Bolesne strony erotycznego życia kobiety/Mąż jako lekarz

<<< Dane tekstu >>>
Autor Adolf Klęsk
Tytuł Bolesne strony erotycznego życia kobiety
Podtytuł Bolesne strony płciowego życia kobiety
Wydawca Ars Medica
Data wyd. 1930
Druk Drukarnia Vernaya Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


(Opowiadanie kolegi)

W miasteczku X, gdzie praktykowałem od kilku lat, cieszyłem się wielkiem powodzeniem, a mając ukochaną młodą żonę i dwoje cudnych dzieci, nie zaznałem prawie nigdy zmartwienia.
Razu pewnego wracałem późno od chorego i cieszyłem się, że za chwilę ujrzę swój miły domek przeglądający przez bukiety, bzów i jaśminów, zobaczę różowe światło w oknach naszego salonu, uścisnę swą drogą żoneczkę, przywitam się serdecznie z dziećmi i wśród miłego gwaru zasiądę do stołu. Lecz choć zbliżyłem się już bardzo do domu, nie ujrzałem oczekiwanego światła, tylko domek majaczył swą białością pomiędzy krzewami. Zajechałem przed ganek i odrazu uderzyła mnie jakaś cisza. Jakby w przeczuciu złego wszedłem cicho do sieni, gdzie zaraz zjawiła się służąca mówiąc stłumionym i drżącym głosem:
— Proszę pana doktora, z naszą panią coś niedobrego się dzieje!
Zrzuciłem prędko palto i wbiegłem do sypialni. Mimo słabego światełka świecy uderzyła mnie odrazu dziwna bladość twarzy mej żony. Przywitałem ją tak jak zwykle czule, ona jednak lekko tylko do mnie się uśmiechnęła. Zaraz lekarz zaczął brać u mnie górę, zacząłem ją badać, wypytywać i dotknąłem pulsu... drgnąłem z przerażenia, puls był słaby, drobny, ledwo wyczuwalny! Nie było mi teraz tajnem, że stan mojej drogiej żony jest bardzo groźnym, że chodzi o krwotok wewnętrzny, prawdopodobnie z ciąży pozamacicznej i że natychmiastowa operacja jest konieczną. Poszedłem szybko do telefonu, lecz niestety kolegi do którego miałem zaufanie jako do dobrego operatora, nie było w domu, bo wyjechał właśnie do chorego.
Przewozić żony w takim stanie nie mogłem, nie było też czasu na wołanie specjalisty ze stolicy, a dalsze czekanie groziło śmiercią... cóż więc robić?
Ukryłem twarz w dłoniach, zimny pot pokrył mi czoło, lecz nagle jakiś głos wewnętrzny powiedział:
— Jesteś przecież lekarzem, dobrym operatorem, sam musisz ją ratować... operuj!
Powróciłem do żony i w formie tkliwej lecz stanowczej przedstawiłem całą sprawę.
Ona zapytała cicho:
— Czy tak być musi, Janku?
— Tak, dziecino, innej rady niema.
— A kto mnie będzie operował?
Drgnąłem — ja, Stefo moja. Witowski wyjechał, a żaden kolega tego tutaj nie potrafi.
— Ty! — Chwilkę zrobiła pauzę. — Ach to bardzo dobrze, ja ci tak ufam, Janku, wszyscy cię tak chwalą jako znakomitego lekarza, wiem, że z całych sił pragniesz mego zdrowia, więc dołożysz takich starań, jak nikt inny, by operację dobrze wykonać, bym rychło przyszła do zdrowia — nie zwlekaj zatem, ja ci ufam zupełnie.
Poszedłem automatycznie do telefonu i poprosiłem dwóch kolegów do asysty. Przygotowując wszystko w gabinecie, myślałem ciągle, czy znajdę jednak na tyle zimnej krwi i siły, by dokonać operacji na najdroższej mi istocie i to jeszcze operacji ciężkiej, niebezpiecznej, której już dawno nie wykonywałem i to jeszcze operując w złych dla aseptyki warunkach.
