<<< Dane tekstu >>>
Autor Charles Leconte de Lisle
Tytuł Bhagavat
Pochodzenie Przekłady
z poetów obcych
Wydawca „Gazeta Polska”
Data wyd. 1899
Druk J. Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Antoni Lange
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Bhagavat.

Wielka Rzeka przez lasy, w drzew tysiące strojna,
Ku jeziorom bez granic fale swe spokojne
Toczy, wspaniała, niby lotos nieba czysty,
Co życie całe wlewa w jeden hymn wieczysty;
Kryształ niepokalany, jasny i przezroczy,
Jak niewinność co zdobi młodych dziewic oczy!
Błogosławione Sury, co cierpienia śmierzą,
Białoskrzydłe łabędzie sine fale śnieżą,

Strzegąc wód rzeki świętej, duchów pierwoświata,
Błękitnej czary, z której pije Bhagavata.

Pod chłodnym cienieni jujub, pogiętych w pałąki,
Trzej mędrcy w cichej gęstwi trzcin nadrzecznej łąki,
Patrzając w nenufarów olbrzymie kielichy,
W rozmyślań pogrążyli się rozkoszy cichej.
Na trzcinach bambusowych, w sen zapadłszy miły,
Złotogłowe ptaszęta w słońca blasku lśniły,
Nie zważając na żądła skrzących się perełek,
Muszek, które kąsały szkarłat ich skrzydełek.
Włosem czarnym i szorstkim odzian, król niedźwiedzi
W dzikiem mruczeniu, wiecznie sierdzi się i biedzi
I łyka miód i zjada owoce bananów.
Małpy się kołysały na gałęziach lianów.
W wilgotnem legowisku, podwinąwszy nogi,
Z wysmukłym grzbietem w pręgi — śpi tygrys złowrogi;
Przedzierając się między liliową gęstwiną,
Jako pnie drzew ciężarne, krokodyle płyną.
Czasami słoń myśliciel, król lasów dziewiczych,
Przechodzi i na ścieżkach znika tajemniczych:
Posiwiały współcześnik plemion zaginionych,
Z melancholią wspomina o wiekach minionych.
Na każdy szum uważna gazela trwożliwa
Wyskakuje i naraz w morze trzciny wpływa.
Pod pokryciem nopalów skaczą antylopy.
A w czarnym cieniu gęstwin, z napiętemi stopy,
Z czujnem okiem, nerwowa, drżąca, chytra, cicha.
Młodej krwi ich spragniona pantera wciąż czyha.
Na drzewach zwisły gady o olbrzymiem ciele;
Spiralną, dziwną linią suną dusiciele.
A nad kwiatów kobiercem, wielobarwnie wdzięcznym
Napełniając powietrze swoim lotem dźwięcznym,

W gęstych rojach wybiegłe śród lasów zieleni,
Drgają pszczoły, promienne od słońca promieni.
Tak to życie olbrzymiem, boskiem tętnem biło,
Iskrzyło się, wzdychało, śpiewało, marzyło.
Ziarna, co już rozkwitły lub szły do rozkwitu,
Spuszczały i wznosiły żyzne łono bytu.
Lecz ciszę nieczynności nadludzkiej owiani,
Długiem życiem zgnębieni, milczeli bramani
Pogrążeni w surowe myśli swych głębiny
Zamieszkali samotne świętej Rzeki trzciny;
Znużeni miast człowieczych wrzawą i próżnością,
W nieznanym świecie poją się ducha radością
Z tego, co dano wszystkim, lepszą część wybiorą,
I w wnętrzu duszy myśl swą utkwili z pokorą.
W końcu kiedy dzień spływał w nieboskłonu cienie,
W oczy ich purpurowe rzucając spojrzenie,
Pod chłodnym cieniem jujub, które wiatr kołysze.
Każdy z kolei przerwał tę mistyczną ciszę.


MAITREYA.

