<<< Dane tekstu >>>
Autor Erazm Majewski
Tytuł Doktór Muchołapski
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1892
Druk P. Laskauer i W. Babicki
Miejsce wyd. Warszawa
Ilustrator Julian Maszyński
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XXXIII.
Jeden bilet, czy trzy bilety? Straszna przygoda.


Poszliśmy. Do zachodu było jeszcze ze trzy godziny i należało z czasu korzystać. Jeszcze jedna noc i powitamy poczciwego sir Biggsa.
W drodze toczyła się urywana rozmowa o szczytnych projektach. Lord Puckins skarżył się na suchość w gardle.
— Ciekawa rzecz, jak sir Biggs przyjmie nasz plan? — odezwałem się, ubawiony myślą o zakłopotanej fizyognomii prawnika, gdy się dowie o postanowieniu.
— Skonam ze śmiechu, lokując się w jego kieszeni! — zawołał lord. — Stary Robert zdźwiga się niemało, niosąc dwóch takich wielkich, jak my, ludzi!
— To jeszcze nic, ale co będzie gdy nas ludowi pokaże? Będziemy zgubieni, zgniotą nas, oglądając niewidziane dziwo, jeśli zaś zechce dobrze ukryć, podusimy się.
— Trzeba go prosić, aby zachował ścisłe incognito i nikomu nie wspominał, że podróżuje samotrzeć.
— Ale, ale, nasuwa się tu zawiła kwestya, jak ma postąpić z kupnem biletów na kolei. Jeśli weźmie jeden na nas trzech, bezwątpienia popełni nadużycie — jeśli kupi trzy, wzbudzi podejrzenie...
— Powinien opłacić przedział cały! — zawołał lord Puckins, — co mówię! wagonu nawet zamało dla tak wielkich ludzi! Niech weźmie ekstrapociąg prosto do Warszawy! Uf! jak mi gorąco...
— No! no! nie przesadzajmy w żądaniach. Pomieścimy się wygodnie w osobnym przedziale.
— Ty, doktorze, pomieścisz się, ale ze mną inna sprawa. Dla mnie trzeba wziąć osobny pociąg... słyszysz mię, doktorze, długi pociąg, o 40‑tu wagonach sypialnych, wybitych aksamitem, abym się miał gdzie rozciągnąć...
Spojrzałem na mówiącego niemile zdziwiony wątpliwym sensem słów wyrzeczonych i zauważyłem, że poczerwieniał mocno. W odpowiedzi na badawcze spojrzenie, towarzysz mój zrobił uwagę, żem zżółkł jak cytryna. Potem zaczął się opędzać przed niewidzialnemi muchami.
— Niech cię to nie dziwi, żem czerwony. Prawy syn Wielkiej Brytanii zawsze czerwony gdy zły.
— Cóż cię gniewa, lordzie? — zapytałem wielkiego syna wielkiej ojczyzny.
— Nie widzisz? Przeklęte roje komarów, myszy i szczury pod nogami, — komary w powietrzu, ładne towarzystwo! niech je dyabli wezmą! — I znowu począł wymachiwać rękoma, narzekając na pragnienie.
Strach mię zjął wielki. Anglik wyglądał jak nieprzytomny. Wyjął flaszkę z wodą, przyłożył do ust, potem ze wstrętem splunął i z całej siły uderzył szkłem o liść. Flaszka odbiła się i spadła w przepaść.
— Nie cierpię wody, niema jak wino! Niech żyje wino! A przeklęte szczury! a macie! a macie!
I począł zawzięcie kopać nogami.
Zanim zdołałem zebrać myśli lord Puckins przeskoczył przepaść szeroką conajmniej na 3 łokcie.
— Tak się skraca odległości, — wołał zatrzymując się po drugiej stronie. — No, dalej, doktorze, teraz kolej na ciebie. Cóż to, wahasz się?
Rzeczywiście było się nad czem zastanowić, ale, niechcąc zostawić Anglika samego, wytężyłem siły, skoczyłem i spadłem w mroczną otchłań... Uderzyłem plecami o miękki przedmiot. Chciałem się zerwać, ale jakaś potęga obezwładniła mię do tego stopnia, że leżąc na wznak, nie byłem wstanie obrócić się. Nademną z brzegu liścia widniała głowa pochylonego lorda, — śmiejącego się na całe gardło.
