<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Dwa światy
Pochodzenie Powieści szlacheckie
Wydawca S. Lewental
Data wyd. 1885
Druk S. Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XXXVI.

Tak minęły jesień i zima, nadeszła wiosna zawsze nowa i wdzięczna i ten sam wpływ wywierająca na uczucia, jakim ożywia niemą przyrodę i wszystko, co żyje na ziemi. Rozwinęły się drzewa, zaśpiewały ptaki, otwarły serca i znowu jeden akt wiekuistego dramatu odgrywać się począł na scenie, przez którą już przeszły tysiące wiosen podobnych...
Nic widocznego nie zmieniło się w Karlinie, tylko Aleksy zbliżył się nieco do Anny, ośmielając się otwierać jéj z całą myślą swoją w tém nawet, w czém ona dzielić jéj nie mogła; tylko miłość Poli dla Juliana stała się ostrożniejszą i pokrywać zaczęła powierzchowną obojętnością, co zastraszyło Drabickiego; tylko Emil ożył z grobu wyprowadzony przyjazną dłonią człowieka, który mu wszystkie swe chwile wolne poświęcał.
Aleksy osmutniał, choć na swém stanowisku sumienie mu poświadczało, że wszystko spełnił, do czego był obowiązany i co tylko mógł uczynić. Choć nic nie pragnąc, nie śmiejąc marzyć o niczém, codzień pojony widzeniem Anny, codzień na wyższém stawiając ją podnóżu, codzień swój ideał większą opromieniając jasnością, uczuwał w sercu jakąś niemą, spokojną rozpacz niewytłómaczoną... Nie mógł on omylić się na uczuciach pięknéj swéj Beatrycy: przyjaźnie mu się uśmiechała, mówiła z nim, jak z chłodną rozmawia się książką, posługiwała się, dawała mu dowody przyjaźni i wdzięczności, ale się nie domyślała nawet, co się w jego sercu działo — nadto stała wysoko... Aleksy téż miał pozór chłodnego człowieka, właściwy ludziom, co najżywiéj czują, a czucie swe kryją, jak ranę bolesną, by jéj obca nie tknęła ręka; można go rychléj było posądzić o lodowatą obojętność na wszystko, niżeli męczarnie wewnętrzne, których nic nie zdradzało.
Jedna Pola czegoś się domyślała, coś przeczuła...
Pola zmieniła się do niepoznania od niejakiego czasu: osmutniała, zrobiła się ostrożniejszą, napozór unikała Juliana; ale ten symptom nie zwiódł Aleksego, który jasno widział postęp przywiązania i bolał nad jego przyszłością. Chwilami jeszcze Pola powracała do dawnego charakteru, ale nienaturalnie, przymusowo, umyślnie, jakby grała komedyę dla zbicia z tropu świadków, których się obawiała. Julian téż zmienił się wielce, i nie umiał taić z tém, co go przeważnie opanowało... Schodzili się w salonie, ledwie na siebie spojrzawszy, unikali się, potém pod jakim pretekstem, nie zawsze szczęśliwie wymyślonym, zbliżali, i już ich oderwać nic nie potrafiło.
Julian przed Aleksym wzdychał na zobojętnienie Poli, ale Drabicki śmiał się z tego, co znowu gniewało Karlińskiego. Postęp był codzień widoczniejszy dla oczów przyjaciela, choć Anna niczego jeszcze nie dostrzegła, a tak dalece była niewinną, że ilekroć Pola z Julianem zeszli się i utonęli w rozmowie cichéj, ciesząc się dla brata z téj, jak ją zwała, rozrywki... przerywać jéj nie dozwalała...
