Faust (Goethe, tłum. Zegadłowicz)/Część pierwsza/Komnatka Małgorzaty I

<<< Dane tekstu >>>
Autor Johann Wolfgang von Goethe
Tytuł Faust
Wydawca Franciszek Foltin
Data wyd. 1926
Druk Franciszek Foltin
Miejsce wyd. Wadowice
Tłumacz Emil Zegadłowicz
Tytuł orygin. Faust
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała część 1
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała część 2
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
KOMNATKA
MAŁGORZATY

MAŁGORZATA /FAUST/ MEFISTOFELES

WIECZÓR
MAŁGORZATA
(zaplata warkocze)

Kto to mógł być? Kto mnie, nieznaną,
zaczepił w mieście dzisiaj rano?
wcale przystojny, coś w nim jest —
krew widać zacna — pański gest,
i wzięcie całe — gładkość twarzy;
ktobądź się przecie nie odważy.

(wychodzi)
(wchodzi Mefistofeles z Faustem)
MEFISTOFELES

Wejdź — tylko cicho! los poszczęścił nam.

FAUST
(milczy chwilę)

Dziękuję — pragnę zostać sam.

MEFISTOFELES
(myszkuje)

Tak schludnych dziewcząt mało znam.

(wychodzi)
FAUST
(rozgląda się)

Witaj mi, cichy zmierzchu dnia,
komnaty tej urocze śnienie!
Serce! miłością spłoń do dna,
nadzieją ukój swe cierpienie!
Jakże ten spokój pieści mnie,
ładu, ufności pieniem cichem!
Każdy tu przedmiot ciszą tchnie,
ubóstwo staje się przepychem!

(siada w skórzanym fotelu przy łóżku)

Przyjm-że mnie ty, coś długie pokolenia
bronił w rozpaczy, przytulał w radości!
Ileż to razy w ciszy twego cienia
dzieci zaznały ojcowskiej miłości!
Może tu właśnie za gwiazdkowe dary
w podzięce szczęsnej, co lice zrumienia,
do ręki dziada przypadałaś starej,
o dziewczę miłe! — Zasłuchany w ciszę,
ducha twojego widzę, jak przecudnie
w takt prac domowych wdzięcznie się kołysze,
jak kobierczykiem stół zaścielasz schludnie —
nawet szmer piasku u stóp twoich słyszę...
Ręko nadobna, twój to cud i władza
sprawia, że chata w niebo się przeradza.
A tu!

(odgarnia zasłonę łóżka)

Rozkoszą, lękiem serce pała!
Ach, marzyć tu godziny, dnie;
tu, gdzie przyroda w cichym śnie
anielską postać kształtowała!
Tu spoczywało wonne ciało,
tu życie w piersiach falowało,
przeczyste świętych cnót przędziwo
przędło jej obraz — boże dziwo!

I stoję tu — i naco — poco?
wzruszenia myśli moje złocą;
serce stęsknione w piersiach drży!
Nieszczęsny Fauście — czy to ty?

Urok opływa sprzęty, ściany;
użyć przyszedłem z miną chwata,
a oto marzę rozkochany!
Czyż nami los jak liśćmi wiatr pomiata?

O tak! bo gdyby teraz się zjawiła
i nagle przekroczyła próg,
błagałbym kornie: wybacz miła!
Faust! wielki! u jej małych nóg!

MEFISTOFELES
(wbiega)

Wraca! uciekaj, póki pora!

FAUST

Odejdź! nie wyjdę stąd!

MEFISTOFELES

Oto szkatułka wcale spora,
nie pytaj — mniejsza skąd;
ukryj ją zgrabnie tutaj w szafie,
już zbałamucić ją potrafię,
możesz mi wierzyć! — Istne cuda
są w tej szkatule — można nią
uwieść niejedną!! Rzecz się uda —
dziecko jest dzieckiem, gra jest grą.

FAUST

Nie wiem doprawdy...

MEFISTOFELES

Co? wahanie?

Skarbu ci żal? a — w tym sposobie
radzę pożądań zbyć się, panie,
dać święty spokój mej osobie,
chwil nie marnować — szkoda czasu!
nie przeczuwałem skąpca w tobie!
Rąk nie żałuję, w łeb się skrobię...

(ustawia szkatułkę w szafie)
(zamyka szafę)

A teraz precz stąd! prędko!
...tak sprawnie manewruję wędką,
by złowić dla cię kąsek smaczny,
a ty w bezwoli tu rozpacznej,
czy w osłupieniu, czy w bezwładzie,
stoisz jak student na wykładzie,
którego troski trapią liczne —
fizyczne i metafizyczne!
Ach dość już! Chodź!

(wychodzą)
MAŁGORZATA
(z lampą)

Tak duszno tutaj i parno,

(otwiera okno)

na dworze wcale nie skwarno.
Jakoś mi dziwnie na duszy,
w tej domu samotnej głuszy —
matka nie wraca, drżę cała
odurzona, struchlała.

(rozbiera się i nuci)

Był w Thuli król wielkiej cnoty
— owiał go legend czar —
otrzymał puhar złoty,
kochanki ostatni dar.

Droższy mu był nad życie,
miłosny żar w nim tkwił—

król łzę ocierał skrycie,
ilekroć z niego pił.

Gdy śmierć nadeszła — spokojnie
przeliczył miasta, wsie,
 rozdał wszystko hojnie,
jeno puhara nie.

Kędy spienione morze
roztrąca się o brzeg —
do uczty ostatniej na łoże
w gronie rycerzy legł.

Grały mu morskie odmęty,
słuchał ich pieśni i pił —
i rzucił puhar święty
w mórz tonie z całych sił.

I patrzał zamglonym wzrokiem
w topiel chłonącą — bez skarg —
aż śmierć zasnuła go mrokiem
z tą kroplą wina u warg.

(chce suknie zawiesić w szafie — spostrzega szkatułę)

Patrzcież — szkatułka jakaś stoi,
ale skąd tutaj? w szafie mojej?
o jakżeż mnie to niepokoi!
Wszakże zamknęłam szafę! — może
to zastaw złożył kto?
Otworzyć? nie otworzyć? Boże!
chyba otworzę! A to co?
Cóż to za cuda te klejnoty —
toć wielka pani i w niedzielę
może się w nich pokazać śmiele!
Ustroję się w ten łańcuch złoty —
— jak się to w słońcu musi skrzyć!
Czyjaż to własność może być?

(przystraja się — podchodzi do lustra)

Gdybym choć te kolczyki miała!
Jak się to zmienia postać cała!
Bo i cóż piękność, młodość wreszcie?
pewno — przydatne to niewieście,
lecz jeśli chwali za to ktoś — to raczej
z litości jeno; — złoto znaczy!
i gorzej:
przed złotem się korzy
i złotem się puszy
cały świat!
Biednemu w oczy wicher prószy!





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Johann Wolfgang von Goethe i tłumacza: Emil Zegadłowicz.