Jam był młody i igrał w dolinie ojczystej
Nad brzegami jeziora wody przezroczystej,
Gdzie pływały łabędzie, gdzie cyranki młode,
Unosiły swych skrzydeł perły ponad wodę.
Raz w gaju, gdzie na złotym wonnych kwiatów pyle,
Oblanym świeżą rosą, igrały motyle,
Ujrzałem do promiennych zórz nieba podobną —
Dziewicę, z słodkiem okiem, skromną i nadobną,
Co lekko przebiegała traw gęste zielenie.
Na nóżkach jej dzwoniły tysiączne pierścienie,
Głos jej dźwięczał, jak pszczółka, co w słoneczne żary
Brzęczy, pojąc się wonią purpurowej czary

Pięknych róż. Miłość drgała w jej dziewiczem łonie.
Motyle, zachwycone, w rojnem lecąc gronie,
Piły miodu słodycze z róż jej warg rumianych,
Włosy jej złotem lśniły i w puklach rozwianych,
Strumieniami spadały na jej szyję białą,
A ja piłem te czary i serce mi drżało!
Śnieżne piersi od wiatrów świeżego powiania,
Odchylają tkaninę, która je osłania...
Wkrąg słodko niewidzialne śpiewały ptaszęta;
Dusza ma promieniała, czarem jej zaklęta!
Nigdym nie znał imienia tej Apsary lotnej.
Jak biało lśniły nóżki jej w trawie wilgotnej!
Ach, za tym niedosiężnym nigdy ideałem,
Młodych lat mych miłością, długie dni biegałem
O, Święte Rozmyślanie nad treścią wszechrzeczy,
Twa moc niechaj mię z tego wspomnienia uleczy,
Niech zapomnę te usta kraśne, czarne oczy,
Ten włos, co mych surowych trudów ciszę mroczy!
O szczęsny Bhagavato, stulistny lotosie,
Jeśli spocząć u ciebie leży w moim losie,
Spraw, niechaj mię opuści ta żądza straszliwa,
Niechaj pogrążę się w tobie, jak się w morze wpływa!


VARADA.

Matka moja, duch zawsze do pracy gotowy.
Dawno temu, raz nocą poszła doić krowy.
Na drodze ją ukłuła zdradna żmija Kali;
Nazajutrz matkę moją umarłą zastali.
Jak dziecię bez jedynej, serdecznej istoty,
Płakałem śród najwyższych bólów i zgryzoty,
I doliną i wzgórzem i lasem, i rzeką,
We łzach, z rozwianym włosem błądziłem daleko.

Poprzez góry olbrzymie, i szerokie wody,
Przez pagórki lesiste i przez święte grody,
Pod słońcem, które żarzy i ciało twe zjada,
Wtórując wichrom, nieraz zawodziłem: Biada!
Nieraz w lasów bezdrożu lub pustyń upale,
Przyjście moje witały drapieżne szakale;
I kiedy moje serce we łzach się skarżyło,
Ponure wycie sowy ze snu mię budziło.
Przyszedłszy, aby usnąć raz w puszczy samotnej,
Siadłem u stóp pippaei, na ziemi wilgotnej,
I czułem drugą duszę w mej duszy. Jej okiem
Ujrzałem lotos, w stawie rosnący głębokim,
I promieniała z kwiatu wiecznego kielicha
Jasność, ku której siła jakaś mię popycha.
Odtąd dni me płynęły, jak fal potok ciemny,
A jam wciąż o tej wizyi rozmyślał tajemnej;
Ale jeszcze nie wyschły moich łez strumienie,
I nieraz, gdy mej nocy zapadają cienie,
Widzę ja, jak ciemnieją zwolna twoje blaski,
O, ty, najwyższy z bogów, pierwoźródło łaski!
O, szczęsny Bhagavato, stulistny lotosie!
Jeśli spocząc u ciebie leży w moim losie,
Spraw, niechaj mię opuści ta pamięć straszliwa,
Niech pogrążę się w tobie, jak się w morze wpływa!


ANGIRA.

Duch mój tylko się Wiedzą nieśmiertelną krzepi:
Sercu umrzeć kazałem, aby poznać lepiej.
Mędrcy mi powiadali o wszechrzeczy treści,
A jam z uwagą słuchał tych świętych powieści;
Ale zawsze zwątpienie ducha mi dotyka,
I czyste nauczanie z myśli mojej znika.