Jednego wiosennego wieczoru Aleksy z Anną chodzili po salonie, od którego drzwi były otwarte na ogród; Pola pierwsza się niemi wymknęła zamyślona i smutna, Julian krążył z początku po pokoju, słówkiem niekiedy mieszając się do rozmowy, potém niby pod pozorem zapalonego cygara, wysunął się na ganek. Aleksy widział, jak się tam zeszli, dostrzegł szeptów i ściśnienia ręki, które mu wyspowiadały niespodzianie, w jakim stopniu zbliżenia byli z sobą kochankowie i po dosyć niezgrabnych pozorach, domyślił się łatwo, że rozchodząc się w strony przeciwne, myśleli gdzieś naznaczyć sobie schadzkę w ogrodzie. Pierwszy to raz jaśniéj się przekonał, że Julian i Pola nie mieli już dla siebie tajemnic; niebezpieczeństwo obojga stanęło mu w oczach, los zwłaszcza nieszczęśliwéj Poli ścisnął mu serce...
Anna nie domyślała się nic wcale, spokojnie rozmawiała z Aleksym, skarżąc się tylko przed nim na smutek Juliana, na zmianę jego charakteru. Aleksy przywykł już z nią mówić szczerze.
— Nie wątpisz pani — rzekł — o mojém przywiązaniu do Juliana, nie weźmiesz mi więc za złe, gdy całą prawdę jéj powiem... takie życie, jakie on prowadzi, musi wydać owoc smutny: zwątpienie, zobojętnienie, znużenie... Julian nie ma celu, zajęcia, nie wyrobił sobie jasnego pojęcia przyszłości, zbytecznie się pieści i my go trochę za nadto pieścimy...
— Cóż pan chcesz, żeby robił?...
— Cokolwiek, byle się czém zajął... czemuby nie podróżował?... — dodał.
— Tak!... a jabym została samą!... samą w tym i tak pustym Karlinie.
— Pani, nie wierzę temu słowu, które z ust jéj słyszę... nie możesz się pani na swoję samotność uskarżać; pełna ona czynu, myśli i pracy. A gdyby przyszło i zatęsknić za Julianem, kiedy to dla niego konieczne?...
— Konieczne, ale ja mu to już nieraz, od prezesa będąc naglona, proponowałam; zawsze mi odpowiada, że nie cierpi podróży, że wyrywając go z Karlina, najboleśniejszą wyrządzilibyśmy mu krzywdę... On nas tak kocha!
Drabicki nie śmiał powiedziéć całéj prawdy; odezwał się tylko:
— Jak pani chce, iżby tego rodzaju chory sam dobrowolnie zgodził się na wzięcie lekarstwa? są słabości, a Juliana jest właśnie tego rodzaju, że inaczéj, jak przymusem i siłą ze zgubnego stanu wyprowadzić nie można... Julianowi brak woli, brak odwagi, trzeba, by obca wola zastąpiła mu własną...
— Tego nie rozumiem... on nie dziecko... trudno go zmusić...
— Prezes, pani, moglibyście uprosić... przekonać; ręczę, że to środek jedyny; młodości potrzeba pokarmu koniecznie, jak ta stepów Tataryi bajeczna roślina, zwana barańcem, która dokoła objadała, co żyło, nim sama uschła brakiem pokarmu; młodość pozostawiona w miejscu, spożywa, niszczy, co ją otacza, i gdy posiłku zabraknie, więdnie i kona... Zobaczyłabyś pani, jakimby nam Julian powrócił! Tu zestarzeje zawcześnie, przyrośnie do ziemi, do poduszek, do krzesła, zgnuśnieje i uśnie. Nie myśl pani, by zawsze dogadzanie instynktom chorego było zbawieniem dla jego przyszłości; czasem pragnie on trucizny...
Anna zamyśliła się głęboko.
— Ja tego dokonać nie potrafię — rzekła pocichu. — Prezesa użyć potrzeba, naradzić się, jeśli to konieczna... ale prezes wspominał mi o inném lekarstwie...
Zawahała się chwilę; lekki rumieniec twarz jéj pokrył.
— Cóż to takiego?
