Otwórz menu główne
<<< Dane tekstu >>>
Autor Catulle Mendès
Tytuł Cudzoziemki
Pochodzenie Nowelle
Data wydania 1907
Wydawnictwo Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Drukarz Księgarnia Wilhelma Zukerkandla
Miejsce wyd. Lwów — Złoczów
Tłumacz Zygmunt Niedźwiecki
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


Cudzoziemki.
I.

— Drogi panie! — prawił uprzejmy gaduła — wiem ja sporo rzeczy, ponieważ mam lat pięćdziesiąt, dosyć bystrości, znakomitą pamięć i nie upijam się nigdy. Dla człowieka, który jada od lat dwudziestu we wszystkich sferach towarzyskich, który potrafi wychylać noc w noc bezkarnie trzy butelki szampana, nie może mieć tajemnic (chybaby miał dyabelnie tępy słuch) to, co się działo i to co się dzieje w towarzystwie współczesnem. Pokręć pan zatem korbką! Jestem gramofonową kroniką wszystkich nowin jednej piątej części stulecia; przerzuć moje kartki; gestem skorowidzem wszystkich sekretnych adresów wszystkich dzielnic Paryża, almanachem gotajskim wszystkich cudzołóstw i rodowodów bękarcich. Potrafię panu wymienić — z nieomylnością pilnego ucznia, recytującego zadany wierszyk — imię, nazwisko, pochodzenie, majątek, męża, kochanka czy kochanków stu kobiet, uczestniczących w balu niniejszym; wiem, dokąd baronowa de Cantelos każe się wieźć dwa razy na tydzień, osłoniwszy twarz potrójną woalką — o! ani do przyjaciela ani do przyjaciółki; i jeźli tylko ciekaw jesteś usłyszeć, powiem panu, dla kogo pani de Villabianca sprzedała, z zastrzeżeniem odkupna, u jednego z jubilerów w Palais-Royal, jeden z swych przecudownych kolczyków; obecnie tylko lewy zawiera brylanty prawdziwe. Ale przez litość dla mej miłości własnej paryskiego cicerone nie zadawaj mi pytań na temat tej ponętnej osóbki, która padła, po skończeniu walca, w głąb tego tam fotelu i ziewa w tej chwili zlekka, aby pokazać swoje różowe dziąsła młodej wilczycy, w chwili kiedy w nią wlepisz wzrok baranka, gotowego na jej widok zabeczeć z roztkliwienia. Albowiem być może, iż jest gdzieś pomiędzy niebem a ziemią tajemniczy mędrzec, który przewertowawszy starożytne rękopisy, potęgą ścisłego wnioskowania doszedł, w której z podziemnych bud ojczyzny Samojedów kryje się zaginiona biblia, ale żadna z istot żyjących — nawet ja sam — nie mogę się pochlubić przeniknięciem tajemnicy, jaka otacza osobę markizy de Poleastro.
— Dobrze — odparł Walentyn — znane jest w każdym razie przynajmniej jej nazwisko i ojczyzna, ponieważ nazywa się z włoska.
— Znanem jest nazwisko! przypuszcza się ojczyznę! — Ludzie, którzy lubią podróżować — co się mnie tyczy, zaniedbałem trochę zanadto tę stronę szkoły światowego życia — opowiadają sobie na ucho, że we Włoszech, gdzie zwiedzała muzea jeszcze w postaci podlotka, w towarzystwie dekorowanego starca, nosiła nazwisko panny de Valclos, — w Anglii, gdzie ją uważano za mężatkę, zwali ją księżną Saratoff, — w Rosyi zaś, po której podróżowała w charakterze wdowy, kazała się anonsować na balach ambasady pod nazwiskiem lady