Jam jest najnieszczęśliwszy śród was, moich braci!
Wam nieznana ta boleść wewnętrznej postaci.
Jeżeli kiedy światło dostrzegą me oczy,
Wnet moc zwątpień ponura źrenicę mi mroczy.
Biada! człowiek, las, morze — trwa wciąż w niepokoju
Ale ten, co w surowym rozmyślania znoju
Zawsze pełen wzniosłości, na szczyt ducha stromy
Pnie się, aby osiągnąć spokój nieruchomy,
I gardzi pokusami znikomego świata,
Ten widzi, jak mu w sercu błyszczy Bhagavata...
Jak mu jaśnieje miasto, dolina i góra,
Kwietne łąki słoneczna ozdabia purpura.
I słucha harmonijnych pieśni pełnych czarów,
Kobiet błękinookich i szczęsnych Kinnarów.
I gdy nad ziemię, morze światła się rozpala,
Próżna szczęśliwość zmysłów znika, jako fala...
Lecz wnet się zapomina wczorajszych rozkoszy,
I nic, nim się w Nicości grobach nie rozproszy,
Nic nie moje uciszyć tej żądzy straszliwej!
Głodzie nienasycony, wiecznie prawdy chciwy!
Gdybyś nie był najmilszym i najsłodszym bogiem,
Własny duch i świat cały byłby mi złowrogim!
O, szczęsny Bhagavato, stulistny lotosie!
Jeśli spocząć u ciebie leży w moim losie.
Spraw, niechaj mnie opuści moc zwątpień straszliwa,
Niech pogrążę się w tobie, jak się w morze wpływa!

Tak płakali ci mędrcy w gęstwi trzcin nadrzecznych;
Twarze ich zwilgotniały od tych jęków wiecznych,
I rzeka odjęknęła na ich smutne głosy.
Noc ponura zajęła ziemię i niebiosy;
Zamilknęły ptaszęta w gajowych zieleniach,
I tulą się do gniazdek, by usnąć w marzeniach.

I tylko przebudzone śród mroków zasłony,
Pełzają w trawie lśniące olbrzymie pytony,
Pantery w muskularnym, szybkonogim tanie,
Gonią w gęstwinie leśnej trwożne, młode łanie.
A na brzegu pobliskim tygrys wielopręgi
Wstał i rykiem ogłasza grozę swej potęgi.
Gdy niebo rozwijało swe gwiaździste sploty,
Noc słała tajemnicze łoże w fali złotej,
A miesiąc w widnokręgu schylając swe szale,
Na czarne łąki zlewał swych blasków opale;
Lotosy otwierały na wody szmer cichy
Przezroczyste swe, przez noc zwiększone kielichy...
Czyste powietrze wokół zapach róż rozlewa
I od miękkich rozkoszy zda się, że omdlewa.
Rój szmaragdowo złotych muszek tysiąckrotny,
Lśnił, jak gwiazdki śród trawy ciepłej i wilgotnej...
A bramini płakali od swych cierpień mocy.

Jest roślina, co w głębiach zakwita chwał Nocy —
Płacz wielki, nieskończony, nieznane cierpienie,
Co ucieka od ziemi i dąży w przestrzenie —
Westchnienie globu wieczną błądzącego drogą,
Które tylko westchnienia ludzi zgłuszyć mogą.
Westchnienia ludzi, straszne i ponure głosy,
Potężniejsze, niż jęków, łez pełne niebiosy!
Okrzyki duszy, serca dręczonego łkania,
Kto was słucha bez drżenia i bez zmiłowania?
Kto, słabości szlachetna, łez w dani nie złoży
Tobie, duchu raniony ostrzem igły bożej?
Kto cię nie zna, kto nie był w twych szponach straszliwych,
I, nie ustając nigdy, w żądzach niemożliwych,
W pomrukach nocy, która nigdy się nie kończy,
Tylko w wzniosłem marzeniu z wszechbytem się łączy?

Uniesiony w przestrzenie, duchu boleściwy,
Nienasycony światła, wiecznie prawdy chciwy,
Który zawsze upadasz z boskich wyżyn szczytu,
Gdzie wszystko pierwoźródła szuka swego bytu,
I który jęczysz, z ułud spychany w rozpacze?
Zwyciężony zwycięzco, któż ciebie nie płacze?

