem, a Łucya się i ze swemi guldenami z tobą równać nie może. Zresztą, Mila sam ma zdrowe oczy.
— Lecz gdy mu się nie poszczęści i nie przyjmą go w służbę do dworu i będzie musiał pójść do wojska? — zapytała Krystyna.
— Nie myśl o tem, gdy pan rządca będzie zbyt czarno patrzał, zaklei mu się oczy, rozumiesz?
— Toby może pomogło, chociaż się nie zawsze uda. Lecz w świętojańską noc mi się śniło, że Mila do mnie przyszedł, więc z tegoby wynikało, żebyśmy się mieli pobrać. Lecz sen, to mara, Babunia także mówi, że się nie godzi wierzyć w sny lub podstępem dochodzić, co Pan Bóg z nami uczynić zamierza, — rzekła Krystyna.
— Wszak Babunia, to nie ewangelia święta, — odparła Frania.
— Ja wierzę w Babunię, jak w pismo święte, bo poradzi człowiekowi otwarcie i sumiennie, a każdy przyznać musi, że jest kobietą szczerą i nie zna obłudy, a co powie, jest świętą prawdą! — odpowiedziała Krystyna.
— I ja staruszkę za taką uważam, ale pomimo to dałabym sobie palec u ręki uciąć, że w młodości swej w to samo wierzyła, co i my! Na starość się wszyscy zmieniają. Tak i nasza matka skarży się ustawicznie na nas, że my młodzi tylko do zabawy, do tańca i wesela, i że nie mamy tyle rozumu w głowie, ileby się w makówce zmieściło; powiada, że za jej młodych lat tak nie bywało, a ja wiem bezsprzecznie, że nasza prababunia nie była w młodości swej o włos lepsza od nas, jako też zapewnić mogę, że gdy my się postarzejemy, taką samą piosenkę nucić będziemy. Ale teraz polećmy się opiece Matki Boskiej i śpijmy, — skończyła Frania, owinęła się następnie w suknię, a gdy Krystyna po chwili w jej twarz spojrzała, spała już na dobre.
Na ziemi obok karmiła obca kobieta niemowlę, które się żadną miarą uspokoić nie chciało.
— To wam, matko, dziecię każdą noc tak dokazuje? — zapytała tejże sąsiadka, która się na[2] płacz dziecka ze snu obudziła.
— Już od dwóch tygodni każda noc jest taka, jak dzisiejsza. Gotowałam już, co tylko kto poradził, jako to: główki makowe, powój pachnący i t. p., ale to nic nie pomogło. Kowalowa powiedziała, że mu się strupy na trzewach porobiły. Postanowiłam ofiarować dziecko na ołtarzu Matce Boskiej: Niechaj wyzdrowieje albo niech je Pan Bóg odwoła do siebie, — skarżyła się kobieta.
— Połóżcie niemowlę jutro pod odpływ źródła przy studzience i to tak, aby woda trzykroć przez nie przeszła, bo moja dziewczyna od tego wyzdrowiała, — radziła kobieta, a obróciwszy się na drugi bok, za chwilę głośno chrapać zaczęła.
W następny dzień rano podawali sobie zgromadzeni przed kościołem pątnicy ręce na znak wzajemnego przeproszenia i przebaczenia, odzywając się przytem w te słowa:
— Przebaczmy sobie, aby i nam było odpuszczone!
Wtem odezwały się tuż za Krystyną i Adelką dwa znajome głosy:
— Niech i nam będzie odpuszczone!
— I bez spowiedzi macie rozgrzeszenie, — odpowiedziała Frania, podawając rękę Tomaszowi, Krystyna zaś, rumieniąc się, przywitała się z Milą.
Młodzieńcy powierzyli się opiece Marcina i poszli z kompanią do kościoła.
Po nabożeństwie udali się pątnicy po zakupna. Pani matka nakupiła całe paczki obrazków, różańców, figurek i rozlicznych innych przedmiotów.