Tego było zanadto: Oparłem się łokciami, potem dłonią, ale ręce ugrzęzły w jakiejś kleistej substancyi. Zaledwie zdołałem rękę oderwać od punktu oparcia. Zrozumiałem dopiero, że jestem przyklejony. Nogi miałem jeszcze wolne, ale i te za dotknięciem przylegały do dziwnego gruntu.
— Szczęśliwej podróży! do widzenia! — wołał lord Puckins, zanosząc się od nienaturalnego śmiechu.
— Ależ na miłość Boską, ratuj, lordzie! nie mogę się ruszyć!
— Bardzo wierzę! zajedziesz pan niedaleko na swoim rumaku; wolę ja na piechotę...
— Co pan wygadujesz? o jakim rumaku mówisz?
— O tym, na którym jedziesz, niby rzymski sybaryta, w pozycyi leżącej. Winszuję, ale nie zazdroszczę... Do widzenia w Indyach!...
— Co to wszystko znaczy? Nie oddalisz się, lordzie w takiej chwili! Gdzie ja jestem? — zawołałem zatrwożony, ale Anglik znikł mi z przed oczu.
Ogarnęło mię wielkie przerażenie. Nie rozumiałem dobrze, co się ze mną dzieje — co zaś do lorda nigdy go w takim humorze nie widziałem.
Szarpnąłem się znowu raz nadaremnie, nareszcie odwróciłem głowę, aby choć rozejrzeć się dokoła i osłupiałem z przerażenia. Leżałem na lepkim grzbiecie ogromnego bezskorupego ślimaka. Olbrzymi pomrów sunął poważnie w gąszcz zbutwiałych liści i kamieni. Zrozumiałem, że szamotanie się pogorszy tylko położenie.
Jeden był sposób uwolnienia się z ruchomego więzienia. Rozpiąłem serdak oraz surdut i szybko wysunąłem się z ubrania — na ziemię. Narazie miałem zamiar uratować jeszcze przylepioną odzież — ale obawa o lorda wzięła górę i wdrapałem się gorączkowo po łodygach. Na liściu nie zastałem już Anglika. Zdala tylko dochodził mię głos jego.
Nawoływania były bezskutecznemi i dopiero kierując się za głosem, oraz przeskakując przeszkody, zbliżyłem się o tyle, że dostrzegłem wysoką postać syna Albionu. Maszerował on, potaczając się jak pijany.
— Co mu się stało? — zachodziłem w głowę.
On tymczasem zatrzymał się jak wryty, — krzyknął przeciągle i zakrył twarz rękoma. Potem osunął się na kolana i zgięty we troje, niby modląc się pozostał bez ruchu.
Podeszedłem cicho do nieszczęśliwego, zapytując co mu jest, ale lord zerwał się na równe nogi i odpychając mię żywo, jął czynić wyrzuty, że go zgubiłem, że wprowadziłem w haniebną zasadzkę. Plótł o wspólnikach zbrodni, o tłumie dwugłowych Indyan, którzy wspólnie ze mną nastają na jego życie. Potem objaśnił mię, że się rozdwoił, że ma po dwie pary rąk i nóg, że głowa jego odłącza się od ciała i ulatuje w przestrzeń.
Był zupełnie nieprzytomny.
Stało się wyraźnem, że się otruł czemś... ale czem? Pochwyciłem go za ręce, były suche i gorące. Czerwona twarz pałała i oczy dziwnie błyszczące znamionowały silne zatrucie.
Nie znając dobrze objawów, nie mogłem narazie domyśleć się rodzaju trucizny, a zresztą byłem bezsilny. Nietylko żadnego antidotum, nietylko choćby emetyku, ale nawet kropli wody nie posiadałem... Woda! wyraz ten rzucił nagle promień światła na straszną zagadkę.
Zrozumiałem, że lord Puckins musiał napić się wody zatrutej alkaloidem jakiejś jadowitej rośliny. Jedna setna część kropli wody, stojącej na liściu Bieluniu (Datura), Blekotu (Aethusa cynapium), Tojadu (Aconitum), Szaleju (Hyoscyamus) lub Pokrzyku (Atropa) wystarczała do wywołania w nas tych okropnych skutków, jakie u zwykłego człowieka wystąpiłyby dopiero po wypiciu kilku szklanek podobnej nalewki[1].