Płaczą mędrcy. Lecz Ganga, przezrocza bogini,
Siedząc na fali, słyszy jak jęczą bramini.
Wokół, w grotach perłowych, zdobnych w piasek złoty
Tysiące bogiń czesze bujnych włosów sploty
I stroi swe warkocze wonnych kwiatów tęczą.
Ale Ganga wciąż słucha, jako mędrcy jęczą,
I napół przysłonięta wachlarzami fali,
Z ręką zdobną w manele z pereł i korali,
Z przezroczem, świeżem ciałem, z różanemi usty.
Kędy uśmiech spoczywa, jako ptaszek pusty,
Z włosami złocistemi, w przecudnym grzybieniu, —
Ukazała się. Mędrcy klękli w zachwyceniu.


GANGA.

Czemu płaczecie? Jakichże cierpień okowy
Dręczą was? Bramin zawszeć jest-to król duchowy.
W kołysce otrzymuje niezliczone dary,
Miły Bogom, zna tajnie prawdy; do ofiary
Przynosi czyste serce i bez skazy dłonie,
I żyje i umiera czczony w ludzkiem gronie.
Czemuż wy, których kocham, płaczecie, bramini?
Nie weszliścież do Wiedzy Najwyższej świątyni?
Czyliście obrazili Wszechbytu potęgi,
Nie modląc się, jak każą wam zakonne księgi?

Ufajcie mi: w mych słowach prawdy talizmany.
Ja osuszę łzy wasze, zamknę wasze rany,
I nanowo uniosę duch wasz nad poziomy,
I dam wam spokój marzeń wieczny, nieruchomy.

Tak, na wielkim lotosie siedząc, przemawiała
Bogini rzeki świętej, Ganga śnieżnobiała.


MAITREYA.

Witaj, piękna dziewico, świętych wód królewno,
Słodsza nad ptasząt zorzy porannej pieśń rzewną —
Wonniejsza nad jaśminy, — piękności jedyna!
Przyjmij, o piękna Gaugo, hołdy od bramina.
Opowiem ci męczeństwo, co wre w sercu mojem:
Upiłem się za młodu gorącym napojem,
A miłość, sącząc w serce me swój płyn złowrogi,
Spycha wciąż mego ducha z gwiazd niebieskich drogi.
O dziewico, zgładź we mnie te więzy cielesne,
Zgładź we mnie to wspomnienie słodkie a bolesne!


VARADA.

Witaj, piękna dziewico o włosie złocistym,
Świeższa, niźli jutrzenka w wieńcu promienistym,
Niż strumień, który lasów pokrywa gęstwina!
Przyjmij, o piękna Gango, hołdy od bramina.
Powiem ci ból, co dotąd w sercu mojem pała:
Ostatni pocałunek, co mi matka dała,
Ostatnie uściśnienie słabemi rękami,
Dotąd oczy gorzkiemi napełnia mi łzami.
Kiedy godzina mroków wspomnienia sprowadza,
Ten obraz w mej ponurej duszy się odradza.

Dziewico, to wspomnienie zgładź we mnie ponure,
Zgładź we mnie wszelką uczuć śmiertelnych naturę.


ANGIRA.

Witaj piękna dziewico, pełna promienności,
Bielejsza od łabędzi i słoniowej kości,
Której ramię pod gęstym włosem się ugina!
Przyjmij, o piękna Gango, hołdy od bramina.
Ból mój jest większy, niźli serca twego tkliwość,
Bogini! Nieskończona dręczy mię wątpliwość.
Podobne wędrowcowi zbłąkanemu w lesie,
Serce moje w rozpaczach ciemnej nocy rwie się.
Dziewico! któż ukoi ból mego zwątpienia,
I powie mi początek i cele istnienia?

Pod księżyca promieniem, nad wód niemych brzegiem,
Tak mędrcy niespokojni mówili szeregiem.


