>>> Dane tekstu >>>
Autor anonimowy
Tytuł Dar tęczowy
Podtytuł Bajka
Pochodzenie Skarbnica Milusińskich Nr 22
Wydawca Wydawnictwo Księgarni Popularnej
Data wyd. 1932
Druk Sikora
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Elwira Korotyńska
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Okładka lub karta tytułowa
Indeks stron
SKARBNICA MILUSIŃSKICH
pod redakcją S. NYRTYCA.



DAR TĘCZOWY
BAJKA
Z oryginału przetłumaczył
EL-KOR.


WYDAWNICTWO
KSIĘGARNI POPULARNEJ
W WARSZAWIE.
Druk. Sikora, Warszawa





Był piękny dzień letni. Niebo zalane było promieniami złocistego słońca, ptaki śpiewały, brzęczały komary, tańczyły koniki polne. Weselem i radością przepojona była cała przyroda i czuli się wszyscy szczęśliwi.
Ale naraz zerwał się wicher, zatrząsł drzewami, pochylił główki różnobarwnego kwiecia ku ziemi.
W chmury czarne wchłonęły gdzieś promienie złociste, ucichły ptaki, pokryły się w trawy komary, zabrzęczały w ucieczce koniki polne.
A z niebios cudnych przed chwilą, a teraz bezbrzeżnie smutnych, popłynęły łzy za minionem szczęściem...
Huknęły gromy, przelatywały po niebie błyskawice, szalała burza.
Naraz wszystko ucichło, a na niebie ukazała się siedmiobarwna tęcza — symbol wiekuistej nadziei.
Świeżość rozlana w powietrzu i ten czar kolorowej na niebiosach wstęgi, wywiódł Zbyszka z mieszkania. Wdychając woń zroszonych traw i kwiecia wszedł na wysoki pagórek i w zachwycie nad cudami przyrody, przyglądał się roztaczającej się w półkole tęczy.
Tymczasem na drodze, u stóp pagórka ukazał się powóz w dwa przepyszne zaprzężony rumaki. Nie pędziły one, lecz szły stępa, jakby odpoczywając.
Furman nie siedział na koźle, lecz szedł powoli, nie popędzając koni.
Naraz obsunięto spuszczoną przed deszczem budę powozu i ukazała się siedząca wewnątrz kobieta.
Była to dama o biało śnieżnych włosach, w czarnej sukni, z krzyżem złotym na piersiach.
Wysunęła głowę z powozu i spostrzegłszy Zbyszka, zagadnęła poważnie:
— Czy podoba ci się ta tęcza?

