Flirt z Melpomeną/O kulturę wiersza na scenie

<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł Flirt z Melpomeną
Wydawca Instytut Wydawniczy „Biblioteka Polska“
Data wyd. 1920
Druk Drukarnia Ludowa w Krakowie
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


O KULTURĘ WIERSZA NA SCENIE.

Z okazyi wystawienia Elektry, pozwolę sobie poruszyć pewną kwestyę, która szczególnie leży mi na sercu. Omawiając, zdaje mi się, przedstawienie Makbeta, podnosiłem jak bardzo, u wielu aktorów, zanika poczucie wiersza, i jak — zwłaszcza gdy chodzi o wiersz biały — zmienia się on łatwo w jakąś bezpostaciową masę, w której znękane ucho słuchacza od czasu do czasu łowi z wysiłkiem ułamek rymu, aby go znowu za chwilę zagubić. Otóż, przypadkowo, zapoznałem się z ciekawą ilustracyą tego faktu, świadczącą iż przyczyny jego sięgają głębiej niż przypuszczałem.
Wpadła mi mianowicie w ręce jedna z ról z przygotowującej się Elektry. Przez ciekawość, zajrzałem do niej, przyczem uderzyło mnie, że jest pisana prozą, podczas gdy mniemałem, iż Elektra Hofmasthala jest wierszem. (Kiedy jednego z artystów grających w Elektrze pytałem czy sztuka jest wierszem czy prozą, nie umiał mnie objaśnić, i, jak się zaraz okaże, niema w tem nic dziwnego). Zacząłem tedy czytać ową rolę:
Nie umiem siedzieć i patrzeć się w ciemność jak ty. Mam w piersiach coś jak gdyby ogień, co nieustannie pędzi mnie po domu, w żadnym pokoju usiedzieć nie mogę, muszę z jednego schodu biedz na drugi, na dół do góry — jest mi jakby wołał mnie ktoś, przychodzę a tu pusty pokój! Tak się czegoś boję — drżą mi kolana w dzień i w noc, a gardło jakżeby mi ktoś czemś ścisnął, więc płakać nawet nie mogę, nawet płakać nie mogę. Wszystko jest siostro jak kamień — litości!
Oczywiście, po pierwszych słowach (nie potrzeba na to być wielkim poetą), spostrzegłem, że ustęp ten jest poprostu wierszem, białym jedenasto-zgłoskowym wierszem, mimo iż miejscami zepsutym, i że należy go pisać tak:

Nie umiem siedzieć i patrzeć się w ciemność
jak ty. Mam w piersiach coś jak gdyby ogień;
coś nieustannie pędzi mnie po domu,
w żadnym pokoju usiedzieć nie mogę,
muszę z jednego schodu biedz na drugi,
na dół, do góry — jest mi jakby wołał
mnie ktoś; — przychodzę, a tu pusty pokój!
Tak się czegoś boję...
Drżą mi kolana w dzień i w noc, a gardło
jakżeby mi kto czemś ścisnął, więc płakać
nawet nie mogę, nawet płakać nie mogę (?)
Wszystko jest siostro jak kamień, — litości!

I w ten sposób cała rola. Spojrzałem na okładkę: rozpisana była przed laty dziesięciu i zawizowana przez ówczesną dyrekcyę. Zaintrygowany w najwyższym stopniu tym osobliwym sposobem pisania, spostrzegłem obok roli egzemplarz teatralny sztuki; ciekawość przemogła, popełniłem niedyskrecyę i zajrzałem do egzemplarza. Ujrzałem, w istocie, dziwne rzeczy. Miejscami był pisany wierszem, białym jedenastozgłoskowym wierszem; miejscami prozą, pod którą wyczuwało się — jak w przytoczonym ustępie — takiż sam wiersz, raz po raz mniej lub więcej okaleczały. Inne ustępy znowuż inaczej: pisane jak wiersz, ale zupełnie błędnie dzielone, naprzykład:

Od snów się można uwolnić. Jest
głupi, kto na sny cierpi, a nie może
znaleźć na nie lekarstwa. Już
ja to wynajdę co ma krwią spłynąć
abym znowu spała...

Podczas gdy ma być, oczywiście:

Od snów się można uwolnić. Jest głupi
kto na sny cierpi, a nie może znaleźć
na nie lekarstwa. Już ja to wynajdę
co ma krwią spłynąć, abym znowu spała...

To znów, bezkształtny bigos prozy zarywającej co chwila jedenastozgłoskowym rytmem i nagle przechodzącej w wiersz lub coś podobnego do wiersza; ale wszystko jakby zupełnie przypadkowo:
Chciałabyś krzyczeć, chciałabyś uciekać, czujesz jak ostrze skrada ci się kędy siedli twe życia — lecz on wstrzymał cios. Za sploty włosów cię wlecze słyszysz tylko serce jak ci o żebra się tłucze i będzie czas dany ci na to, byś pozazdrościła wszystkim i przykutym do murów więzienia i tym co na dnie studni wołają śmierci jak oswobodzenia

A obok ciebie stać będę ja! nie możesz
Wzroku oderwać odemnie! próbujesz etc.