GANGA

Kiedy takie cierpienie wasze serce rani,
Nierozumnie jest czekać, o mili bramani.
Próżne długie rozmowy, gdy gotowe leki;
Wstańcie więc i opuśćcie brzegi świętej Rzeki!
Wstańcie więc i opuśćcie gęstwie tego lasu!
O mędrcy, drogę wielką macie! mało czasu!
Za rzekami, strojnemi w lotosową ciszę,
Które tchnienie życiowe w łożyskach kołysze,
I gdzie boski Kajlasa pośród gór opoki
W najwyższe nieba szczyt swój unosi wysoki,
Tam, w liści purpurowych gęstwiny osnuty,
Pomiędzy rajskie pawie i święte koguty,

Żyje Bhagavat, który cały świat upaja!
Uśmiechem jego boska jest ułuda, Maja...
Na łonie mu błękitnych wód toczą się wstęgi,
Z jego kości stworzone gór olbrzymie kręgi,
Rzeki się w jego łonie lężą; jego głowa
Rodzi Wedy; dech jego — to burza gromowa;
A jego chód jest razem czasem i działaniem;
Spojrzenie jego oka jest wiecznem stwarzaniem;
Świat cały na błysk czoła jego tęsknie czeka!
Idźcie! droga daleka, a życie ucieka!

I Ganga w fal uśpionych pogrąża się tonie,
Jak promień, gdy go ciemność, nielitośna chłonie.
Jak słoń, który ciężkiemi stopami ucieka
Z lasu, gdy nagły pożar w szkarłat go obleka,
I który śród ognistych tych rycząc gałęzi
Ledwie oddychać może, gdy go żar ich więzi,
I płomienie na drżącem zostawia mu ciele,
Rzuca się w świeżej wody ożywcze kąpiele —
Tak mędrcy, którym serce robak zgryzot toczy
Czują, że na głos Gangi schną im łzawe oczy —
Siedemkroć wyciągnąwszy ramiona ku fali,
Imię twe, Opiekunko, ze czcią powtarzali,
Dziewico boska, córo Himawaty święta!
Co niegdyś zamieszkałaś niebios firmamenta
Ażci król Poświęcenia, groźny Bhagirata
Kazał w nieprawej woli zejść w noc tego świata.
Później siedemkroć twoje błogosławiąc imię,
Opuścili tę Rzekę i lasy olbrzymie,
I do krain, gdzie stoją niebotyczne góry
W żary słońc południowych i w burz nocnych chmury,
Mimo, że klęski grożą i śmieją się ludzie,
Z zamkniętem okiem dążą ku swych serc ułudzie.

W końcu, na widnokręgu — w ogniu, Stawy święte,
Błysły kołysząc w falach, duchy wniebowzięte
A w lazurowem łonie ich zwierciadeł srebrnych
Kajlasa widział obraz swych szczytów podniebnych.
Gdzie Bhagavat na tronu siadł zręby wspaniałe —
I mędrcy opiewali chórem jego chwałę!


BRAMINI.

O Kajlaso, Kajiaso! niebiosów opoko,
Gdzie Bogi swe mieszkanie obrały wysoko!
Środku świata, co kryjesz tłumy dusz po zgonach,
Kędy Kalahamsasy śpiewają na klonach!
O Kajlaso, Kajlaso! ty, Niestworzonego
Tronie, co mkniesz w wyżyny przestworza świętego!
O, któż po twoich stopniach może dojść do celu,
Chyba ty, Bhagavato, wszech form stworzycielu,
My — dzień żyjemy, śmierć nam grozi zawsze bliska
Nogi nasze omdleją, idąc przez urwiska,
I zmęczeni wysiłkiem, pnąc się na wyżyny,
Upadniem, zanim ujrzym twój wierzchołek Siny,
I, zanim w pierś nam wpłynie twoja Cisza święta,
Lecz, kto cię widział, wiecznie ciebie zapamięta;
Urny, co kadzidłami płoną u ołtarza,
Są mniej wonne, niż dech twój, co życie rozżarza.
Twe rzeki błyszczą świetniej, niż lśniące trytony;
Co węzłami zawisły na palmie zielonej;
One toczą się wokół twoich wzgórz podniebnych;
W girlandach lazurowych, perłowych i srebrnych
Twe jeziora z szafiru, gdzie lotosy kwitną
Błyskawicą pogody świecą ci błękitną.
Różowa mgła faluje na twojem ramieniu,
Jak płaszcz, gdy zachód słońca lśni w złotym płomieniu,