— Nie mamy dla pana tajemnic — odpowiedziała — znasz interesa nasze, stan ich znacznie się poprawił, jednakże sam pan powiadasz, że dla swobody w przyszłości, należałoby parę wsi sprzedać... Prezes nie widzi na to innego sposobu, nad bogate Juliana ożenienie... on utrzymuje, że żeniąc go, wwodząc w nowe życie i obowiązki...
— Gdyby to było podobna — rzekł Aleksy — gdyby...
Ale całéj swéj myśli powiedzieć nie mógł, Anna go nagliła.
— No? gdyby! kończ pan, proszę...
— Tu pojęcia nasze, moje i prezesa, a może moje i pani, wielce się różnią, nie zrozumielibyśmy się podobno... Państwo przywykliście wszystko zasadzać na stanie majątkowym, godności imienia; niezawisłość, znaczenie, szczęście, czynicie zależnemi od bogactwa... Prezes gotówby ożenić Juliana nawet przeciw sercu jego, byle bardzo świetnie i bogato... Na to ja się nie godzę...
— Pan... świat zawsze jakiś idealny masz przed oczyma; prezes przywykł patrzéć na rzeczywisty...
— Ale może być co rzeczywistszego — spytał Aleksy — nad miłość lub wstręt? a choćby obojętność, która wyradza znużenie i Bóg wie jak gwałtowne pragnienia?
— Jak tylko ten ktoś, kogo Julianowi przeznacza prezes, jest młody, piękny, dobrze wychowany... dla czegóżby się pokochać nie mieli i nie byli szczęśliwi?...
Aleksy się uśmiechnął.
— Dlaczego? a! to właśnie wielka tajemnica świata — rzekł z duszy — dlaczego z pośrodka tłumów jedna istota ku sobie nas pociąga, druga w całym blasku piękności odpycha lub na wieki pozostaje obojętną? Dlaczego jednę z tysiąca wybiera pierwsze wejrzenie, jeden rzut oka? dlaczego tęsknim za nią z przeczuciem, choć jéj nie znamy, a zobaczywszy, przywiązujemy się na wieki?...
— Téj tajemnicy — odpowiedziała Anna — nietylko nie rozwiążę, ale zdaje mi się, że jest urojoną... do każdego można się przywiązać...
— Tak, po chrześcijańsku i bratersku — rzekł Aleksy.
— I to dosyć... — zawołała Anna — namiętnych tych i tak wyłącznych przywiązań, przyznam się, nie pojmuję, mam je za obłęd i szał występny... człowiek się tak nie powinien wiązać sercem do ziemi!...
— Nie powinien; ale jeśli siła, co go pociąga, mocniejszą jest nad wszystko, jeśli w nim zaciera pamięć, rozwagę, rachubę, jeśli mu odbiera przytomność? jeśli go opanowywa...
— Powinien walczyć... — odpowiedziała — choć — dodała pochwili — ja tego nie rozumiem i pojąć nie mogę.
— Pani tego nie pojmiesz nigdy!... — rzekł smutnie młody człowiek — stoisz zanadto wysoko, nad ziemią, byś cokolwiek ziemskiego zapragnąć mogła... nie powiem, żebym to w pani pochwalał... wielkość jéj przestrasza mnie!...
Anna się rozśmiała i spuściła oczy...
— Cóżem temu winna, że w to nie wierzę i nie pojmuję tego?
— Ale możnaż zaprzeczać prawdziwie tego uczucia, którego się nie doznaje? nie możeż ono istniéć dla drugich, choć nie egzystuje dla pani?...
— Żal mi tych ludzi!
— Nie żałuj ich pani tak bardzo... wszystko na świecie tak jest opatrznie urządzone, że męczarnie stoją obok uniesień i rozkoszy dusznych, że im większa ofiara, tém zdobycz obfitsza... Za boleści serca płaci serce, za namiętności chwila szału, za chwilę szczęścia cierpienie...
— Słucham o tém, jak o królewnie zaklętéj — zawołała Anna. — Ale patrz pan, już dziesiąta, a myśmy się tak zagadali... Poli cały dzień głowa bolała, poszła pewnie do swego pokoju. Julian czegoś smutny, musiał także pójść do swoich książek...
