Gösta Berling (Lagerlöf, 1929)/Pokuta

<<< Dane tekstu >>>
Autor Selma Lagerlöf
Tytuł Gösta Berling
Wydawca Wydawnictwo Polskie R. Wegnera
Data wyd. 1929
Druk Drukarnia Concordia
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Franciszek Mirandola
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


POKUTA.

Drodzy przyjaciele! Ustąpcież, proszę, z drogi w ciszy a z uznaniem, jeśli napotkacie na drodze biedaka, człowieka smutnego, z kapeluszem opadłym na tył głowy, który trzewiki niesie w ręku, by nogi jego nie miały ochrony przeciw żarowi słońca i kamieniom, słowem, gdy napotkacie bezbronnego, rozmyślnie zdanego na wszelkie zło. Jest to pokutnik, wędrujący do świętego grobu.
Pokutnik ma płaszcz zgrzebny na plecach, a żyje chlebem i wodą, choćby był królem. Iść musi, jechać mu nie wolno, żebrze i nic nie posiada. Śpi pośród ostów i suwa się na kolanach po kamieniach nagrobnych. Biczuje się węzłowatą nahajką, a rozkosz znajduje w cierpieniu i radość w męce.
Hrabina Elżbieta nosiła także zgrzebny płaszcz i kroczyła ciernistą ścieżką. Serce oskarżało ją o grzechy. Pożądała nędzy i biedy, niby ciepłej kąpieli, toteż zstępowała radośnie w cienie życia.
Mąż jej, młody człowiek o starej głowie wrócił rano, po owej nocy, kiedy rozszalały potok zniszczył młyn ekebijski i kuźnię. Hrabina Märta zawezwała go zaraz i opowiedziała dziwną przygodę.
— Żona twa, Henryku, spędziła całą noc poza domem. Po wielogodzinnej nieobecności wróciła w towarzystwie pewnego mężczyzny. Słyszałem jak wychodziła, choć tego nie pragnęła. Po powrocie, mężczyzna ów, którego znam, powiedział jej: Dobranoc! Zwodzi cię, Henryku, owa, pozornie święta kobieta, która zawiesza wszędzie siatkowe firanki, poto tylko, by mi dokuczyć. Nigdy cię nie kochała, biedny chłopcze. Ojciec chciał ją dobrze wydać zamąż. Wzięła cię dla majątku jedynie.
Była tak wymowna, że Henryk stracił równowagę. Chciał wnieść podanie o rozwód i odesłać żonę rodzicom.
— Nie, synu drogi! — oświadczyła matka. — Toby ją doprowadziło do zupełnego upadku, Jest rozpieszczona i źle została wychowana. Ja się nią zajmę i sprowadzę na drogę obowiązku.
Hrabia polecił zawezwać żonę i oświadczył jej, że ma odtąd pełnić rozkazy teściowej. Nastąpiła przedziwna scena. Komedji tak lichej nie widziały chyba mury tego domu, smutkowi poświęconego.
Posypały się brzydkie słowa. Hrabia wznosił ręce, wymyślając Bogu, że zezwolił tarzać w błocie nazwisko jego kobiecie bezwstydnej. Groził jej i pytał, jaką karę uważa za odpowiednią wobec tak strasznej zbrodni.
Nie bała się wcale męża, pewna, że postąpiła dobrze. Odparła, iż straszliwy katar, jakiego się nabawiła, to kara dostateczna.
— Elżbieto! — zawołała hrabina Märta. — Z tego żartować nie wolno!
— Nie mogłyśmy się nigdy porozumieć, — odparła — co brać należy poważnie, a co żartobliwie.
— Chyba przyznasz jednak, — zauważyła teściowa — że uczciwa kobieta nie opuszcza domu nocą, by włóczyć się z osławionym awanturnikiem!
Hrabina Elżbieta zrozumiała teraz, że teściowa chce ją wpędzić w wielkie nieszczęście i stanęła do walki z nią.
— Henryku, — poprosiła — nie dozwól matce swej stawać pomiędzy nami! Opowiem ci, jak się wszystko stało. Jesteś sprawiedliwy i nie potępisz mnie niesłusznie. Przekonasz się, żem postąpiła po myśli twych rad.