Kwiaty, co na twem łonie stu barwami dyszą
W lubieżnych wiatrach złote łodygi kołyszą;
Tuląc w swoich kielichach, w których miód wytryska
Rój ptasząt, co piórami drogich kruszczów błyska.
O Kajlaso, Kajlaso! nasze stopy śmiałe.
Czy dojdą szczytów, kędy lśnisz odziany w chwałę —
Czy też, tchnienia żywota w piersiach pozbawieni,
Umarli padnięto u twych olbrzymich przedsieni,
O cudo ziemi, bogów ty kraju wiosenny,
Widzialnego wszechświata monarcho promienny:
Błogosławić cię będziem, rzeki twe i lasy!
Cześć dla ciebie nam w sercach przetrwa po wszeczasy.
Witaj, ścieżko, po której pnąc się staniem w niebie,
Czy żywi, czy umarli nie zapomnim ciebie.

Tak bramini, gdy górę Kajlasa uczcili,
Trzykroć się w przezroczyste fale pogrążyli,
I, oczyściwszy z kałów powszednich swe ciało,
Mądrzejsi i silniejsi szli w górę. Już dniało:
Rodziły się jutrzenki i, do róż podobne,
Chyliły się ku słońcom, w krople rosy zdobne,
A słońca zakrywały ich blask — i koleją
Z głębi nocnych dni zorze jasne promienieją. —
Więc bramini szli w górę, pełni sił radosnych,
Ptak rajski na bambusie w okrzykach donośnych,
A z nim pawie stubarwne i złote koguty
Głosiły, że się już zbliża ów kraj, osnuty
W promienie światła, w życia bezustanne cuda,
Zkąd płynie boska Maja, pierwotna ułuda.
Dziewice z bursztynowem czołem, z czarnym włosem,
Przeglądały się w źródłach i srebrzystym głosem
Swoich ust purpurowych śpiewały z uśmiechem
Hymny, co się wkrąg świętem rozchodziły echem.

Duchy płynęły w wiatrów tajemnych rozgwarze,
A Kinnarowie, bogów najsłodsi gęślarze,
Dzierżąc lutnie z hebanu i kościane viny
Śpiewali Bhagavaty niezgłębione czyny.


KINNAROWIE.
I.

Na początku jedyny był on — Bhagavata
Bez form, sam przez się treścią był i duchem świata,
Nic nie było po za nim, wszystko w jego niebie
On spoglądał, nie widząc i nie wiedząc siebie.
I nagle tyś zabłysła promienną nadzieją,
Ty, źródło ostateczne rzeczy, co istnieją.
I niestworzonych jeszcze. Przez której duch boży
Wszystko umiera, rodzi się, cierpi i mnoży,
O Majo, w twego łona niewidzialnym świcie,
Żyją bogi i ludzie, nicestwo i życie!


II.

Świat runął w przepaść, której głębie ciągle rosną.
Ryszyowie podnieśli skargę jednogłośną,
Lecz Bhagavat podobnie, jak lew rozjuszony
Ryknął skroś przez pobladłe zgrozą nieboskłony,
Dzik boski. Król Poświęceń, zraniony tym głosem,
Z promiennem krwawem okiem, z najeżonym włosem,
Niby czarny huragan lub wicher burzliwy,
Błagalnym słowom Ryszych i ich łzom życzliwy,
Jednym skokiem przebiega przestrzeń wod wzburzoną
I powonieniem śledzi Ziemię pogrzebioną

I w głębie wód olbrzymich pogrąża się cały,
I oceany dziwnych boleści doznały;
Od świętego upadku omdały mu łona,
I na falę rozdartą wyciągną ramiona —
I z okrzykiem błagalnym wołają: o Panie!
Litośnie na zmęczone te spojrzyj otchłanie.
A Bhagavata, płynąc na falach bez końca,
Ujrzał w algach Zielonych i w ile, jak drżąca
W gruzach leżała ziemia i dyszała jeszcze
I podniósł ją — i życia obudził w niej dreszcze,
Odwróciwszy bieguny świata przez otchłanie.
I uleciał w niebiosa w srebrnej, czystej pianie.


III.

Gdy, siadłszy na obłoku, Indra czarny gniewem,
Rozkuje z pęt orkany i deszczu wylewem
Za doznane obelgi pomści się na świecie,
Wtedy wielki Bhagavat w dni dziecinnych kwiecie,
Co się kryje pod cieniem asok rozłożystych,
Igrając z ptaszętami na falach perlistych
I świat o płodnem jeszcze chcąc ratować ciele —
Jednym palcem podniesie, jak wielką umbrelę —
Ku niebu, co się jednym rykiem wichru staje,
W ciągu całych dni siedmiu — boskie Himalaje.