I Anna wymknęła się i znikła, a Aleksy sam pozostał z wrażeniem rozmowy, która odbiła się przykro w głębi jego serca... Machinalnie wyszedł przeze drzwi otwarte do ogrodu... wieczór był cudny, a księżyc dodawał mu jeszcze wdzięku...
— Byłażby miłość istotnie występkiem? — mówił w duszy — byłażby szałem czysto cielesnym? nie masz-że w niéj przeczucia innego bytu, zjednoczenia wszystkich istot w nieśmiertelnéj całości u tronu bożego? Byliżbyśmy winni, wynosząc jednę istotę na tron i w niéj upatrując odblask doskonałości, której pragniemy? Na tożby tylko dane nam było to uczucie udoskonalające, podnoszące, oczyszczające, żebyśmy z niém walcząc, wyrabiali w sobie siły? Jest-że fałszem wszelka miłość, jest-li złudzeniem i popędem materyalnym, przebranym w szaty i skrzydła anioła?... Nie! nie! Ale dlaczegoż są istoty, co kochają świat cały, a nie pojmują, że kochać można jednę nad wszystko i wszystko w jednéj. Dlaczegoż Bóg w serce Anny nie wlał świętego ognia, a może... może on tam czeka, nie rozbudzony, jednego wejrzenia, co go ma rozpalić!
Tak myśląc zcicha, powoli szedł Aleksy ciemną ulicą i stanął nagle nie wiedząc, co począć z sobą, gdy go doszły słowa rozmowy, usłyszane niespodzianie o dwa kroki. Opamiętał się, spojrzał... księżyc jakby kroplami srebrnemi wpadał pomiędzy liście altany gęstéj, w któréj siedzieli Julian i Pola, zapomniawszy o całym świecie... Przytuleni do siebie, w uścisku namiętnym, z twarzami zwróconemi ku sobie, składali grupę wdzięczną, przypominającą Franceskę Danta...
Znikł z oczów ich świat, ludzie, obawy, jutro, wszystko, na co się człowiek zimny ogląda... wyrazy ich jak spojrzenia mieszały się, zlewały, obejmowały, jednoczyły; na twarzy Poli jaśniała, gorzała namiętność niepohamowana; szczęśliwa i rozmarzona, wyegzaltowana, podnosiła głos i błyskiem oczu oświecała, zda się, ciemną ustroń, w któréj się zeszli, wiedzeni szałem, którego dłużéj powstrzymać nie mogli... w uśmiechu jéj były łzy rozkoszy... Julian bardziéj milczący, ale zarówno opanowany, drżał jak liść, tracąc przytomność, omdlewając prawie zbytkiem swojego szczęścia. Ona płonęła życiem, ten konać się zdawał i umierać..
— Julku mój... — srebrnym głosem wołała Pola — a! długo, długo czekałam na tę chwilę... teraz już mogę umrzéć, nie chcę więcéj... Powiedz mi, że mnie kochasz.. powtórz sto razy! być-że to może?... Ty, mnie! ty! anioł, czysta, niebieska istota, ideał... mnie biedną, złamaną gorączką lat tylu, upadłą namiętnością, rzucającą ci się na szyję jak szalona... Ty mną nie gardzisz... ty mnie nie odpychasz?...
— Ja... cię kocham... Polo! Polo! a! jak kocham! a com wycierpiał... ilem walczył!
— Musiałeś się opierać? myślałeś, że mi się oprzéć potrafisz?... ja cię ciągnęłam... o! silną wolą téj miłości byłabym z grobu wyrwała umarłego! Ty nie wiesz, com ja wycierpiéć musiała... wstyd, pamięć przyszłości, wdzięczność... wszystko stłumiłam w sobie... a ile łez połknęłam... a ile razy chciałam umrzéć, sądząc, że nigdy nie wywiodę cię z tego odrętwienia!...