— Mam czeladź, ludzie przychodzą ze zbożem, a każdy się ogląda, czy co z odpustu nie dostanie — tłómaczyła się pani matka Babuni.
Obok Babuni stała przy kramie stara Fuskowa, także już babka. Byłaby rada różaniec z kłokocinowego drzewa kupiła, lecz gdy jej handlarz oświadczył, że dwadzieścia grajcarów dobrych pieniędzy kosztuje, smutnie odłożyła paciorki, mówiąc, że różaniec jest za drogi.
— Drogi? kobieto! mówicie, że ten różaniec drogi? — rozsierdził się handlarz. — To wyście, osobo, jak długo żyjecie różańca z kłokocinowego drzewa jeszcze w ręce nie miała! Kupcie sobie różaniec z piernika!
— Ale, panie ojcze, może komu innemu nie będzie za drogi, lecz dla mnie z pewnością, bo nie mam więcej przy sobie jak pół papierowego reńskiego; to całe moje bogactwo! — odpowiedziała babka.
— Za to nie kupicie kłokocinowego różańca, — oświadczył handlarz.
Fuskowa oddaliła się od kramu, ale Babunia poszła za nią i radziła jej, aby się udały razem do innego handlarza, który ma daleko tańszy towar.
I rzeczywiście! Drugi handlarz dawał wszystko za cenę, jaką Babunia sama wyznaczyła, tak że Fuskowa za pół papierowego reńskiego kupiła nie tylko kłokocinowy różaniec, ale i obrazki i różne inne drobnostki.
Gdy dwie babki odeszły od kramu i Fuskowa się z Babunią pożegnała, zapytała Baśka staruszkę:
— Nie prawda, Babuniu, wyście handlarzowi dopłacili, co Fuskowa za mało dała; wszak dobrze widziałam, jakeście na niego mrugali, gdy Fuskowa na was nie zważała.
— Kiedyś widziała, nie mów o tem dalej, bo co daje prawica, o tem nie ma wiedzieć lewica, — odpowiedziała Babunia.
Krystyna kupiła srebrny pierścionek z dwoma gorejącemi sercami, wobec czego kupił Mila obrączkę, na której były wytłoczone dwie złożone ręce.
Pątnicy dali wszystkie zakupione przedmioty poświęcić i relikwiami świętymi pocierać, a następnie otaczali każdą pamiątkę z odpustu, czy to różaniec, obrazek, pierścionek, lub książkę szczególną czcią i chowali w takim szacunku jak relikwię samą.
W końcu pątnicy podziękowali swoim gospodarzom za nocleg i fatygę, pomodlili się jeszcze raz przed obrazem przy cudownem źródle, polecili się opiece Matki Boskiej i udali się w drogę do Żernowa.
Przy studni w lesie retyńskim, niedaleko od dziewięciu krzyży, zatrzymali się na krótki wypoczynek. Spragnieni jak byli ustawili się około studni, a spostrzegłszy, że Krystyna daje pić Mili z złożonych dłoni, żądali wszyscy od niej wody, na co się dziewczyna chętnie zgodziła.
Starsi się potem rozsiedli na trawie i opowiadali, jakie zakupna porobili i jaką cenę zapłacili, a nareszcie gwarzyli o kompaniach, które zarowno z nimi były na odpust przybyły.
Dziewczyny pobiegły do lasu zbierać kwiaty na wianki, młodzieńcy zaś tyczasem naprawiali wielki grób i drewniane na nim krzyże.
— Na jaką pamiątkę wystawiono tu dziewięć krzyży, — zapytała Baśka Andzię, dla której równała kiście kwiatów do wianków.
— Słuchaj! opowiem ci krótko, — rzekła Andzia.
Niedaleko od tego grobu stoi stare zburzone zamczysko, ryzenburskiem zamkiem zwane. Przed dawnymi czasy mieszkał w tym zamku rycerz Herman, który się zakochał w prostej dziewczynie, zamieszkałej w jednej z pobliskich wsi. Dziewczynie zalecał się jeszcze drugi młodzieniec, którego atoli nie lubiła, bo już Hermanowi była miłość ślubowała.
