Bolesne strony erotycznego życia kobiety/Dziwna przygoda w życiu

<<< Dane tekstu >>>
Autor Adolf Klęsk
Tytuł Bolesne strony erotycznego życia kobiety
Podtytuł Bolesne strony płciowego życia kobiety
Wydawca Ars Medica
Data wyd. 1930
Druk Drukarnia Vernaya Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


DZIWNA PRZYGODA W ŻYCIU
(Opowiadanie chorego)

Leczyłem swego czasu pewnego inteligentnego człowieka i przez dłuższe stykanie się z nim zawiązałem bliższą znajomość, a rozmowy nasze schodziły często na bardzo ciekawe tematy.
Razu pewnego, gdy mówiliśmy właśnie o miłości z pierwszego wejrzenia, przemówił do mnie:
— Ponieważ pana, panie doktorze, interesują podobne rzeczy, opowiem panu pewną przygodę, która o tyle jest prawdziwą, że właśnie mnie się wydarzyła.
Lat temu dwadzieścia byłem jeszcze młodym i podobno zajmującym (jak twierdziły kobiety) młodzieńcem. Bawiąc raz w Zakopanem, poznałem się z pewną młodą osobą i odrazu zakochałem się w niej na zabój, bo był to mój typ.
Nim pójdę dalej, muszę wypowiedzieć panu moje zapatrywania na tak zwany „typ“. To, co w naszem doświadczeniu nazywamy przymiotem danej osoby, jest właściwie niczem innem jak tylko pewnym stanem naszej świadomości i stosunkiem naszym do tej osoby, bo wrażenia zmysłowe nie pouczają nas nigdy, jakiemi są rzeczy w istocie, tylko jakiemi się nam wydają.
Do każdego znów spostrzegania i poznania obserwowanego przedmiotu dołączają się prócz bezpośrednich obecnych wrażeń także różne dawniejsze zachowane w pamięci, uzupełniając nasze spostrzeżenia, a pewność sądu o danej rzeczy polega na mniej lub więcej wyraźnej zgodności obecnych wrażeń ze śladami dawniejszych.
Z tego też powodu o każdej znanej osobie mamy w umyśle niejako gotowy szkic, do którego potem przy każdem nowem widzeniu dołączamy nowe spostrzeżenia, co zowiemy w życiu bliższem poznaniem.
Jeżeli więc ktoś poznał w życiu kobietę i odpowiedziała ona wszystkim jego wymaganiom czy marzeniom, to stanie się ona potem dla niego tym wyidealizowanym szkicem psychologicznym czyli typem.
Gdy pozna drugą, do niej podobną, to poczuć musi do niej bezwiedną sympatję, bo przypomni ona mu zaraz jego typ.
W miłości przechodzi się zwykle trzy stadja:
Najpierw zwracamy uwagę tylko na dobre i dodatnie strony danej osoby, potem i złe, ale je usprawiedliwiamy, a w trzeciem stadjum zaczynamy i te złe strony kochać. Gdy znowu miłość wygasa, proceder bywa odwrotny: zaczynamy odczuwać coraz to nowe złe strony danej osoby, ale je jeszcze usprawiedliwiamy.
Z czasem zaczynają one nas coraz więcej razić i budzą się wątpliwości, czy nasze usprawiedliwienia mają rację, aż w końcu dochodzi do tego, że zaczynamy dopatrywać się tylko złych stron danej osoby a o licznych, nieraz bardzo dobrych, zapominamy.
Poprzedziłem to tym wstępem, by dalej lepiej być rozumianym.
Otóż jak wspomniałem, zobaczywszy ową osobę poraz pierwszy, odrazu się w niej zakochałem i powiedziałem sobie: to mój typ, o którym ciągle marzę!
Byłem poprostu olśniony i miałem wrażenie, że, znam ją oddawna, że jest mi dziwnie bliską. W obecności jej wszystko wydawało mi się miłe i wesołe, a bez niej szare i nudne.