— Bardzo mi się podoba, — odrzekł chłopiec, i spojrzawszy na mówiącą zdziwił się jej wyglądem.
Przy siwiuteńkich włosach, w obramowaniu ukazała mu się twarz młodziutkiej panienki.
Duże oczy błękitne patrzały na chłopca przenikliwie, a mała rączka wyciągała się ku niemu, jakby go do siebie przywołując.
— Jakie masz imię chłopczyku?
— Nazywają mnie Zbyszkiem.
— A czyś słyszał kiedy o tęczowym darze, ukrytym w różnobarwnej miseczce?
Chłopiec otwarł szeroko oczy z podziwu.
— Nie widziałem tego nigdy, a i niewiem co to oznacza — odpowiedział.
— A więc, mój Zbyszku, — tłomaczyła mu siwowłosa pani — o tęczowym podarku istnieje taka legenda:
Wiesz o tem, moje dziecko, że Bóg zsyła deszcz na to, aby drzewa i owoce rosły i dojrzewały, aby ziemia nie była skalistą, aby kwiaty widokiem swym i zapachem rozweselały świat. Wszyscy cieszą się z takiego deszczu. Duszki na łąkach, po dniu orzeźwionym deszczem, tańczą i weselą się po nocach. Nimfy wodne ukazują się nad wodami i wdychają powietrze, krasnoludki wyprawiają wraz z wiewiórkami pląsy, a karliki zeskakują z góry na górę, aby okazać swą radość. Ale tam w górze, w tych szafirowych niebiosach, gdzie mieszka Bóg i Aniołowie, jest Anioł jeden, o niezwykłej bieli skrzydeł, który, gdy deszcz zrosi ziemię i rośliny pobudzi do życia, gdy wszystko zazieleni się i zakwitnie, otula się srebrnopióremi skrzydły i płacze!.. Ale, czy wiesz, dziecię, jakiemi łzami on płacze?.. Łzami radości!.. Ale łzy takie są bardzo cenne, nie pozwala więc im ginąć inny Anioł skrzydlaty i zbiera je na miseczkę złocistą, potem zstępuje na ziemię i zrasza ją temi anielskiemi łzami.
Kędy łza taka upadnie, błyszczy złotem murawa, kwiaty woń mają silniejszą, dojrzewa owoc i kłosy.
Ludzie mówią wtedy z radością: Oto padł deszcz słoneczny!..
Gdy Anioł skropi ziemię temi cudownemi łzami mieszkańca niebios, kładzie miseczkę na tęczy i ona to różnobarwnie krasi tę wstęgę.
Ale zwykłym wzrokiem nikt nie dosięgnie tego cudu, trzeba mieć dobre oczy i miłość wielką w sercu i poświęcenie dla drugich.
Kto miseczkę złocistą ze łzą Anioła otrzyma — będzie zawsze szczęśliwy. Taka to jest legenda, mój Zbyszku!
Skłoniła lekko głową, wsunęła się w głąb powozu i odjechała.
Rzuciły się teraz rumaki wesoło i popędziły w dal.
Zbyszek stał wpatrzony i naraz krzyknął z podziwu.
Powóz, dama w nim siedząca, furman i konie uniosły się w górę ku obłokom i znikły w falach różnokolorowej tęczy.
Chłopiec przetarł oczy, zdawało mu się, że to wszystko snem było tylko i pobiegł do domu.
Zastał wszystkich przy stole. Mała siostrzyczka Lucia uderzała łyżką o talerz i wołała cienkim głosikiem: Jeść! Matka płakała cicho i nie dotykała jedzenia, a ojciec, nachyliwszy się nad płaczącą, mówił:
— Nie martw się! Brat twój przy Bożej pomocy przepłynie dalekie morza bez wypadku i napewno stanie się tam uczciwym i pracowitym człowiekiem.
— Daj to Boże! — odpowiedziała matka Zbyszka — ale pomyśl sam, toć to rok już minął od jego wyjazdu i ani słówka wiadomości. Może już nie żyje!
— Aha! — pomyślał Zbyszek, — to z pewnością mowa o mym wuju Jerzym, który w dalekie pojechał kraje.
— Mamo, — zapytał, zwracając się do zasmuconej, — czy można płakać z radości?
— Skąd ci to przyszło do głowy? — spytała ze zdziwieniem.
— Przyszło to niespodzianie, — odpowiedział, nie chciał bowiem, sam nie pojmował dla czego, opowiadać o zaszłym wypadku na górze.