W dzień ślubu rano przyniosła matka Hermana synowi czerwone jabłka i zastała go smutnego i zamyślonego w pokoju, a gdy go o przyczynę smutku zapytała, odrzekł, że sam nie wie, czemu się smuci. Zatrwożona matka prosiła Hermana, aby na wesele nie jechał, gdyż miała zły sen. Lecz Herman się nagle z zamyślenia zerwał, pożegnał się krótko z matką, dosiadł konia i pojechał.
Lecz koń stanął we wrotach zamku jak wryty i nie chciał ruszyć z miejsca.
Matka przybiegła do bramy i błagała syna powtórnie:
— Synu, zostań w domu, koń się opiera; to zły znak, nieszczęście cię czeka.
Ale rycerz nie usłuchał matki, dał koniowi ostrogi i popędził przez most. Za mostem koń stanął dęba!
Po raz trzeci matka prosiła syna, aby się wrócił, ale Herman na nic nie zważał i pomimo przestróg pojechał do narzeczonej.
Gdy orszak weselny mijał to właśnie miejsce, gdzie dziś krzyże stoją, napadł drugi zalotnik ze swojemi przyjaciołmi na uczestników wesela. Wszczęła się zaciekła bójka między konkurentami, w której Herman poległ. Młoda pani przebiła się z rozpaczy nożem, weselnicy zabili napastnika i jeszcze dziewięć ludzi zginęło w walce.
Złożyli wszystkich do jednego grobu i postawili na pamiątkę krwawego zajścia dziewięć krzyży.
Od tego czasu ludzie krzyże poprawiają, a gdy z żernowską kompanią latem tu przechodzimy, zawieszamy na krzyżach świeże wianki i odmawiamy „Ojcze nasz” za spokój dusz poległych.
Tak opowiedziała Andzia historyę grobu i krzyży. Lecz stara Fuskowa, która w pobliżu grzyby zbierała i słowa Andzi po części słyszała, odezwała się tak:
— Rzecz się nieco inaczej miała, Andziu! Bo Herman był rycerzem zamku litoburskiego a nie ryzenburskiego; dziewczyna zaś była ze Światonowic; a zabili Hermana, zanim do młodej pani dojechał, razem z świadkami i drużbami. Niewiasta czekała i czekała, lecz nadaremnie.
Gdy weselnicy usiedli do stołu, zadzwonił dzwonek konający. Młoda pani pytała się po trzy razy matki, komu na skonanie dzwonią. Matka się wymawiała jak mogła, aż nareszcie zaprowadziła córkę do komory, gdzie leżał Herman zabity. Gdy młoda pani widziała, co się stało, wbiła sobie nóż w serce. Pogrzebali ich wszystkich w jednym grobie. Tak ja historyę słyszałam — skończyła Fuskowa.
— Któż rozstrzygnie, która z nas prawdę mówi, gdyż się to działo przed pradawnymi czasy. Zresztą, tak czy tak, źle się stało. Lepiej, gdyby się byli mogli pobrać i szczęśliwie żyć.
— Ale w takim razie niktby nie był o nich wiedział, nie wspominalibyśmy o nich, nie uwieńczalibyśmy ich grobów, — odezwał się Tomasz, naprawiając jodłowy krzyż, który się rozpadł.
— Nie chciałabym być taką nieszczęśliwą niewiastą, — rzekła Andzia.
— Ja także nie! — zawołała Krystyna, wychodząc z zarośla z wiankami.
Ba! i jabym nie chciał w dzień ślubu zostać trupem, — odrzekł Mila; — a jednak Herman był szczęśliwszy od swego rywala, który wiele cierpieć musiał, gdy patrzał, że tę, którą kochał, inny prowadził do ołtarza. Dla tego powinniśmy się za niego rzewniej modlić, bo umarł w złości i gniewie, a Herman w szczęściu i łasce Bożej.