Lecz znowu jakiś głos rzekł mi stanowczo: jesteś lekarzem, chodzi tu o życie ludzkie, rób co do ciebie należy!
Zjawili się koledzy, zbadawszy potwierdzili moje rozpoznanie i zgodzili się, że tylko natychmiastowa operacja może żonę uratować, przyczem jednak widziałem na ich twarzy pewne zakłopotanie czy zadziwienie.
Stanowczym krokiem poszedłem do sypialni, całowałem żonę długo, gorąco, wziąłem w ramiona i podniosłem z łóżka. Ona otuliła mnie swojemi ramionami, przycisnęła chłodne usteczka do twarzy i szepnęła mi w ucho:
— Janku, ja się nic nie boję, ja ci ufam, ja ci wierzę!
Ułożyliśmy ją na stole, a kolega rozpoczął narkozę...
Nagle poczułem w sobie przypływ energji, wyprostowałem się, zbudził się we mnie pewny siebie, zimny operator i stanowczym głosem rzekłem do asystującego kolegi: proszę o nóż...
Właśnie miałem prowadzić cięcie na jej białem ciele, gdy nagle przeszedł mnie jakiś dreszcz, a tu do tego asystujący kolega odezwał się jeszcze nie w porę: podziwiam kolegę, że ma odwagę operować swoją własną żonę!
— Teraz nie pora o tem rozprawiać — rzekłem twardym głosem, i ręką już całkiem pewną i stanowczą poprowadziłem cięcie.
Z jamy brzusznej buchnęła zaraz krew i była chwila, że znowu zwątpiłem w siebie, czy dam sobie rady, czy opanuję krwotok i zorjentuję się w sytuacji... lecz właśnie kolega narkotyzujący odjął na chwilę maskę, by zbadać źrenicę i ujrzałem wtedy jej bladą twarzyczkę jakoś dziwnie słodko we śnie uśmiechniętą.
Janku — ja ci tak wierzę! — zaszumiało mi w głowie...
I znowu sprężyłem się jak stal, opanowałem krwotok i z zimną krwią wyjąłem płód, moje własne dziecię, na zewnątrz. Szybko i zręcznie dokończyłem operacji — żona moja była uratowaną.
Obandażowałem ją sam, zaniosłem na łóżko i siadłszy przy niej, czekałem aż się obudzi z narkozy.
I znowu odezwał się we mnie mąż — poczułem się dziwnie osłabiony i bezwładny, zupełnie wyczerpany patrzyłem w jej bladą twarzyczkę, a ręce mi tak drżały, że nie mogąc wyczuć pulsu, poprosiłem jednego z kolegów, który właśnie się żegnał, by to za mnie uczynił.
— Wcale dobry, panie kolego, nie można go porównać z tym, jaki był przedtem, gratuluję koledze wspaniałej operacji. — Odszedł, zostałem sam.
I zjawiła się we mnie dopiero teraz reakcja, zaczęły mnie prześladować różne wątpliwości — czy dobrze zatamowałem krwotok, czy dobrze założyłem szwy, dziwiłem się, że się jeszcze nie budzi, byłem niespokojny, że spała...
A ona spała — szary świt zaczął wdzierać się do okna, a ja siedziałem wciąż wpatrzony w nią jak w tęczę. Pierwsze promienie wschodzącego słońca wpadły do pokoju i zadrgały złotą aureolą na jej ślicznych rozpuszczonych włosach. Po twarzy śpiącej przeszedł jakiś prąd ożywczy, otworzyła oczęta na półprzytomnym wzrokiem, patrząc uporczywie na mnie.