Hrabia przyzwolił skinieniem, a hrabina Elżbieta objaśniła, w jaki sposób pchnęła Göstę Berlinga na złą drogę. Opowiedziawszy, co zaszło w błękitnym gabinecie, zakończyła wyznaniem, że sumienie nakazało jej ratować człowieka, którego skrzywdziła.
— Nie miałam prawa potępiać go, — oświadczyła — a mąż mój sam mnie nauczył, że niema zbyt wielkiej ofiary, gdy idzie o naprawienie zła! Wszak prawda, Henryku?
Henryk zwrócił się ku matce.
— Cóż ty na to, mamo? — spytał. Mała jego figurka zesztywniała od dostojeństwa, a na wąskiem czole wystąpiły majestatyczne zmarszczki.
— Anna Stjärnhök — odparła hrabina Märta — ta mądra dziewczyna wiedziała dobrze, czemu opowiada Elżbiecie tę historję.
— Raczysz mnie mamo nie rozumieć! — rzekł Henryk. — Pytam, co sądzisz o tem, iż hrabina Märta Dohna starała się namówić mą siostrę, by została żoną wygnanego proboszcza?
Hrabina Märta milczała przez chwilę. Ach, jakże głupim był Henryk! Wszedł na całkiem mylny trop. Pies zaczął gonić myśliwego, puszczając wolno zająca. Ale za moment opanowała zakłopotanie.
— Drogi synu, — powiedziała wzruszając ramionami — mamy wszelkie powody rzucić zasłonę niepamięci na te wszystkie stare historje. Chodzi o to, aby uniknąć skandalu. Człowiek ten zginął prawdopodobnie ubiegłej nocy.
Powiedziała to łagodnie i złośliwie, ale nie było tam ani słowa prawdy.
— Elżbieta spała dziś długo i nie słyszała, że rozesłano ludzi na poszukiwanie za panem Göstą Berlingiem. Nie wrócił on do Ekeby i zachodzi obawa, że utonął. Lód puścił dziś rano. O, popatrzcie, burza strzaskała krę w kawałki.
Elżbieta wyjrzała. Jezioro było niemal wolne od lodu. Uczuła wstyd. Chciała ujść sprawiedliwości bożej, skłamała, jęła się obłudy i — przywdziała szatę niewinności.
Zrozpaczona padła przed mężem na kolana, a z piersi jej wyrwało wyznanie.
— Sądź mnie i odepchnij! Kochałam go! Wyrywam sobie włosy i drę suknie z rozpaczy. Wszystko mi niczem, gdy on nie żyje. Pocóż się bronić? Powiem całą prawdę. Odjęłam miłość swą mężowi i uległam pokusie niedozwolonej miłości.
Młoda desperatka legła u stóp sędziów, mówiąc im wszystko, pożądając męczeństwa i hańby. Nie mogła jeno zmusić piorunu, by spadł na jej głowę.
O tak! Powiedz też mężowi, jak cię przeraził napór namiętności i jakiem drżałaś oburzeniem, na nikczemności serca twego. Milszemby ci było spotkanie z duchami cmentarza, niż z demonami własnej piersi.
Powiedz im, jak odepchnięta z przed bożego oblicza, niegodną się czułaś chodzić po ziemi. Walczyłaś, modląc się i płacząc, wołałaś o pomoc do Boga, przyzywałaś Syna bożego, który wypędzał złe duchy, aby cię ocalił od zatraty.
Powiedz im też, żeś sądziła, iż najlepiej wszystko ukryć. Niktby nie dowiedział się, jak złą jesteś, a nawet Bóg by to przebaczył, gdyż byłaś pewną, że pełnisz jego wolę, spiesząc na ratunek ukochanego. Nie wiedział o twej miłości, ty również nie wiedziałaś, co dobre, a co złe, sam Bóg to wiedział i wydał wyrok na twego umiłowanego. Wskazał ci drogę zbawczej pokuty.
