Czasy saskie, Stanisław August Poniatowski/Tadeusz Reyten

<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Czasy saskie, Stanisław August Poniatowski
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1912
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron

Tadeusz Reyten.

1773.

Chociaż poeta, ksiądz Paweł Woronicz, w hymnie do Boga mówi, że

gdy nie możesz karać bez przyczyny,
Los nasz być musi skutkiem własnej winy —

uznając przecież wielkie winy swoje, przeciwstawić im możemy tyle pięknych postaci i przykładów, iż nie czujemy się gorsi od innych, a dzieje nasze w najsmutniejszych chwilach budzą jeszcze uczucie dumy, bo niema w nich tak czarnej karty, na którejby nie jaśniało godne pamięci imię.
Oto wybiła bolesna godzina pierwszego rozbioru Polski. Za wiekową ciemnotę, lekkomyślność, nierząd — zapłacić trzeba ziemią, którą zabiorą sąsiedzi. I nietylko zabiorą, lecz żądają, aby sejm uznał zabór i potwierdził.
Zabrać mogą, gdyż są silniejsi, ale hańba sejmowi, który przyzna, że oddaje część kraju dobrowolnie.
Taki sejm król zwołuje, — jakąż zostawi on pamięć?
Niełatwo pokonanym i bezbronnym oprzeć się żądaniom potężnych zwycięzców, — wiedzą o tem Polacy, i pierwsza ich myśl: wcale na sejm nie pojechać. Nie będzie posłów, nie będzie i sejmu.
Prędko jednak spostrzegli, że błąd popełnili: nie pojadą uczciwi i najlepsi, to właśnie zbiorą się słabi i ciemni.
Przeszkody na sejmikach tyle tylko dokazały, że połowy nawet posłów nie obrano, około stu zaledwie, po większej części narzędzi w ręku sprzedajnych zdrajców. Gdy chciano złe naprawić, już było za późno: sejmiki prawie ukończone. Zdołano wybrać tylko jedenastu posłów, którzy spieszyli stanąć w obronie ojczyzny.
Siły nierówne.
Z jednej strony Adam Poniński, pan rozrzutny i lekkomyślny, obojętny na sprawy kraju, za 3.000 dukatów miesięcznej pensji podejmuje się doprowadzić sejm do zgody i podpisania zaboru.
Z drugiej — Tadeusz Reyten, poseł nowogródzki, przy pomocy Korsaka i kilku jeszcze towarzyszy chce odważnie stawić mu czoło.
Czy zwycięży — nie wie, — ale nie traci nadziei. A choćby zginął, zostawi świadectwo, że nie wszyscy Polacy gotowi za złoto sprzedać ojczyznę i braci.
W Warszawie powitały go już smutne wieści: chytry Adam Poniński przed rozpoczęciem obrad zebrał posłów w swojem prywatnem mieszkaniu i złotem, obłudą, kłamstwem nakłonił prawie wszystkich (76) do podpisania aktu konfederacji sejmu, (t. j. że nie może być zerwany), a zarazem do obrania siebie za marszałka.
A marszałek to przecież pan obrad sejmowych, od niego zależy wszystko: on daje i odbiera głosy, zamyka i otwiera posiedzenia, rządzi wszystkiem.
Jeśli sejmu zerwać nie można, a marszałkiem Adam Poniński, to cóż tu Reyten zrobi?
Mimo wszystko — rąk nie opuści: przemówi do współbraci, może nie wiedzą, co czynią. Jako poseł, ma obowiązek oprzeć się bezprawiu: marszałek w izbie musi być obrany, w izbie tylko wolno posłom wiązać się w konfederację.
Więc walka zacząć się musi o laskę marszałkowską: ten wygra, kto ją zdobędzie.
Trzy dni trwał bój niekrwawy, ale ciężki: jedenastu mężnych przeciw całej izbie, a Reyten na ich czele.