Helmsford. Prawdę mówiąc, ludzie nie są tego całkowicie pewni; zdaje im się, że sobie przypominają, mogą się jednak mylić, bo to już temu tyle lat... Co się tyczy markizy samej, jeżeli ktoś ciekawy a niedostatecznie poinformowany odważy się w jej obecności zrobić aluzyę do tej przeszłości urozmaiconej i mglistej, nie wydaje się tem wcale zażenowaną, och! bynajmniej, i odpowiada wśród lekkich poruszeń wachlarza: — „Ach, tak jest, niegdyś, to możliwe... w podróży...“ — z akcentem trochę hiszpańskim, wiedeńskim trochę, a być też może i włoskim, w którym znachodzą się nierzadko intonacye, przedmiejskie prawie, nowoczesnej kabotynki, i z lekkim, różowym uśmieszkiem, któremu nie ma nic do zarzucenia.
— Do diaska, awanturnica?...
— Romantyk z pana!... Wierzysz pan w awanturnice, dopuszczone do świata, w którym my żyjemy, dające shakehands’y ambasadorom wszystkich państw świata, które, sądząc po ich naszyjnikach z najczystszych pereł, spiętych rubinami, z ich sukni, nie oglądających blasku żyrandoli po dwakroć, z ich czterech ekwipaży, wyróżniających się między wszystkiemi, jakie się pojawiają w lasku, wydają około trzechkroć stu tysięcy franków rocznie?... Nie, pani de Poleastro, czy była czy nie panną de Valclos, księżną Saratoff, lady Helmsford — nie jest jedną z pospolitych ladacznic, goniących za przygodami po wszystkich krańcach świata, które pierwszego lepszego dnia, skoro ich ofiarom otworzą się oczy, zjawiają się, wmięszane w jakiś brudny skandal, przed kratkami lub wynoszą się za granicę, posłuszne uprzejmej radzie sędzi śledczego. Stoimy w obliczu tajemnicy o odmiennej komplikacyi i nowej zupełnie! Markiza, prawdopodobnie milionerka, choć pochodzenie jej milionów nikomu nie jest znanem, szlachetnego rodu, to pewna, choć rodowodu jej ściśle wskazać niepodobna, władająca zadziwiającą liczbą języków i wytwornie wykształcona, mimo że nikt nie wie, w którym z klasztorów którego kraju kształcono ją w dzieciństwie, markiza, Włoszka być może, prawdopodobnie Słowianka, czemu by nie Niemka? nie zdaje mi się jednak, aby Angielka — jest jedną z tych zachwycających i niezwykłych istot, znajomych wszystkim, chociaż nikomu nieznanych, budzących uwielbienie, mimo że podejrzanych, których mężowie są niewidzialni a kochankowie nieudowodnieni, młodych, pięknych, ekstrawaganckich trochę, które, zjawiwszy się ni stąd ni zowąd, by wkrótce zniknąć, doprowadzają do szału przez jednę zimę Paryż, same za nim szalejąc, a które skutkiem niedokładnej dyagnozy — jak powiada lekarz — na los trafu nieledwie, dźwięku imienia lub innego równie błahego pozoru — zowiemy: „cudzoziemkami!“
Ale Walentyn przestał tymczasem słuchać uprzejmego gaduły, podziękował pod nosem i odszedł, rozglądając się po balu za kimś, ktoby go mógł przedstawić markizie de Poleastro, a kiedy mimo niej przechodził, uczuł rozkosz bezbrzeżną, spojrzawszy w jej oczy ciemne, płowe nieco oczy Wenecyanki, z których uśmiechała się smętnie jak kwiat uperlony rosą, melancholia Ofelii.