— Musiałem walczyć, ale czyż ci oczy moje nie powiedziały, co czułem?...
— Oczy!... oczów mi było zamało; usta! ust nie dosyć... ja szaleję! on mnie kocha... A! gdybym dziś umrzéć mogła, ot tak w uścisku twoim... Zabij mnie! a! zabij mnie... dasz mi szczęście... Jutro powstaje przede mną groźne, boję się wszystkiego, ludzi, ciebie, jéj... świata... nieszczęścia... siebie saméj... a dziś dostąpiłam szczytu pragnień, mam ciebie... i tak słodkoby umrzéć było...
— Polo! będziemy żyć!...
— Tak! mówisz to i kłamiesz, Julku, ty wiesz dobrze, że z sobą żyć nie możemy... ale na co truć dzisiaj temi myślami, które zawsze zaprędko wnijdą... Dziś tylko moje!
I objęła go za szyję i zjadała pocałunkami... Julian umilkł i zdawał się napół zemdlony... Aleksemu włosy powstały na głowie... cofnąć się nie mógł, pozostać nie chciał; scena ta przerażała go gwałtownością; jak wkuty stał słupem przy nich, a oni go nie widzieli...
— Polo! wracajmy! zobaczą... domyślą się...
— Niech widzą, niech się domyślają, niech cały świat wié, żem twoją... ja się tém chlubię, ja chcę tego! co mi tam oni wszyscy... ja-m dziś królowa... bo mam serce twoje...
Z takich, bezładnie z ust ich wyrywających się wyrazów składała się ta szalona rozmowa, w któréj słowa były niepotrzebnym i zbytecznym dodatkiem... Aleksy opamiętawszy się trochę, cofnął się kilkanaście kroków pocichu i zacząwszy świstać głośno, z hałasem zbliżył się do altany, dając czas Poli do ucieczki... Sądził on, że niebezpieczną tę schadzkę przybycie jego rozerwie, że dziewczę pierzchnie, a Julian pozostanie, udając, że wraca z przechadzki... ale się omylił, bo przyszedłszy do altany, znalazł tylko chustkę białą leżącą na ziemi, a kochanków ani śladu... W ciemnéj ulicy mignęli mu się jak dwa cienie i znikli... nic ich rozerwać nie mogło... Aleksy poszedł daléj, podjąwszy chustkę, którą schował, i umyślnie śledził uciekających, aby ich zmusić do rozstania; schwytać ich wszakże nie potrafił... Pola porwała Juliana i uniosła z sobą w cieniste głębie ogrodu.
Po półgodzinnych nadaremnych poszukiwaniach, oburzony na Karlińskiego, Aleksy poszedł wprost do jego pokoju, postanowiwszy czekać tam i nie oszczędzać mu gorzkiéj prawdy... wyrzucał sobie nawet, że tego wprzódy nie uczynił... że go nie zmusił do wyznania i szukania rady w przyjacielu, rady dziś może mającéj przyjść zapóźno.
Zdziwił się, zastawszy go już w fotelu z cygarem w ustach, napozór znużonego i chłodnego, z książką w ręku dla niepoznaki. Na twarzy jednak Juliana widne jeszcze były ślady sceny w ogrodzie: pomieszanie, szał, zniecierpliwienie zarazem; zpod oka poglądał na Aleksego, badając go, czy ich widział, czy wié o czém, lub nie.
Drabicki obejrzawszy wprzód, że ich nikt podsłuchać nie może, stanął przed nim jak surowy sędzia, wyjął chustkę, którą miał na piersiach i rzucił ją Julianowi, jako znak widomy schadzki, któréj był świadkiem.
— Znalazłem to w altanie — rzekł — gdzieście z Polą tak szaloną odegrali scenę; mimowolnie byłem waszym powiernikiem, bom zszedł was zadumany... ale widać, że los opatrzny chciał tego.
Julian zadrżał i zapłonął gniewem, którym miał wybuchnąć.
