Gasnące słońce/Część druga/XVI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Teodor Jeske-Choiński
Tytuł Gasnące słońce
Podtytuł Powieść z czasów Marka Aureliusza
Wydawca Biblioteka Dzieł Wyborowych
Data wyd. 1905
Druk Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XVI.

— Czy słyszycie? Ktoś woła na rzece...
Serwiusz pochylił się na koniu i wytężył wzrok przed siebie. Pochylili się Herman i Sygar i rozglądali się uważnie wokoło.
Nie było nic widać, chociaż księżyc stał właśnie nad Dunajem, srebrząc każdą falę.
— Żaden głos nie mąci jednostajnego szumu rzeki — odpowiedział Herman. — Jesteście znużeni, panie, potrzeba wam spoczynku.
— Nie mąci? — mówił Serwiusz. — A jednak nie myli mnie ucho. O, znów... Głos Rudboda, ojca mojego, unosi się nad wodami...
W tej chwili wyciągnęły konie szyje, potem, skupiwszy łby, zarżały krótko, cicho, tajemniczo, jakby się porozumiewały z istotami, ukrytemi dla oka ludzkiego.
Herman i Sygar spojrzeli zdziwieni po sobie, a Serwiusz patrzył ciągle w błękitnawą dal, ruszając ustami. I on rozmawiał z kimś, którego nie widział, lecz przeczuwał.
Po dłuższem milczeniu odetchnął ciężko i zwróciwszy się do Sygara, wyrzekł:
— Wykupiłem cię kiedyś z rąk szczęśliwego gracza.
Olbrzym przyłożył rękę do piersi.
— Za wolność, którą cię obdarzyłem, należy mi się zapłata.
— Rozkazujcie, panie — mruknął Sygar.
— Nie odstąpisz jutro mojego boku, a gdyby pocisk lub miecz rzymski ramię moje obezwładniły, dobijesz mnie.
Olbrzym cofnął się na koniu przerażony.
— Panie — prosił. — Nie zamykajcie mi Walhalli. Nawet złe duchy wzgardziłyby mną, gdybym stanął przed cieniami ojców, splamiony krwią mojego wodza.
— Będę za tobą świadczył w Walhalli — mówił Serwiusz — i bogowie dopuszczą cię do biesiady. Czy chciałbyś patrzeć na ręce swojego wojewody, zakute w żelaza rzymskie?
— O, książę! — zawołał Sygar.
— Przysięgnij, że mnie dobijesz, gdybym się nie mógł sam bronić.
— Miejcie litość nademną!
— Rozkazuje ci twój książę.
— Przysięgam! — wyrzekł Sygar głosem drżącym.
— Na głowę swojego ojca?
— Na głowę mojego ojca...
Serwiusz wytężył znów wzrok przed siebie, zasłuchany w szum Dunaju.
Był przesądny, jak każdy żołnierz, ocierający, się ciągle o śmierć niespodziewaną.
Fale rzeki toczyły się z głuchym, jednostajnym łoskotem ku południowi, a jemu zdawało się, iż nucą germańską pieśń pogrzebową. To skarżyły się, to pocieszały, mówiły coś, łkały głosem ludzkim.
Serwiusz pił uchem chciwie ten szept tajemniczy ze smutnym na ustach uśmiechem.
Na drugim brzegu Dunaju stał dąb sędziwy, spowity w srebrzyste mgły nocy miesięcznej.
Ktoś wyciągał z pomiędzy konarów świętego drzewa długie, przezroczyste ramiona, jakby chciał Serwiusza do siebie przygarnąć.
On pochylił głowę... nie opierał się... Z rezygnacyą wojownika, gotowego każdej chwili złożyć kości na krwawym łanie, poddawał się przeczuciu.
— Więc tu ma być kres moich dni burzliwych? Oczy moje nie będą oglądały tryumfu młodych ludów, przeznaczonych do objęcia dziedzictwa po Rzymie? Nie moja ręka zatknie orła markomańskiego na Kapitolu? Może dopełni tego dzieła dopiero mój syn, wnuk, prawnuk... Oni są jeszcze tak potężni, mimo niemocy swojej.
Podniósł głowę i odezwał się.
— Herman!
— Wy rozkazaliście, panie — mruknął setnik.
— Zbliż się! — wyrzekł Serwiusz.
— A kiedy się Herman do niego przysunął, mówił:
— Słyszałem głos Radboda... Ty wiesz, co znaczy wołanie przodków... Nie wrócę już z wami do lasów markomańskich. Zostanę tu...
Wskazał ręką na Dunaj.