IV.

Opalony od słońca, olbrzymi król słoni
O południu się kąpał w świętej Rzeki toni
I szemrał rad, gdy fale grzbiet mu oblewały,
I gdy woń mu przynosił słodką lotos biały.

Lecz krokodyl mu przerwał te spoczynki błogie
I nagle mu pochwycił w kleszcze ciężką nogę.
— Panie! krzyknął słoń w zgrozie. Usłysz mię na niebie
Panie dusz, ratuj, ratuj! Umieram bez ciebie!
Bhagavat go usłyszał, z niebios się wychyla,
I, niby drobną trzcinkę, łamie krokodyla.

Na słodki śpiew kinnarów pragnieniem popchnięci,
Przez wonne idą łąki braminowie święci,
I nad błękitem jezior między barwne kwiaty
Szukają promiennego lica Bhagavaty.
I nakoniec ujrzeli Istotę, co świetnie
Promieniała naokół, jako słońce letnie.
Był to bóg. Jego czarne i gęste warkocze,
Odziane w kwiaty lasów dziewiczych urocze,
Były ciężkie, iż ramię gięło się pod włosem..
Oczy miał ożywione uśmiechu lotosem.
I w sukni swej ognistej, jak iskry płomienia,
I z łonem, w którem duchów nicestwieją tchnienia,
Z manelami, zdobnemi w złoto i dyamenty,
Z paznogciami, lśniącemi w szkarłat riszim święty,
Z pępkiem-jedynym środkiem wszechrzeczy w naturze,
Z usty koralowemi, kędy kwitną róże,
Z wachlarzem, co nad białe łabędzie jest czystszy,
Siedział On podnioślejszy, większy, promienistszy,
Niźli chmura poranna, w blasku swym łącząca
Błyskawice i tęcze, księżyce i słońca;
Takim był Bhagavata dla wzroku człowieka.
W ręku trzymał nenufar, bielejszy od mleka;
Jak góra szmaragdowa z blaskiem bóstw promiennym
I ze szczytem w girlandy strojnym, złotościennym —
Niosąc na kwietnem łonie wszystkie świata krasy,
Jeziora i doliny, i zielone lasy,

I ogrody stubarwne, i szkła wód przezroczy —
Siedział — i ciałem swojem trzy światy otoczy.
I własnej jego chwały blask na święte czoło
Spływał mu i promiennie oblewał go wkoło.
O Bhagavat! Bhagavat! Treści istot treści,
Źródło piękna, w którem się odrodzenie mieści,
Światło, co dajesz żywot i śmierć blaski swemi:
Oni ciebie ujrzeli i stanęli niemi!
Jak od wiatru się chyli trawa śród równiny,
Tak pod twym tchem mistycznym chylą wzrok braminy.
I serce szybkiem biciem piersi im rozsadza,
Jak lew, co kraty łamie, gdy się wyswobadza.
Z tchnienia bogów zrodzona, fala ognia żywa
Niewidzialnemi prądy w piersi mędrców wpływa,
Wchodzi w mózg i z śmiałemi ich łączy się duchy,
W przestwór nieskończoności prowadząc je głuchy.
Jak słońce, co wyniosłe miłuje wyżyny,
Tyś się uśmiechnął, widząc te mężne braminy.
I sam ty, dóbr rozdawco, Duchu ponad duchy,
Sam wszechpotężny zdjąłeś z ich jestestw łańcuchy,
I w łonie twem bez granic, w światła oceanie,
Oni trzej się złączyli, w jestestw pierwostanie,
W początku ich i końcu, w błędzie i próżności,
W otchłani ich Nicestwa i Rzeczywistości,
Które na wieki chłonie promieńmi płodnemi
Niewidzialna nam Maya, stworzycielka ziemi —
Wspomnienie i nadzieja, Rozum i Marzenie —
Jedyne i wieczyste i święte Złudzenie.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Charles Leconte de Lisle i tłumacza: Antoni Lange.