Przepisałem sobie z ciekawości kilka ustępów, aby je porównać z niemieckim oryginałem, który, przekonałem się, jest cały pisany jednolitym wierszem.
Łamię sobie głowę, jakie jest pochodzenie tego teatralnego egzemplarza? Nie chcę ani na chwilę przypuścić, aby w tej formie wyszedł z pod pióra p. T. Świątka, tłómacza Elektry[1]; z drugiej strony, niepodobna aby kopista, choćby najniedbalszy, pozwolił sobie na takie licencye. Byłbym serdecznie wdzięczny, gdyby mi to ktoś wyjaśnił? Ale jest w tem jedna rzecz dla mnie przerażająca: mianowicie to, że taki egzemplarz przed laty znalazł aprobatę dyrekcyi teatru, że od dziesięciu lat spoczywa w bibliotece teatralnej, że z niego rozpisano role, grano z nich, i że te role znów wróciły do rąk aktorów. I jak się tu dziwić, że kultura i wiersza na scenie zanika! Oczywiście, że zdolny i mający poczucie wiersza artysta i z tem jakoś sobie da radę: instynktem wyczuje poomacku rytm tam gdzie on jest, zręcznie prześliźnie się po arytmicznych ustępach, i — jakoś to idzie! Ale to nic a nic nie łagodzi monstrualności samego faktu. Żyjemy przytem w czasach tylu licencyj estetycznych, iż każde niechlujstwo może uchodzić jako „nowa sztuka“: — i to jest najbezpieczniejsze.
Gdybyż to był odosobniony dokument! Przed kilku laty, nasze komunikaty teatralne doniosły, z właściwym sobie entuzyazmem, iż znakomity aktor, mając grać jedną z komedyj Szekspira, sam, osobiście, pozmieniał w swojej roli wszystkie końcówki białego wiersza na rymowane! Było to w czasie zamętu wojennego, i temu też przypisuję, że nikt, o ile mi się zdaje, nie ocenił w należyty sposób tej gorliwości.
Drugi przykład. P, Frenkiel, grając, podczas swej gościny w krakowskim teatrze, Świętoszka, opowiadał mi, iż miał zamiar grać go również gościnie w innym stołecznym teatrze, ale że dyrektor Mantra postawił za warunek, aby p. Frenkiel grał swoją rolę, jeśli chce, w nowym przekładzie, reszta zaś aktorów w przekładzie dawniejszym, z którego biblioteka teatralna posiada role już rozpisane. (Oszczędność kilkudziesięciu koron). Ponieważ komedya pisana jest wierszem, i dyalog, oczywiście, wciąż zazębia się o siebie rytmicznie i rymowo, można sobie wyobrazić jak harmonijny byłby rezultat tej proponowanej przez p. dyrektora kombinacyi! Frenkiel się nie zgodził, i wystawienie Świętoszka upadło.
A jak się państwu podoba taki fakt. Tenże sam dyrektor stołecznego teatru ogłosił, niedawno przed wojną, z wielkim szumem „cykl Molierowski“. Miano grać, między innemi, Szkołę mężów. Po pierwszej próbie, „heroina“ zwróciła się do dyrektora z oświadczeniem, iż zupełnie nieprzyzwoitem jest, aby sztukę kończyła subretka, a nie ona, bohaterka. Widząc iż rzecz jest poważna i że z heroiną niema żartów, dyrektor od ręki dopisał do Szkoły mężów dziesięć wierszy (mam ich odpis) i włożył je w usta bohaterki sztuki, Izabeli. Ostatnie dwa wiersze tego uzupełnienia brzmiały:

Więc gdy chcecie żyć z żoną bez bojaźni, troski,
Zamykajcie ją zawsze w kasie Wertheimowskiej.

Dopiero na przedłożenia jednego z aktorów, iż, za czasów Moliera, nie znano kas Wertheimowskich, pan dyrektor zmienił ten ostatni dwuwiersz następująco:

Więc największa ostrożność na nic dzisiaj zda się,
Chyba gdy zamkniecie swe żony, lecz w żelaznej kasie.

I tej postaci definitywnie sztukę grano i będą ją grać w owem mieście tak samo po wiek wieków, albowiem egzemplarz przechowany w bibliotece teatralnej staje się — jak to widać po przekładzie Elektry Hofmansthala — nietykalną tradycyą.

Z uczuciem radości usłyszałem na konferencyi teatralnej p. Wysockiej zapowiedź, iż „teatr przyszłości“ oparty będzie na rytmie i harmonii. Jeżeli jeszcze, na przydatek, aktorzy będą w nim umieli role, piszę się nań z całego serca. Ale naogół, kiedy przysłuchuję się górnolotnemu stylowi naszych tak częstych i zajadłych „dyskusyi teatralnych“, mam nieraz wrażenie, że jesteśmy jak człowiek który zastanawia się nad wyborem kamei do szpilki od krawata, a nie ma całych butów i czystej koszuli na grzbiecie. A tą koszulą, bez której wszystkie świecidła będą jak bogate sygnety na brudnych łapach paskarza, jest — kultura słowa, kultura wiersza na scenie. Pamiętajmyż, że ta scena nosi imię — Juliusza Słowackiego!






  1. W następstwie tego artykułu, ogłosił p. Świątek w „Czasie“ list, w którym stwierdza, iż sprawa miała się tak, jak się tego domyślałem: mianowicie iż, przed laty, dopuszczono się na jego rękopisie dowolnych i nie uwzględniających miary wiersza skrótów, poczem polecono jakiejś barbarzyńskiej ręce rozpisanie ról, co wypadło tak jak przytoczyłem.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Boy-Żeleński.