— Tak, moje dziecko, — rzekł ojciec — można płakać z radości, ale ten rodzaj łez ma w sobie coś świętego i nie pasuje do twego wieku. Co innego łzy z bólu, te znasz dobrze, wszak prawda?
— O, tak, — odpowiedział niepewnym głosem Zbyszek, — znam je dobrze.
W tej chwili, gdy to mówiono, weszła służąca, niosąc dużą i długą klatkę przykrytą dużą chustką.
— Przysłał to państwu pan Falski, — rzekła dziewczyna i postawiwszy na stole, odeszła.
— Ach! — wykrzyknął ojciec, — przysłał mi słowika, którego posiadać pragnąłem oddawna!
I odkrył klatkę, w której oczom wszystkich ukazał się szlachetny, szaro bury ptaszek, król śpiewaków leśnych, artysta nieporównany.
Zbyszek spojrzał w jego mądre ciemne oczęta i ścisnęło mu się serduszko.
Ptak ten wolałby napewno knieje leśne, lub kwieciste krzewy czeremchy!
Klatkę powieszono na ścianie i dlatego jeszcze cieszono się małym więźniem.
Rankiem zbudziły Zbyszka jakieś cudne, niesłyszane do tej pory melodje.
Przelewały się w nich i wesołe i smutne tony, płakał ktoś, czy też czemś się tak cieszył?
Podniósł głowę chłopiec i spostrzegł wyciągającego trele słowika. Jakżeż cudnie on śpiewał!
— Mamo, czy on tak płacze z radości? — zapytał.
— Być może, że i z radości, — odrzekła.
Zbyszek tymczasem ubrał się, zjadł śniadanie i poszedł do szkoły.
W drodze myślał o ptaszku, smutno mu było, że dom ich stał się więzieniem dla małego artysty i łza cicha spłynęła mu po policzkach.
Tymczasem matka Zbyszka pojechała do swej przyjaciółki, która mieszkała o trzy godziny drogi od miasta i gdy zasiadł Zbyszek do obiadu, miał tylko koło siebie ojca i malutką siostrzyczkę. Siedział trochę zamyślony, przypominając sobie to, co słyszał w szkole na lekcji, gdy naraz wszedł listonosz i oddał ojcu list z zagraniczną marką.
— A to się matka ucieszy! — zawołał. — Właśnie pisze wuj Jerzy z Ameryki, że przyjechał szczęśliwie i że mu się bardzo powodzi...
Jak anioł z nieba ten list został do nas przysłany!..
Mówiąc to położył go do pudełka na oknie.
Zbyszek pobawił się trochę z siostrzyczką, potem rzekł do siebie:
— Dosyć już tej zabawy!
Spojrzał przez okno, czy pogoda na dworze, potem schował list do kieszeni i wyszedł.
Daleka to była droga. Chłopiec szedł i szedł bez wypoczynku, pot zlewał mu czoło, nogi odmawiały posłuszeństwa, ale nie zatrzymywał się ani na chwilę.
Wreszcie spostrzegł domek opleciony winem. Z domku tego rozlegały się przeróżne śpiewy ptaków. Stojący przy drodze właściciel domu spytał Zbyszka, czyby nie zechciał zajść do niego?
Chłopiec przyjął z chęcią zaproszenie i ujrzał tam mnóstwo klatek z otwartemi drzwiczkami.
W pokoju zaś fruwały zięby, gile, czyżyki i przeróżne ptaszęta.
Na kominku stał długi półmisek z przeróżnem ziarnem dla ptactwa, a więc z ziarnkami konopi, siemienia lnianego, makiem, mrówczemi jajami.
Przed półmiskiem spacerowała wilga i jak który z ptaków chciał dziobnąć pożywienia, rzucała się na niego, wołając: Złodziej! złodziej! i spędzała z terytorjum przez nią pilnowanego.
— Widzisz jaki z mojej wilgi wspaniały strażnik! — zaśmiał się stary.
Potem dał mu torebkę z robaczkami dla słowika i wyprowadził na drogę ku domowi, do którego pojechała jego matka.
Zbyszek doszedł do jakiegoś kamiennego mostu przez rzekę przeprowadzonego i gdy ku niemu się skierował, zatrzymany został przez strażnika, który wyciągając ku niemu rękę zawołał: — Proszę o zapłatę za przejście!