Niestety wakacje moje skończyły się i musiałem wyjechać.
Wzajemności jej wcale nie byłem pewny, co najwyżej przypuszczałem, że jestem dla niej sympatycznym.
Odjechałem nie dowiedziawszy się nawet jej adresu, bo sama nie była pewna, gdzie po Zakopanem się uda.
W Krakowie zacząłem szalenie tęsknić, a choć pracą zagłuszałem się jak mogłem, to jednak miłość zawładnęła całem mojem jestestwem, o czem niedługo dobitnie miałem się przekonać.
I tutaj właśnie zaczyna się moja przygoda.
Było to w piękny jesienny dzień. Szedłem przez nasze cudne krakowskie planty zamyślony, gdy wtem wzrok mój, jakby pociągnięty magnesem, zwrócił się na jedną z ławek i ujrzałem tam ją — moją wyśnioną z Zakopanego!
Kłaniam się i przybliżam do ławki.
Lecz cóż to takiego?...
Moje bóstwo wprawdzie na mnie patrzy, ale jakoś dziwnie, obco, niemal ze zdumieniem. — Czyż mnie zapomniała?...
Z rozpaczy pytam głosem pełnym żalu i wyrzutu:
— Czyż pani mię już nie poznaje?...
A ona na to:
— Pan daruje, ale nie mam przyjemności znać pana, zapewne jakaś pomyłka...
A jednak przecież słyszę jej głos, widzę to samo rozkoszne przymrużenie cudnych oczu, to samo pochylenie głowy. Dla pewności jednak pytam:
— Czy mam przyjemność mówić z panną Stefą Merlińską?
— Nie, panie, pan się myli.
Osłupiałem na chwilę, a przyszedłszy do siebie przedstawiłem się jej i przeprosiłem za moją pomyłkę. Posłyszałem nazwisko: Wanda Grodecka.
Widząc jej przyjazny uśmiech, poprosiłem o pozwolenie zajęcia koło niej miejsca i zacząłem opowiadać jak łudząco jest podobną do kobiety, którą szalenie kocham.
Widać to ją bardzo zajęło i zaczęła się do mnie odnosić znacznie przyjaźniej. Rozmawialiśmy zatem dalej wesoło.
Zauważyłem z pewnem niepokojem, że ta kobieta działa na mnie szalenie, a gdy odeszła poczułem wtedy coś strasznego w sobie — kochałem się już i w tej kobiecie!
I zaczęły się dla mnie obecnie dnie i godziny męki trudnej do opisania...
Wyobraź pan sobie, panie doktorze, położenie człowieka, który naraz kocha się w dwóch osobach. Złośliwy chochlik szeptał mi ciągle do ucha:
Którą wolisz? Co zrobisz z drugą, gdy się z jedną ożenisz? Czy i nadal tę drugą kochać będziesz? A co się stanie, gdy w życiu spotkasz jeszcze kilka podobnych kobiet?...
Doprowadzało mię to do rozpaczy, a w końcu zapadłem na zupełny rozstrój nerwowy, a jeden z pańskich kolegów rozpoznał nawet u mnie pewne zboczenie umysłowe na tym punkcie.
Leczyłem się w sanatorjum, gdzie pod wpływem spokoju i troskliwej opieki lekarskiej zacząłem zwolna przychodzić do siebie. Nareszcie wyzdrowiałem. Bałem się ciągle chwili spotkania z którąś z tych dwóch kobiet — tymczasem to spotkanie właśnie mię wyleczyło!
Po kuracji pojechałem na wypoczynek do Zakopanego i zaraz na drugi dzień spotkałem na Krupówkach, opartą czule na ramieniu jakiegoś mężczyzny, jedną z nich — lecz którą, nie wiedziałem...