Powiedz im też, że wiesz, iż zbawienia niema w zatajeniu. Demony lubią ciemność. Niechże sędziowie twoi ujmą pletnię, kara będzie ci balsamem na rany grzechu, a serce twe pożąda cierpienia. Powiedz im to wszystko, klęcząc i łamiąc ręce, głosem rozpaczy składając wyznanie i dzikim śmiechem witając karę i hańbę. Czyń tak, aż mąż podniesie cię z ziemi.
Henryk rzekł:
— Zachowuj się, jak przystało hrabinie Dohna, inaczej zmuszony będę poprosić matkę, by cię ukarała.
— Czyń ze mną, co chcesz!
Na te słowa zapadł wyrok hrabiego:
— Matka moja ujęła się za tobą, przeto pozwalam ci mieszkać w domu moim. W przyszłości jednak ona będzie rozkazywała, ty zaś musisz słuchać.

Oto droga pokuty!
Młoda hrabina została najostatniejszą ze służebnie. Lecz na jak długo?
Jakże długo zdoła uginać się dumne serce, jakże długo milczeć będą niecierpliwe usta, a porywcza dłoń hamować się potrafi?
Miłą nad wyraz jest niedola upokorzenia. Gdy grzbiet boli od ciężkiej pracy, milczy serce, a sen ogarnia rychło ludzi na twardym tapczanie.
Elżbieta sławiła starą hrabinę jako dobrodziejkę, choć się zmieniła raczej w szatana dręczyciela. Zło bowiem nie wygasło w niej jeszcze. To nic, że ją budziła o czwartej śmiertelnie znużoną i zmuszała nie wprawną do pracy nad siły u warsztatu tkackiego! Pokutnica nie miałaby dość siły sama władać tak żwawo pletnią.
Podczas wielkiego prania wiosennego musiała hrabina stanąć u cebra pralni, a teściowa doglądała jej roboty.
— Wystygła już woda! — mawiała — dolejcież wrzątku!
Kazała lać gorącą wodę na ręce Elżbiety.
Innym znów razem, w dzień chłodny płukać musiała wraz z praczkami bieliznę nad brzegiem jeziora. Na deszczu przemakała do nitki, a suknie ciężyły ołowiem. Przytem, od ciężkiej pracy kijanką pękała skóra na rękach i krew tryskała z pod delikatnych paznokci.
Ale nie żaliła się nigdy, chwaląc jeno Boga, a cierpienie było rozkoszą dla jej pokutniczego serca. Twarde węzły pletni, jak listki róży spadały na plecy ochotnej.
Dowiedziała się rychło, że Gösta Berling żyje. Teściowa chciała ją tylko zmusić do wyznania. Ale widać taką była wola Boga! W ten sposób skierował on grzesznicę na drogę pokuty.
Niepokoiło ją tylko, co się stanie z teściową, której serce z jej właśnie przyczyny Bóg uczynił twardem. Ale przypuszczała, że będzie sądzona łagodnie, albowiem musiała być złą, by dopomóc grzesznicy w odzyskaniu miłości bożej.
Elżbieta nie wiedziała, że okrucieństwo stanowi rozkosz dla duszy, która wyczerpała wszystkie inne rozkosze. Popędliwy, w ciemni żyjący człowiek, który nie może zażyć pochlebstwa, pieszczot, upojeń tańca, czy gry, ustępuje w głąb instynktu i siąga po okrucieństwo, które stanowi źródło uciechy dla stępiałych nerwów. Człowiek taki dręczy zwierzęta i ludzi.
Hrabina Märta nie wiedziała, jak jest złą, sądziła jeno, że karze lekkomyślną małżonkę i nieraz nocą wymyślała coraz to nowe męki. Bezcześciła świątynię. Przemieniała wszelkie dobrodziejstwo pracy wudrękę, w karę.
Pewnego wieczoru obchodziła cały dom, a Elżbieta szła za nią z świecą lichtarza w ręku.
— Świeca dopaliła się! — powiedziała Elżbieta.
— Jeśli tak, to niech się teraz pali lichtarz! — odparła teściowa.
Poszły dalej, aż knot zagasł w popalonej dłoni Elżbiety.
