<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Cyrkowy
Pochodzenie Koszałki Opałki
Data wydania 1905
Wydawnictwo Księgarnia Powszechna
Drukarz Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Cyrkowy.


Biegł szybko małym kroczkiem, potrącając przechodniów.

Zastąpiłem mu drogę.
— Witam szanownego profesora. Dokąd to profesor tak spieszy? Zapewne po jakiś nieznany a ciekawy dokumencik, — zgadłem?
I patrzałem na niego zgóry, z pobłażliwym uśmiechem, jaki zazwyczaj gości na ustach zwykłego śmiertelnika, gdy spogląda na marzyciela, ideowca lub wogóle manjaka.
— Dokąd spieszę?.. A właśnie, że nie zgadłeś!.. Idę do cyrku.
— Do cyyyrku?
— No do cyrku, do cyrku. Nie zatrzymuj mnie, bo się spóźnię.
— Profesor idzie do cyrku? Ależ ja tego zgoła nie rozumiem.
Ażeby usprawiedliwić moje ździwienie, muszę zaznaczyć, że spotkany przezemnie jegomość jest historykiem, mólem książkowym, szperaczem — czem chcecie, tylko nie światowcem. W życiu swem ani razu nie był na operetce; nie wypił ani jednej filiżanki kawy ani w Nadświdrzańskiej, ani w Udziałowej, ani w Brystolu; nie widział nigdy w życiu ani Cavalieri, ani Battistiniego, ani Bellincioni; nie wie o istnieniu w Warszawie Filharmonji. Za to pierwszy przychodzi do sali bibljoteki publicznej i ostatni siłą zmuszany bywa do jej opuszczenia. Prawdziwe piekło z nim mają zarządy książnic prywatnych. Pozatem gotów jest dziesięć mil tłuc się zimą boczną drogą — w poszukiwaniu jakiegoś nieznanego ogółowi świstka, spleśniałego na strychu jakiegoś dworka zapadłego lub plebanji.
I taki oto człowiek powiada mi, że idzie do cyrku.
— Idziemy razem — postanowiłem nagle, widząc jego zniecierpliwienie.
— No dobrze: jak chcesz, to chodź. Ale może się wstydzisz? Bo u nas istnieje przesądne przekonanie, że cyrk — to zabawa dla dzieci i pospólstwa. Szanujący się ludzie nie chodzą do cyrku, tylko — do teatru. O, teatr, to szlachetna rozrywka — skończył z ironją.
— Więc profesor, jak widzę, przekłada cyrk nad teatr?
— A rzecz naturalna... Bo co to jest teatr, co? Najpospolitsze łgarstwo, obliczone na łatwowierność widza. Jakiś pan, neurastenik, erotoman, zgryźliwy żółciowiec, albo kaznodzieja sceniczny, wybiera sobie jakiś fakt, rozkrusza go między pewną liczbę osób, i tak niemi kręci, tak manipuluje, że wreszcie dowiedzie, że jest tak, jak on to sobie uroił. Aktorzy gadają tak, jak on chce, żeby gadali; a jak który z nich czegoś zapomni, to mu podpowiadają, żeby, broń Boże, jakiejś własnej myśli nie powiedział. I żeby tylko gadali — ba, oni udają, że to są wszystko ich myśli, że oni tak czują właśnie. Oni śmieją się, jęczą, płaczą, bluźnią, są natchnieni i umierają, i powtarzają to codzień o jednej godzinie. A ty, widzu, masz wierzyć, że to wszystko jest prawda. Oni najoczywiściej kpią sobie z ciebie: umarli przed chwilą — spuszczono gałgan, potem podniesiono gałgan, i nieboszczycy kłaniają się, uśmiechają, strzelają oczami ku krytykom, lożom i galerji. I trzymają się przytem za ręce — i znów tym bratnim splotem kłamią bezwstydnie: bo jeden drugiego utopiłby w łyżce rycynowego oleju. To jest oburzające! Nawet się nie zarumienią!
Mój jegomość przystanął, wytarł nos w kraciastą chustkę i dalej perorował:
— Albo te dekoracje. Postawią zielony badyl, i to ma być drzewo; zawieszą na niebiesko pomalowaną szmatę, i to ma być niebo. I to ustawianie dekoracji odbywa się w tajemnicy, za kurtyną, bo ciebie, widza, mają za bałwana, który temu wszystkiemu uwierzy.
— No, a cyrk?
— Cyrk — to zupełnie co innego. W cyrku jak linoskoczka spada z trapezu, to sobie naprawdę kark kręci i nie idzie na kolację, a jak wychodzi na arenę koń — to to jest koń, a nie przyjaciółka jakiegoś plutokraty. Jak ci się błazen przebierze za pana, albo za podlotka — to niema w tem chęci ocyganienia widza, ale jest satyra. Bo iluż to mamy błaznów między panami. Tak, tak. Sam się przekonasz. Nauczę cię rozumieć cyrk, mój kochany.
Weszliśmy do cyrku.
Przedstawienie się rozpoczęło.
— A teraz uważaj... Powiedz mi przedewszystkiem: jak ci się zdaje, ile ten koń może kosztować?
— Tysiąc rubli.
— Kosztuje dwa tysiące, ale mniejsza. Ile może kosztować rocznie jego utrzymanie?
— Dwieście rubli.
— Kosztuje więcej, niż trzysta, ale mniejsza. Co ten koń umie?