Ukłoniłem się, a pani ta po namyśle odkłoniła się grzecznie a nawet potem oglądnęła się za mną.
Przypadkowo dowiedziałem się od jednego z jej znajomych, że jest już mężatką.
Przy sposobności raz na dancingu przystąpiłem do niej, prosząc do tańca.
Była to pani Stefa, mój pierwszy ideał ze Zakopanego. Lecz któż opisze moje zdziwienie...
Im więcej rozmawiałem z nią, tem wydawała mi się mniej sympatyczniejszą, odkryłem, że brzydko się śmieje, ma ruchy trochę za ciężkie i często złe błyski w oczach. Jakieś, jakby łuski opadły mi z oczu i zaraz stanął mi przed oczami obraz panny Wandy, promienny i otoczony anielską aureolą. Każde porównanie wypadło zawsze na jej korzyść, tak, że zacząłem unikać spotkania z panią Stefą, mimo, że okazywała mi wiele sympatji.
Wróciłem do Krakowa dziwnie uspokojony, lecz zarazem bardzo do Wandy stęskniony. Niedługo potem spotkałem ją i wierz mi, panie doktorze, zaraz uczułem, że Ją tylko rzeczywiście kocham i że tylko ona jest tą, dla której gotówbym poświęcić i życie.
Zadzwonił a za chwilę ukazała się w drzwiach jakaś pani.
— Oto ma pan przed sobą, panie doktorze, ową pannę Wandę, a zarazem moją najukochańszą żoneczkę...
Rozmawialiśmy wesoło, a pacjent mój zaczął dalej mówić.
— Gdybym nie poznał Wandy, bardzo możebne, że starałbym się o względy panny Stefanji, może nawet pojąłbym ją za żonę, bo sprzyjała mi bardzo, lecz czuję teraz, że całe życie byłbym nieszczęśliwy, bo ta kobieta nie była dla mnie.
Skoro kobieta jest w naszym typie, nie dowodzi to jeszcze, by była „naszą“ w całem tego słowa znaczeniu, bo nie zawsze cechy fizyczne odpowiadają duchowym.
Najczęściej na świecie jest tak, że poznajemy ów „nasz typ“ i ten pociąga nas zaraz ku sobie tak silnie, że zaślepiamy się, przyoblekamy go w królewską szatę naszych własnych ideałów, a dopiero życie i pożycie z tą osobą wykazuje nam naszą pomyłkę, niestety zapóźno!
— To ciekawe jednak — zapytałem — że pan, poznawszy panią Wandę, odrazu nie poznał, że przewyższa ona tamtą i więcej panu odpowiada?
— Zadawałem i ja sobie to pytanie i w końcu doszedłem do rozwiązania.
Oto oceniać możemy różnicę dwóch podobnych rzeczy lub osób dokładnie tylko wtedy, gdy je widzimy równocześnie. Poznałem najpierw panią Stefanię a potem moją Wandę. Potem myślałem często o obu, a spotkawszy potem panią Stefanję, zacząłem ją już studjować krytycznie, przyrównując do Wandy. Natomiast biorąc Wandę w Krakowie za pannę Stefę, patrzyłem bez krytyki i starałem się wcielić w nią wszelkie pozostałe w mej duszy idealne wrażenia o pannie Stefie.
Niestety, ludzie nie mają sposobności na takie eksperymenty, porównują tylko dany typ ze swoim ideałem duszy, a zaślepieni wmawiają w siebie, że dana osoba posiada zalety, o których marzymy. Dopiero potem w pożyciu przekonywują się, że owa kobieta nie pasuje jednak do tych „złotych ram“, w których ją, jako wyśniony ideał umieściliśmy.
Powstałem, by się pożegnać — uścisnęliśmy sobie dłonie, a pacjent mój rzekł na pożegnanie:
— Tak, panie doktorze, czasem trzeba przejść małego bzika, by zacząć potem myśleć dobrze!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adolf Klęsk.