— Nie mam ani grosza, — powiedział mu Zbyszek, — ale, gdy będę powracał z mamą, zapłaci panu i za mnie.
— Każdy tak potrafi mówić! — odpowiedział strażnik — daj cośkolwiek, bo nie puszczę.
Wtedy Zbyszek sięgnął ręką do kieszeni i wydobywszy torebkę z robaczkami, podał ją strażnikowi.
Zobaczywszy zawartość ucieszył się bardzo, gdyż miał w domu ptaszka, który lubił tego rodzaju pożywienie — i puścił chłopca na most.
Zbyszek znużony był nad miarę. Pot spływał z niego kroplami, szedł bardzo powoli i wypatrywał celu swojej podróży z upragnieniem.
Raptem dostrzegł w dali śliczny zameczek, na pochyłości góry stojący i zrozumiał, że to tutaj jest jego kochana mateczka, opowiadano bowiem nieraz, że przyjaciółka mieszka w małym, ślicznym domku, leżącym u stóp prawie zamku.
Stanął więc pod oknem i czekał, czy kto nie wyjdzie.
Mąż przyjaciółki pierwszy ujrzał stojącego chłopca i wszedłszy do izby zapytał jego matki:
— Jak myślisz, kto stoi u nas pod oknem?
— Nie odgadnę — odpowiedziała zaciekawiona.
— Nikt inny, tylko twój synek Zbyszek.
— Boże! co się stało? — zawołała w najwyższem przerażeniu.
Otwarto drzwi i wszedł kurzem pokryty Zbyszek.
— Zbychu! co z tobą? Czegoś przyszedł?
— Chciałem Ci, mamo, list oddać, przynieśli go podczas obiadu!
Matka czytała długo, poczem łzy wielkie spłynęły po jej rozradowanej twarzy.
— Dzięki Ci, Boże! — zawołała.
Ale Zbyszek spytał ją zdziwiony:
— Mamo, dlaczego płaczesz?
— Z radości, moje dziecko, żeś mi ten list przyniósł, — odpowiedziała wzruszona.
Wtedy Zbyszek pomyślał: — Ach, wiem teraz, tak jak mama z radości, tak i Anioł płakał i płacze, gdy deszcz zrosi ziemię i kwiaty i drzewa odświeżają się.
Gdy Zbyszek po kolacji i małym wypoczynku wyszedł na podwórze, posłyszał głos za sobą:
— Zbyszku! chodź do mnie!
Głos ten był mu znany. To siwowłosa dama wołała nań miłym i dźwięcznym głosem.
Wypadł na drogę. Przed nim stał powóz w teżsame zaprzężony rumaki, a w powozie siedziała dama.
W ręku jej widniała złocista miseczka o siedmiu barwach tęczy.
— Zbyszku, — rzekła łaskawie do chłopca, — masz dobre oczy i serce dobre, wiem coś zrobił dla matki.
Daję ci więc tę miseczkę, która jest darem z nieba i przyniesie ci szczęście. Jeśli zawsze mieć będziesz dobre serce, szczęście towarzyszyć ci nie przestanie i dojrzysz kolory tęczy na jej denku. W przeciwnym razie blask i szczęście od ciebie odbiegną.
Pożegnała go i z przed oczu uszczęśliwionego chłopca wnet znikła.
Tylko obłok drżał czas jakiś, tylko rąbek sukni dojrzał Zbyszek na niezmiernej wysokości.
Chciał biedz za nią, rwała go za tą cudowną istotą tęsknota, wreszcie upadł na mchy i paprocie, i zapłakał. A głos z góry, jakiś nieziemski i tonów cudnych pełen zawołał:

O czas ci, Zbyszku, czas!
Odwiedzisz kiedyś nas!
Przed tobą jeszcze świat,
Tyś cudny, wonny kwiat!..

Słowa te radosnem echem odbiły się w sercu Zbyszka.
Powstał uradowany, twarzyczka zajaśniała mu szczęściem. Wiedział teraz że z samego nieba dar otrzymany pochodzi...
— Żegnaj mi, żegnaj! — zawołał wznosząc ku niebu rączęta. — Dzięki Ci za ten dar niebiański!..
Pobiegł do matki, opowiedział o wszystkiem, co mu się przytrafiło i radością napełnił jej serce.

KONIEC.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: anonimowy i tłumacza: Elwira Korotyńska.