— Stefo! Moja droga Stefo! — mówiłem szeptem niemal, łkając, choć dobrze wiedziałem, że mnie jeszcze rozumieć nie może. Minęła znowu godzina, która wydawała mi się wiecznością — nagle otworzyła oczy, popatrzyła na mnie przytomnie i uśmiech, jakiś dziwny niebiański, okrasił jej twarzyczkę, ścisnęła mnie lekko za rękę i szepnęła:
— Luby mój, dziękuję ci — taka jestem szczęśliwa, nic mnie nie boli.
Zamknęła znów oczy, a ja nie mogąc już dłużej panować nad sobą, pobiegłem do drugiego pokoju, położyłem się na łóżko, wybuchnąłem płaczem, płaczem szczęścia i radości! Żona przychodziła szybko do zdrowia, a ja chodząc koło niej, balansowałem ciągle, raz jako troskliwy mąż, niepokojący się o każdą drobnostkę, to znowu jako lekarz, pewny siebie i swojej wiedzy.
Rozmawialiśmy często ze sobą, unikając jakoś bezwiednie tematu operacji, aż pewnego razu przeważyła w niej kobieca ciekawość i zapytała:
— Janku, ciągle podziwiać cię muszę, że miałeś jednak siłę i odwagę dokonać na mnie tak ciężkiej operacji, że nie zadrżała ci ręka, gdy miałeś otworzyć me ciało, powiedz mi, jak pogodziłeś w sobie te dwa uczucia i stany?
— Stefo, wierz mi, że to co przeszedłem, nie da się opisać. Innego wyjścia dla nas nie było, musiałem cię ratować sam. Było to z mej strony może szaleństwo, lecz miałem plan gotowy — gdybym był cię nie uratował i gdyby operacja się nie udała, nie byłabyś odeszła z tego świata sama, rewolwer miałem w pogotowiu...
— Nie mów tak, Janku, przecież ja ci wierzyłam, byłam pewna, że mnie uratujesz, żadnemu lekarzowi nie zawierzyłabym życia jak tobie i przyznam ci się — tu przysunęła się do mnie tkliwie — widziałam przed operacją ciągle w tobie tylko lekarza a nie męża. Wstyd mnie to powiedzieć — ale ile razy całowałeś mnie i drżałeś, to wątpiłam w ciebie i bałam się, lecz gdy stanąłeś nademną spokojnie, ze stanowczym błyskiem w oczach, rzekłeś stalowym głosem do lekarza: proszę zaczynać narkozę, wzbudziłeś we mnie takie zaufanie i pewność, że zasnęłam spokojnie i z uśmiechem na ustach. Gdy się obudziłam, to znowu zaczęłam być trochę niespokojną, bo byłeś znowu zdenerwowany, drżący i niepewny siebie. Lecz zaraz, skoro się tylko na coś poskarżyłam, to budził się w tobie zimny i stanowczy operator, a gdy mówiłeś do mnie twardym głosem: proszę leżeć spokojnie, nie wolno się poruszać, zaręczam Ci, że wszystko jest w porządku, to słowa twe były dla mnie milsze niż słodkie słowa pieszczoty, z którymi się zwracałeś jako mąż...
Wtedy zrozumiałem dopiero, jak mylnie nieraz publiczność ocenia tak zwane „serce“ u lekarza. Co chwila przecież się mówi: ach, lekarze zobojętniają się na wszystko, żaden z nich niema serca!
Wszak tu moja własna żona dała najlepszy dowód, jak się na tę sprawę tego serca u lekarzy zapatrywać należy. Wierzyła mi wtedy, gdy byłem lekarzem, gdy mówiłem do niej stanowczo, a czasem i ostro, nie wzbudzał zaś w niej żadnego zaufania człowiek drżący i kochający, gdy szedł ku niej z gorącem sercem!
Ileż to razy idziemy do chorych z tem gorącem sercem i współczuciem, kryć to jednak musimy pod maską powagi, stanowczości, a nawet humoru, musimy sugestjonować chorego i siebie tym pozornym brakiem serca, bo tego dobro chorego koniecznie wymaga!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Adolf Klęsk.