Straszne skutki przypadkowego zatrucia się temi roślinami powszechnie są znane. Bieluń np. w najwyższym stopniu rozdrażnia mózg. Zwykle człowiek po zatruciu tą rośliną dostaje gwałtownego obłędu, potem utraca na długo pamięć, a często ulega pomięszaniu zmysłów. Blekot wywołuje również gwałtowne szaleństwo lub straszne haluncynacye — a później paraliż.
Pokrzyk, zwany inaczej wilczą jagodą lub belladonną, jest ze wszystkich trucizn najgwałtowniejszą, a skutki sprawia podobne do wyżej opisanych z pewnemi charakterystycznemi zmianami, wielce przypominającemi objawy wścieklizny.
Nieco podobne, choć zdradzające się głównie wymiotami i boleściami, — są objawy otrucia się niektóremi grzybami.
Co tu czynić? jak ratować biednego lorda? Nie wiedziałem, bom nie miał pod ręką nic kwaśnego, co najskuteczniejszą bywa na razie przeciwtrutką.
Gdy tak zatopiony w myślach szukałem ratunku, biedny Anglik po chwili znowu począł szaleć.
Usiłowałem go uspokoić, ale rozjątrzyłem tylko; nie poznawał mnie nawet. Wzrok błyskawiczny, ruchy gwałtowne, zdradzały haluncynacye, jakim podlegał. Bełkotał przytem niezrozumiale, kiedyniekiedy wyrzucając przekleństwa, lub bezsensowe zdania. Nagle rzucił się naprzód, wołając: Mam cię nareszcie! Biegł bez opamiętania, po samych krawędziach blaszek liściowych, czepiał się łodyg, a ja za nim w trwodze podążałem. Tak dobiegliśmy po wązkim jakimś, a długim liściu do łodygi, za którą nic już nie było, tylko przepaść.
Z dołu dochodziło szemranie wody po kamieniach.
Na łodydze od strony przepaści siedziała wielka ważka, mieniąca się od szmaragdów i szafirów, jakiemi połyskiwało w zachodzącem słońcu jej wysmukłe ciało. Zdawała się nie zwracać uwagi na niespodziewanych przybyszów.
Lord Puckins, wskazując ręką na wspaniałego owada, zadyszanym głosem zawołał:
— Nareszcie mam go — i posunął się gorączkowo naprzód.
Uchwyciłem go jednak w porę za rękę.
— Ani kroku dalej! spadniesz, lordzie! — na dole woda!
— Puść mię! — szarpnął się Anglik i jednym skokiem znalazł się obok ważki.


...poszybowaliśmy z piekielną szybkością po nad doliną...

Skamieniałem z przerażenia. Lord tymczasem, jakby odzyskując zmysły, z miną uradowaną dał mi do zrozumienia, że za chwilę dzielny rumak uniesie go do mglistej ojczyzny. Jakto? czyżby wziął ważkę za konia?
Niezawodnie tak się stało, bo oto podnosi nogę, aby wstąpić na ogromne cielsko. Chciałem zapobiedz temu i podbiegłem do szaleńca, aż tu nagle lord Puckins, któremu wystąpiły już na twarzy ciemno­‑czerwone plamy — pochwycił mię w żylaste ręce, podniósł w górę, niby piórko i posadził, jak na koniu, na odwłoku drapieżnego potwora.
Ważka, poczuwszy nieznany sobie ciężar, drgnęła — poruszyła skrzydłami, i uczułem, że ulatuje w powietrze.
Nie wiem już dokładnie jak się to wszystko stało, dość, że w sekundę potem konwulsyjnie zaciśnięte ręce lorda splotły się na mojej piersi i obaj poszybowaliśmy z piekielną szybkością ponad doliną...







  1. Pomimo słabej rozpuszczalności niektórych alkaloidów w wodzie jeszcze taka ilość mogłaby zawierać około 1 grama — trucizny.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Erazm Majewski.