Wazystko to były jednak drobiazgi. Hrabina Märta wymyślała tortury duszy, przewyższające znacznie mękę ciała. Zaprosiła gości i kazała Elżbiecie obsługiwać ich u własnego stołu.
Był to wielki dzień pokuty. Obcy ujrzeli jej poniżenie, przekonali się, że niema już prawa do miejsca u stołu męża.
Sądziła, że patrzyć na nią będą z zimną pogardą. Ale milczeli i byli zakłopotani wszyscy, zarówno mężczyźni, tak i kobiety.
Ona zaś kładła to wszystko na głowę swoją jak żarzące węgle. — Czyż zgrzeszyła aż tak bardzo? Czyż hańbi wszystkich swą obecnością? — spytała siebie.
Nagle przyszła pokusa. Anna Stjärnhök, dawna przyjaciółka i naczelnik z Munkerudu, siedzący obok niej, objęli ją, gdy do nich podeszła, odebrali półmisek, podsunęli krzesło i puścić nie chcieli.
— Usiądź przy nas, drogie dziecko! — rzekł naczelnik — nie uczyniłaś przecie nic zlego.
Wszyscy goście oświadczyli jednogłośnie, słysząc te, że opuszczą dom, jeśli Elżbieta nie usiądzie przy stole. Oburzali się na hrabinę Märtę i mówili, że wcale nie chcą tańczyć jak im zagra. Błaznami tak łatwo ich nie zrobi, jak głupiego syna!
— Drodzy przyjaciele, nie bądźcież tak miłosierni! — powiedziała. — Zmuszacie mnie przez to, bym sama głosiła grzech własny. Pokochałam grzesznie pewnego człowieka!
— Ależ dziecko! — odparli. — Nie wiesz nawet, co znaczy grzech i nie wiesz, jak jesteś niewinna. Gösta Berling nie wiedział zgoła o twej miłości. Zajmij przynależne ci w domu miejsce, nic bowiem złego nie uczyniłaś!
Podtrzymywali przez czas pewien jej odwagę i weselili się jak dzieci, a śmiech i żarty rozbrzmiały wokoło. Porywczy, łatwo popadający w rozczulenie ludzie byli dobrzy, ale mimoto stanowili narzędzie kusiciela. Wmawiali w nią, że jest męczennicą i urągali hrabinie Märcie, jako starej czarownicy. Nie wiedzieli jednak, że dusza jej pożąda oczyszczenia i że serce skłania pokutnicę szukać ostrych kamieni na drodze i palącego żaru słońca.
Czasem musiała Elżbieta siedzieć przez cały dzień przy krowach, a hrabina Märta opowiadała jej o Göście Berlingu, wygnanym proboszczu i awanturniku. Gdy nie stało wspomnień, wymyślała różności, bacząc jeno, by imię jego brzmiało cały dzień w uszach synowej. Bała się tego najbardziej i w dni takie czuła całe brzemię pokuty. Uświadamiała też sobie, że miłość jej nie zamiera i że prędzej chyba umrze sama. Siły ją opuszczały i często zapadała na zdrowiu.
— Gdzież się chowa twój rycerz? — spytała teściowa urągliwie. — Co dnia spodziewam się, że przybędzie na czele kawalerów. Czemuż nie zdobędzie pałacu, nie posadzi cię na tronie, a mnie i męża twego nie wtrąci do lochu? Czyżby już zapomniał o tobie?
Odczuwała niemal chęć bronić go i wyznać, że sama wzbroniła mu spieszyć z pomocą, ale nie przerywała milczenia, bo tak było jej lepiej.
Z dniem każdym żarła ją coraz to bardziej gorączka, a słabły siły, tak, że ledwo mogąc utrzymać się na nogach, zapragnęła śmierci. Największa moc życia, miłość i radość wyjrzeć nie śmiały, spętane i potępione, a Elżbieta nie odczuwała już nawet strachu przed męką.
Mąż zapomniał jakoby o jej istnieniu. Po całych dniach zamknięty u siebie, studjował nieczytelne rękopisy i stare plamiste druki.