— Umie się kręcić w kółko w takt muzyki i wykonywać na skinienie bata zręczne obroty.
— Otóż to właśnie. Koń, który po za zręcznością nie posiada nic innego, przedstawia wartość czterdziestu koni roboczych. I cały byt zawdzięcza temu, że umie się stosować do skinienia bata. No, nie warto iść do cyrku — co?
Po skończonym numerze rozsypała się po arenie czereda służby z grabiami. Między nimi kręci się zawzięcie nieśmiertelny «głupi August».
August wydaje rozporządzenia, których nikt nie wykonywa; zachęca lub gromi, na co nikt nie zwraca uwagi; wydziera grabie, chcąc sam pokazać, jak należy wykonywać daną czynność, ale rzuca je natychmiast i biegnie w inną stronę; plącze się, przeszkadza, psuje — wreszcie, dostaje tu w bok, tam w kark, gdzieindziej w oblicze. Nic to: on pracuje dla dobra ogółu. Robota skończona, August staje na środku areny i ociera pot z czoła. Daje mu brawo jeden tylko profesor.
— Widzisz, widzisz. Ja tylko jeden zachwycam się tu tym starym, ale wiecznie nowym jego kawałem. Ten August — to dziesiątki tysięcy ludzi — na wszelkich polach życia i szańcach pracy. Ha! ha! ha! Brawo, August!
Zadowolony byłem, że rozpoczął się nowy numer programu, gdyż zaczęto już na nas zwracać uwagę...
Po cienkim drucie chodzi kobieta. Potem podnosi chustkę, tańczy, siada na krześle ustawionem na drucie. Istne czary. Publiczności dech zamiera w piersiach. Jeden tylko August stoi niewzruszony i uśmiecha się pogardliwie: «co to za sztuka, jabym także potrafił».
— Patrz na Augusta, na jego minę. Nil admirari. Nie należy się niczem zachwycać! Głupca niczem nie zadziwisz. Wiesz, kto się prawdziwie zachwycał wieżą Eiffla? Technicy, matematycy, inżynierowie. Laluś stanął przed wieżą i powiada: «To ci dopiero — tyle o tem pisali, myślałem że wyższa...» Poczekaj tylko: to jeszcze nie koniec.
Rozległy się oklaski. August ze zdumieniem rozgląda się, wzrusza ramionami. Nie rozumie, za co jej biją brawo. Zbliża się do gimnastyczki, patrzy, patrzy, znów spogląda na zebraną publiczność, dotyka kobiety palcem, odsuwa się o kilka kroków. Aż, porwany ogólnym zapałem, zaczyna namiętnie bić brawo, aż mu ręce puchną, aż się chwieje na nogach, aż z sił opada. Wreszcie gimnastyczka znikła za kulisami, a August siada na środku areny, chwilę odpoczywa, wreszcie dumny, napuszony — wychodzi.
Patrzałem naprzemian to na Augusta, to na profesora: połykał oczami najdrobniejszy ruch błazna.
— Widziałeś? To znakomite, nieporównane, to jest ogólno-ludzkie i charakterystyczne dla wszystkich epok — to tłómaczy cały szereg historycznych wypadków, cale okresy dziejowe, to mi daje możność rozwiązania wielu ciemnych, zawiłych zagadek. Ten błazen będzie najgłośniej krzyczał i najszerzej obnosił sławę tego, kogo lub czego nie rozumie: on — on, a nie garstka znawców, przyczyni się do spopularyzowania tego, co mu imponuje, bo tego nie rozumie. I oto zawsze wokoło wielkiej idei grupują się z podziwem jednostki wybrane, dalej — banda Augustów-naganiaczy, wreszcie — tłum, przez Augustów zwabiony... Ja muszę z tym błaznem się poznać.
Nowy numer zwrócił uwagę mego towarzysza w inną stronę.
Tu znów ośm koni na dane hasło zmienia w biegu miejsca, zmienia takt i rytm biegu, kierunek i porządek.
— No, patrz, co może tresura zrobić z bydlęcia. Ośm koni z zadziwiającą spójnią pracuje wspólnie, by napchać swemu przedsiębiorcy pewną liczbę rubli do kieszeni, aby same dobrze na tem wyszły. A ludziom od wieków wytłómaczyć nie można, że dobrobyt jednostki jest związany z dobrobytem ogółu, i każdy coś winien złożyć do ogólnego dobra społecznego.
Machnął ręką i zbudził się z zadumy dopiero wówczas, gdy żongler balansował kulą armatnią.
Ciężka kula stalowa spadała mu z wysokości kilku łokci na kark, nie czyniąc mu żadnej krzywdy.
— Widzisz, co to znaczy zręczność i wyrobienie! Ale on nad tą sztuką lata całe pracował. To samo z siebie mu nie przyszło. A nasze wychowanie domowe dąży do wszystkiego, tylko nie do tego, by kulą życia kierować. Dlatego mamy tylu ludzi, co z kulą u nogi żywot wiodą... No chodźmy... Pantomin nie lubię, bo to dla dzieci, to mi zanadto teatr przypomina.
Wyszliśmy z cyrku.
— No i cóż? Może jeszcze zechcesz twierdzić, że cyrk jest bezmyślną rozrywką?


Janusz Korczak - Koszałki Opałki znak s234.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.