— Byłeś mi wiernym sługą i przyjacielem od lat najmłodszych i twoje tylko prawe serce będzie strzegło mojego syna z czułą troskliwością ojca. Weźmiesz pięćdziesięciu naszych ludzi, przejdziesz jeszcze dziś przed północą rzekę i stawisz się jakprędzej przed Tusneldą. Powiesz jej, żeby w duszy naszego syna podtrzymywała płomień nienawiści do Rzymu. Ty będziesz go uczył cnót męzkich i sztuki wojennej. Gdyby Marek Aureliusz zwyciężył i wtargnął do Markomanii, zabierzesz Tusneldę, małego Radboda, cały mój dobytek i pociągniesz z naszym ludem na północ. Niech żaden z moich lenników i poddanych nie zabawia siłą i zręcznością motłochu rzymskiego w cyrkach i amfiteatrach, niech żadnego z nich nie zawloką na targowisko niewolników. W ręce twoje oddaję opiekę nad domem i plemieniem Radboda.
— Może was słuch omylił, panie — odpowiedział Herman. — Tyle głosów dziwnych rodzi się w ciszy nocnej.
— Nie wierzysz w to, co mówisz. Ty wiesz, że przeczucie nie zawodzi nigdy żołnierza.
Herman milczał.
— Przysięgnij, że spełnisz moją wolę — wyrzekł Serwiusz.
Ale Herman osunął się z konia i rzuciwszy się przed nim na kolana, błagał:
— Nie oddalajcie mnie od swojego boku, książę. Niech zginę razem z wami, jeżeli taka wola bogów. Nawet pies germański nie opuszcza swojego pana w ciężkiej godzinie. Miałżebym być mniej godnym od zwierzęcia?
— Chciałbyś, żeby mnie w chwili ostatniej męczył niepokój o los mojego rodu i plemienia? — mówił Serwiusz, pochyliwszy się nad Hermanem. — Ty tego nie pragniesz, ty będziesz się opiekował i Tusneldą i Radbodem, gdy im mojego ramienia zabraknie. Ty wiesz, iż Rzym nie przebacza nigdy. Nie smuć się, stary, zobaczymy się w Walhalli lub gdziekolwiekindziej.
Głos jego drżał, miękki, serdeczny.
— Przysięgnij, że zastąpisz mojemu synowi ojca, a plemieniu księcia.
Wyciągnął obnażony miecz, a Herman przyłożył do niego palec prawicy i wyrzekł zcicha:
— Przysięgam!
Przez jakiś czas milczeli obaj, potem odezwał się Serwiusz zwykłym głosem wodza:
— Czy Kwadowie rozwinęli się po prawej stronie obozu rzymskiego?
— Stało się podług waszego rozkazu, panie — odpowiedział Herman. — Markomanów królewskich rozstawiłem po stronie lewej. Nasz lud i Jazygowie zajmują środek. Odcięliśmy wrogom przystęp do wody.
— Przed wschodem słońca zawezwiesz do mnie naczelnika Rudliba — zwrócił się Serwiusz do Sygara — a teraz spocznij, czeka cię bowiem jutro ciężka służba.
Zsiadł z konia i zawinąwszy się w płaszcz, ułożył się na ziemi.
Dunaj nucił mu kołysankę, a gwiazdy przypominały lasy ojczyste. Te same światełka błyszczą równocześnie nad dworcem Radboda, wabiąc ku sobie spojrzenia Tusneldy.
Zostawił małżonkę, szczęśliwą matkę pierworodnego syna, na ziemi wolnej, pod opieką licznej służby. Może ona spogląda w tej chwili w niebo, posyłając ukochanemu towarzyszowi na promieniach miesiąca swojej tęsknoty skargę cichą.
Chciała zwyczajem niewiast germańskich pójść z nim na wojnę, ale ją powstrzymał. Niemowlę nie zniosłoby niewygód dalekiej drogi, a mały Radbod miał kiedyś poprowadzić dalej dzieło, rozpoczęte przez niego. Jest przednim obowiązkiem rodzicielki czuwać nad dziecięciem.
On?! Żołnierska czeka go dola. Na śmierć gwałtowną był zawsze przygotowany. Nie trwożyła go ona, ani dziwiła. Czy dziś, czy jutro, wiedział, że go nie ominie.
Tylko dlaczego nieznany Pan świata zwleka z pogromem Rzymu? Bo zwleka... Serwiusz czuł, że złote orły cesarskie będą jeszcze długo mnogie ludy olśniewały. Nie byliżby jeszcze barbarzyńcy dojrzali do rządów samodzielnych? Może... może...
Dunaj nucił mu kołysankę, a on zasypiał wolno, spokojnie, jak gdyby go jutro czekały pieszczoty kochanki.
— Bywajcie mi zdrowi — szeptał — jeszcze czas nie nadszedł.
Posłał ręką od ust pocałunek ku północy, spojrzał na gwiazdy, na księżyc i zakrył głowę płaszczem.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Teodor Jeske-Choiński.