Odczytywał dyplomy szlacheckie na pergaminie, opatrzone wielkiemi pieczęciami z czerwonego wosku, w toczonych puszkach drewnianych. Odcyfrował znaki herbowe z linjami w białem polu i gryfami w niebieskiem. Znał się na tem i umiał wszystko wyjaśnić. Czytał bez końca mowy pogrzebowe i dokumenty osobiste hrabiowskiego rodu Dohnów, oraz opisy czynów, w których porównywano ich z bohaterami Izraela i bogami Grecji.
Lubował się zawsze w starożytnościach. O młodej żonie przestał teraz myśleć zupełnie.
Słowa hrabiny zabiły w nim wszelką miłość. — Wzięła cię tylko dla majątku! — Tego nie zniesie żaden mężczyzna, to musi wszelkie uczucia zgładzić. Obojętne mu było, co się z nią dzieje. Wiedział, że matka zwróciła Elżbietę na drogę obowiązku. Więc podziwiał matkę.
Niedola Elżbiety trwała przez miesiąc, ale nie odbywało się to w tak intensywny sposób, jak wygląda w skrócie na papierze. Zachowywała ona zewnętrzny spokój i raz tylko wybuchła na wieść o śmierci Gösty, ale takie ją trapiły wyrzuty sumienia z powodu niedochowania miłości mężowi, że dałaby się na śmierć zadręczyć teściowej, gdyby nie słowa starej klucznicy, posłyszane pewnego wieczoru:
— Pani hrabina musi koniecznie pomówić z panem hrabią! — zachęcała ją. — Pani hrabina takie dziecko jeszcze! Nie wie pani sama, do czego to wszystko zmierza, ale ja widzę dobrze, że się źle skończy!
Tego jednak właśnie nie mogła wyznać mężowi, wszak żywił przeciw niej ciężkie podejrzenie.
Tejże nocy ubrała się cicho i wyszła z domu. Pod postacią dziewczyny wiejskiej z zawiniątkiem pod pachą. Chciała uciec i nie wrócić już nigdy, ale nie z powodu udręczeń, jeno dlatego, że tak sądziła, Bóg dał jej znak, iż może iść, by zachować zdrowie i siły ciała.
Nie ruszyła na zachód, przez jezioro, gdzie mieszkał ukochany, a także nie ku północy, gdzie miała licznych przyjaciół. Nie zwróciła się na południe, kędy daleko był jej dom rodzicielski, ale na wschód, gdzie nie było przyjaciela, znajomego, pomocy, ochrony, ni żadnej pociechy.
Nie lekko szła i nieswobodnie, gdyż nie czuła się pogodzoną z Bogiem, ale miło jej było, że odtąd pośród obcych dźwigać będzie brzemie swego grzechu. Pragnęła spojrzeń obojętnych, niby zimnej stali przyłożonej na obrzmiały członek.
Chciała iść tak długo, aż napotka nędzną chatkę na skraju lasu. Miała zamiar powiedzieć:
— Jestem biedna, rodzice wygnali mnie. Przytulcie mnie, aż zdołam zarobić na życie. Mam trochę pieniędzy.
Wędrowała jasną nocą czerwcową. Maj cały ubiegł jej na ciężkich utrapieniach, ten maj rozkoszny, kiedy to jasna zieleń brzóz miesza się z ciemnią jodłowych lasów, a poprzez jezioro płynie zdala wiatr ciepłem przesycony.
Uczuła, że jest mniej wdzięczną od innych, gdyż ani jednem słowem nie uczciła tego pięknego miesiąca, niosącego tyle darów.
— Kochany jasny maju! — mówiła. — Czyś widział dziecko na łonie matki, słuchające bajek? Jak długo matka opowiada o straszliwych walkach i wielkich udręczeniach pięknych królewien, dziecko uważa i trzyma główkę do góry, gdy jednak zaczyna o słońcu i szczęściu, zamyka oczy, pochyla się na pierś matki i zasypia.
Otóż ja jestem takiem dzieckiem, piękny maju! Niechże inni słuchają o kwiatach i pogodzie, ja wolę ciemną noc, pełną duchów i przygód, ciemne losy i smutku pełne namiętności zbłąkanego serca.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Selma Lagerlöf i tłumacza: Franciszek Mirandola.