Dziewczyny powiesiły wianki na krzyżach, rozsypały ostatnie kwiaty na mchem porośnięty grób i pomodliwszy się chwilę, wróciły do reszty pątników. Po chwili młodzieniec podniósł krzyż w górę, przewodnik zaintonował nabożną pieśń i pątnicy zdążali do domu. Na rozdrożu, niedaleko Żernowa, oczekiwali ich domownicy. Dzieci usłyszawszy zdaleka śpiew a zoczywszy czerwoną wstęgę na krzyżu, pędem pobiegły matkom naprzeciwko, nie mogąc odczekać upominków z odpustu. Nie doszła kompania jeszcze do wsi, a chłopcy już trąbili na nowych trąbkach, piskali na piszczałkach, ujeżdżali na drewnianych konikach, dziewczęta niosły lalki, koszyczki, obrazki i serca z marcepanu.
Po wspólnej modlitwie w kaplicy podziękowali pątnicy przewodnikowi, powiesili wieniec z wstęgą na ołtarzu, młodzieniec ustawił powierzony mu krzyż na swojem miejscu i potem wszyscy rozeszli się do domu.
Gdy Krystyna podała rękę Andzi na pożegnanie, spojrzała dziewczyna na srebrny pierścionek, błyszczący na palcu Krystyny, i z uśmiechem zapytała:
— Wszak to nie ten sam, któryś kupiła?
Krystyna się zarumieniła, lecz nim się na odpowiedź zdobyła, rzeki Mila:
— Krystyna mi dała serce, a ja jej rękę.
— Słuszna zamiana; daj Boże szczęście! — zawołała ucieszona Andzia.
Pod lipami przed młynem siedzieli Proszkowie z panem ojcem i spoglądali ciekawie na żernowskie wzgórze. Gdy słońce zasyłało ostatnie promienie na wierzchołek wzgórza, kąpiąc w złocie korony szerokich dębów i smukłych jesionów, zabłysnęły w niskich gąszczach białe chustki i słomiane kapelusze migały się pomiędzy zielenią.
— Idą! — zawołały dzieci, które były najpilniej na wzgórze uważały i pierzchnęły wszystkie trzy ku mostu.
Proszkowie z panem ojcem poszli śladem malców Babuni i pani matce naprzeciwko. Dzieci Babunię całowały i obskakiwały, jakoby jej rok cały nie były widziały. — Baśka zaś chwaliła się, że ją ani trochę nogi nie bolały. Babunia dowiadywała się od dzieci, czy o niej pamiętały, a pani matka zapytała pana ojca:
— Cóż nowego?
— Łysemu włosy obcięli! Co to była za operacya! moja pani matko! — odpowiedział pan ojciec, robiąc przytem wielce poważną minę.
— Od was się człowiek nigdy prawdy nie dowie, — rozśmiała się pani matka, uderzając pana ojca zlekka przez rękę.
— Gdy jesteście w domu, to was pan ojciec gniewa, a gdy was niema, chodzi zamroczony i nie może znaleźć sobie miejsca, — odezwała się pani Proszkowa.
— To święta prawda, pani kumotro; mężowie nas tylko wtenczas umieją ocenić, gdy nas braknie, — rzekła pani matka.
Następnie mówili o tem i owem i opowiadaniom nie było końca. Światowicki odpust był dla mieszkańców małej doliny, chociaż nie nadzwyczajnem, bo się powtarzał rok w rok, ale jednak tak znamiennem zdarzeniem w ich życiu, że mówili o nim całe czternaście dni; a gdy się który z sąsiadów do Wambrzyc wybrał, to mówiono o tem ćwierć roku, a już o pątnikach do Marya Cel opowiadano rok cały.




  1. 26 listopada przypada św. Katarzyny.
  2. Przypis własny Wikiźródeł Szarym kolorem są zaznaczone dwa odgadnięte nieczytelne drobne fragmenty tekstu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Božena Němcová i tłumacza: Paweł Rybok.