II.

W dwa miesiące potem — od sześciu tygodni był kochankiem markizy — Walentyn wszedł do buduaru, w którym oczekiwała nań z szczerem utęsknieniem co popołudnia, przed godziną wizyt banalnych; i uchwyciwszy jej ręce, bez całowania ich, z oczyma, utkwionemi w jej twarz, rzekł tonem niezłomnej stanowczości:
— Posłuchaj mnie... Ja szaleję!... Nie ma szczęśliwszego człowieka nademnie a jednak nie ma bardziej, niżeli ja, nieszczęśliwego. Na pierwszą moją prośbę oddałaś mi się z pełnym ufności wdziękiem dziecka. Ogarnęło mnie rozkoszne zdumienie nabożnego, gotowego poddać się mękom, w nadziei dostąpienia nieba, a który uzyskał raj natychmiast, zaledwie ukląkł, aby oń prosić. Jaki raj!... Najcudniejsze marzenia zcałowywałem z twoich ust!... Jesteś jak kwiat cała od stóp aż do głowy, — kiedy mi pozwalasz czoło złożyć w twe dłonie, na twoją pierś, zdaje mi się, że myśl moja zanurza się w wiośnie, w wiośnie nieznanej, dalekiej, utkanej z chimerycznych rozkwitów i z woni, jakiemi nikt nie oddychał nigdy. Jesteś jednak nietylko rozkoszną, jesteś także dobrą. Kochasz mnie, jak ja cię kocham; czuję to, wiem. Prawda, że my się kochamy?... Prawda, że serce twe drży, gdy krok mój doleci cię ze schodów, drży jak moje, i że omdlewasz, wieczorem, w mych objęciach, jak ja umieram w twoich, i że jesteśmy zjednoczeni na wieki w dreszczu tej samej rozkoszy?
Caro mio! — odparła akcentem rosyjskiej śpiewaczki, śpiewającej po włosku.
On mówił dalej:
— I cóż! pomimo naszego niezmiernego szczęścia ja cierpię straszliwie a cierpień tych nie potrafię dłużej milcząc znosić. Musze przemówić — i ty musisz przemówić także. Wątpliwości rozdzierają mi duszę. Och! ty mi powiesz, prawda?... nie ukryjesz przedemną niczego?... Słuchaj uważnie i odpowiadaj... U ciebie tutaj: gdzie jestem?... Ta służba, ten pałac, cały ten przepych zbytkowny i taki czarujący, ponieważ ty wkładasz w niego swój wdzięk — skąd ty to wszystko masz? Skąd pochodzisz ty sama?... Kto ty jesteś?... W pamięci swej przechowujesz wiele dni i krajów, wśród rzeczy, o których wspominasz bez namysłu, od niechcenia, brzmią echa podróży i przygód. A przecież jesteś tak młodą!... Dlaczego akcent twój zmienia się chwilami, jak gdybyś ty sama zmieniała wśród tego rasę; wydaje się, jakbyś pomiędzy jednem słowem a drugiem inną przybierała ojczyznę. Gdzie się właściwie urodziłaś? Czy masz jeszcze rodziców? Jesteś-li zamężną?... Ach! błagam cię! opowiedz mi twe życie minione, twoje wczoraj!... Czyliż nie winnaś należeć cała z wszystkiemi twojemi tajemnicami, jak z wszystkiemi wdziękami, do tego, co należy do ciebie również bez podziału raz na zawsze?...
Cofnęła z jego rąk dłonie i spojrzała nań wzrokiem zimnym, niezmięszanym, w którym błyszczał gniew.
Natenczas on, prawie szorstko:
— Odezwijże się!... Powinnaś mi powiedzieć to, co wiedzieć mam prawo. Czy nie domyślasz się najdziwniejszych podejrzeń, jakie mnie nękać muszą? Czy nie odczuwasz, jakie mnie nawiedzają myśli? Dalej — i schwycił ją po raz wtóry, wyżej kostek, za ręce — mów prawdę, ja tak chcę!...
— Boli mnie! — rzekła lodowato akcentem prawdziwym, niemieckim.
— Prawdę!
— Niech i tak będzie! Tem gorzej dla pana!
I patrząc mu prosto w twarz, bez najmniejszego zmięszania, rzekła:
— Urodziłam się w małem pomorskiem miasteczku. Biedna, bez rodziców, tyle tylko, że ładna, zjeździłam z cyrkowcami wszystkie kraje z jarmarku na jarmark. Śpiewałam potem w café-chantant’ach. W Wiedniu wyszłam za mąż za urzędnika w ministeryum spraw zewnętrznych. Umarł już. Od lat siedmiu jestem na usługach austryackiego rządu.

III.

Kobieta-szpieg!... Ona!... taka piękna, z tym uśmiechem różanym, z temi zamglonemi oczyma marzycielki, ona oddawała się ohydnemu rzemiosłu szpiegostwa i sprzedawania dusz! Więc do takiego celu używała swoich powabów, swej gracyi, na to może spożytkowywała swe miłostki?... Pełen zgrozy, omal nie krzyknął:
— To nieprawda, ty kłamiesz!
Niestety! wszelka wątpliwość była wykluczoną. Była szpiegiem w istocie, skoro przyznawała się sama do tego. Ten ohydny wyraz zresztą, objaśniał wszystko: zbytek, zmiany nazwiska, podróże, przyznawanie się do coraz to innej narodowości. Uciekł z giestem obrzydzenia i nie wychodził z swego mieszkania przez dwa tygodnie, aby nie widzieć jej więcej, wyjechał wreszcie i nie spotkali się już.
Bywają jednak wspomnienia uporczywe. Ileż razy obraz czarującej nędznicy zjawiał się w jego myślach, na ustach zaś równocześnie imię wzgardzone a drogie: pewnego wieczora w Wiedniu, pod drzewami Prateru, zwierzył się z swej przygody młodemu arystokracie, dla którego czuł żywą przyjaźń a który był jak raz poufnym sekretarzem austryackiego ministra spraw zewnętrznych.
— To szczególne — odparł młody człowiek.
I oto nazajutrz Walentyn otrzymał list, w którym przyjaciel zapewniał go, na podstawie szczegółowych informacyj, jaknajuroczyściej, że nigdy a nigdy ani pani de Poleastro, ani panna de Valclos, księżna Saratoff i lady Helmsford, ani żadna w ogóle osoba o jakiemkolwiek podobieństwie sytuacyi czy wyglądu nie pozostawała oficjalnie czy w sekrecie na usługach ministerstwa. Tak, że się po prostu tylko chwaliła — chwaliła szpiegowskiem rzemiosłem! — być może w celu tem lepszego ukrycia innej, może jeszcze wstrętniejszej tajemnicy...






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Catulle Mendès i tłumacza: Zygmunt Niedźwiecki.