On zastępuje drogę Ponińskiemu, gdy ten chce zasiąść w krześle marszałkowskiem, — przypomina, że teraz kolej posła z Litwy; pyta, kto obrał zdrajcę? Sam chwyta drugą laskę, którą trzyma odźwierny królewski, odwołuje się do izby, aby go poparła, aby nie pozwoliła na bezprawie.
Rozdzielają się głosy, sumienia posłów przemawiają, topnieje większość Ponińskiego, najuczciwsi z pomiędzy jego sprzymierzeńców zaczynają się wstydzić swego wodza.
Widzi to Reyten i sił mu przybywa, budzi się w sercu nadzieja zwycięstwa, — widzi także Poniński i zaniepokojony ogłasza, że na dzisiaj obrady skończone, następna sesja jutro o 9; teraz wzywa do wyjścia.
— Zostańcie! — woła Reyten — obierzcie marszałka, nikt jeszcze wam nie ma prawa rozkazywać!
Ale większość ciśnie się tłumnie ku wyjściu: tam nagrody i obietnice — tu surowy wyrzut sumienia.
Widząc, że ich nie wstrzyma, i Reyten naznacza sesję na dzień następny o 9, — może jutro przekona i zwycięży.
Lecz nazajutrz toż samo: spór, wrzawa, zamieszanie, Ponińskiego niema, nie chcą Korsaka dopuścić do głosu, — przemawia wreszcie, i chwieją się słabi. — Prawda ma wielką siłę!
I znów Poniński zjawia się, by przerwać niebezpieczne obrady; znów większość idzie za nim, gdy do rozejścia wzywa; jutro szala zwycięstwa przeważyć się musi stanowczo.
Tak, musi się przeważyć, bo Poniński uzyskał już tymczasem wyrok na Reytena, jako na gwałciciela prawa i porządku. Ma być oddany pod sąd kryminalny, dobra jego skonfiskowane, jemu grozi kara wygnania.
Kiedy o 7-ej rano chce wejść do izby sejmowej, zastaje straż przy wejściu. Wchodzi, ale wie dobrze, że po raz ostatni: więcej go tu nie wpuszczą. Więc dziś tryumf lub klęska.
Jakże przemówi do nich? W jakich słowach przedstawi im przyszłość ojczyzny? Hańbę, która ich czeka, i pogardę ziomków?
Niema do kogo mówić: posłów prawie niema, są ci tylko, którzy tak myślą, jak Reyten.
Cała konfederacja wraz z Ponińskim zjawia się wreszcie około południa, tłumnie, hardo, zuchwale, po to tylko, aby oznajmić, że sesja znów do jutra odłożona.
Do jutra? Nie, na Boga! stójcie! dziś powiedzcie, żeście synami Polski, nie sługami zdrajcy! Zostańcie, aby spełnić obowiązek. Jutro będzie za późno, — dziś lub nigdy! Błagam, zostańcie! Zaklinam na Boga! na krew Chrystusa przelaną za braci, nie bądźcie Judaszami! Ha, po ciele mojem ten próg przestąpicie! Zabijcie mię, zadepczcie — nie chcę przeżyć tej chwili!
Napróżno ich wstrzymuje, — rzucił się na progu, pierś obnażył na ciosy, i jeszcze zaklina — na imię Boga, na miłość ojczyzny...
Po jego ciele przeszli, — zamykając oczy, nie chcąc widzieć i słyszeć — przeszli...
Zostało jedenastu. O północy wezwano ich do króla. Reyten sam pozostał w izbie.
Nazajutrz oznajmiono, że król i senat przystąpili do konfederacji, — dalszy opór na nic się nie zda.

Lecz została pamięć Reytena. Gdy chcieli go przekupić kilku tysiącami dukatów, ofiarował dwa razy tyle, aby odstąpili złej sprawy. Obcy, nieprzyjaciele otaczali go szacunkiem, cześć oddawali męstwu: generał rosyjski Bibikow powiedział: Godzien jest, aby wszystkich ministrów ordery na jego piersiach zawieszono.
Nie przeżył Reyten nieszczęścia ojczyzny: dotknięty melancholją, nie mógł znieść widoku ludzi; raz w przystępie obłędu skaleczył się śmiertelnie szkłem stłuczonej szyby.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.