— Nie nastraszysz mnie gniewem swoim — przerwał mu, nim słowo wyrzekł, Aleksy — ja téż nie przyszedłem z wymówkami, ale z politowaniem: Julianie, na Boga, co myślisz i co robisz, opamiętaj się!... Nie wierzysz przyjaźni i sercu memu, wybaczam; wezwij własnego instynktu i rozwagi!
Julian zadrżał rozbrojony, rzucił mu się na szyję.
— Ja wiem! — zawołał — ja wiem i czuję, że zadaleko zaszedłem, ale to nad siły moje.. oprzéć się nie mogłem... nie umiałem... Pola pociągnęła mnie... ratuj... radź!... drogi Aleksy, bądź przyjacielem, nie sędzią.
— Nadto człowiekiem jestem i zbyt słabym — rzekł Aleksy — ażebyś się po mnie mógł spodziewać nielitościwych jakichś wyrzutów; nie z czczą wymówką, ale z dłonią do powstrzymania cię gotową przyszedłem...
Julian oczy zakrył dłonią.
— Teraz powtarzam ci — zawołał Drabicki — albo stanowczo powiedz sobie, że się z nią ożenisz, albo uciekaj natychmiast... Mojém zdaniem nie zważając na przesądy i nierówności wymyślone, powiedziałbym ci: idź śmiało do ołtarza, nie lękaj się pracy i ubóstwa, podziel z nią życie, jak podzieliłeś serce... jeśli na to nie masz odwagi, uciekaj jutro, natychmiast... w téj chwili...
— Już zapoźno!... — rzekł złamanym głosem Karliński.
— Wiesz więc, co masz począć? — odezwał się Aleksy — rada moja byłaby obelgą... jednę masz tylko drogę uczciwą...
— Zrobię, com powinien, nie wątpij — odpowiedział Julian — ona mnie kocha... ja szaleję za nią, nic nas nie rozłączy; ale na Boga, proszę cię o tajemnicę; muszę przygotować stryja, Annę, muszę sam się uzbroić w męstwo, bo wiem, że spotkam zawady straszne... Milcz... zaklinam cię, i daj mi czas...
— Rób, jak chcesz — rzekł Aleksy siadając — ale nie sądź, ażeby zwłoka dała ci siły... Obawiasz się wybuchu: tego nie unikniesz, to napróżno, dziś czy jutro, jednakie będzie.
— Muszę zebrać myśli, osnuć plan... zaklinam cię, zachowaj mi milczenie...
— Bądź o to spokojny, nigdym nie zdradził nikogo, nie domyśli się nikt, że mnie przypadek zrobił panem waszéj tajemnicy; będę milczał... zamknę oczy, bo jeszcze wierzę w ciebie...
Chwilę trwała rozmowa, a Aleksy wyszedł z politowaniem nad Julianem, przewidując, że przyszłość ciężkie dla niego próby gotuje, którym siły nie będzie miał podołać. Smutny, zwrócił się do swojéj izdebki i widokiem może téj miłosnéj schadzki rozmarzony, mimowolnie zapłakał nad sobą... Jakaś niepoczciwa zazdrość zrodziła się w sercu jego... wydziedziczony, wymawiał niebu to szczęście, które innym spadało samo, a dla niego nigdy, nigdy żadném zaklęciem wywołane być nie mogło. Ale ten smutek czysty, kto wie, czy nie większą był rozkoszą od upojenia Juliana, którego myśl i serce wzburzone z groźną się już pasowały przyszłością. W boleści Aleksego był jakiś spokój, w rozkoszy Karlińskiego tkwiły zarody cierpień przechodzących jego siły: miotał się uciśniony szczęściem, pochwycony wirem, nad którym nie panował; spodziewał się i obawiał, pragnął i drżał, myśl sięgała poza uczucie i mierzyła już czarne przepaście... Namiętność trwała zbyt długo, wybuchnęła zbyt gwałtownie, by się w biegu jakąkolwiek rozwagą powstrzymać dała i skierować...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.