<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Weyssenhoff
Tytuł Jan bez ziemi
Podtytuł Romans
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1929
Druk Zakłady Graficzne Straszewiczów
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków — Lublin — Łódź — Paryż — Poznań — Wilno — Zakopane
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XI.

Dosia Tolibowska błąkała się od paru dni po Poznaniu bez przyjemności. Przyjechała tu z ojcem, który obiecywał wprowadzić ją do szerokich kół towarzyskich, ale ciągle tak się zdarzało, że ojciec znajdował się w towarzystwach i w lokalach, do których ona nie miała dostępu, albo pokazywać się w nich nie pragnęła.
Po wieczorowych libacjach pan Robert wracał do hotelu nad ranem, a następnie spał tak twardo, że o południu Dosia nie mogła się jeszcze do niego dopukać. Czasem tylko czuły ojciec pokazywał się z córką w restauracji, gdzie bawił krótko, a płacił mało, następnie zajmował się odgrzewaniem swych stosunków towarzyskich w kraju, które w ostatnich latach zaniedbał, a zajęcia te przeciągały się do późnej nocy i kosztowały dużo.
Dosia nie spotykała nawet temi dniami bliższych znajomych. Wuj Ambroży, zajęty doszczętnie przez swe narady z ziemianami, ledwie jej się mignął parę razy w Bazarze i na ulicy.
Jan Skumin, osiedlony przecie w Poznaniu, zdawał się wogóle unikać z nią spotkania. Dosia była z całego ostatniego pobytu w mieście wcale niezadowolona i zabierała się do powrotu na wieś, gdzie ją czekały normalne zajęcia gospodarskie. Gdy już zbierała manatki, spotkała na korytarzu hotelowym Skumina.
— Jak się masz, Janku! Ładnie to, żeś nie znalazł przez kilka dni ani chwili na rozmowę z nową kuzynką? Mieszkamy przecie w jednym hotelu.
— Wiem — i stanąłbym nieraz na twojej drodze, gdyby nie jadowite plotki, które mnie gnębią. Doprawdy, obrzydł mi już ten Poznań!
— Mówisz, jak kapryśna panna. To mnie wolno, nie tobie. Ale co za plotki? Opowiedz.
— Niepodobieństwo, Dosieńko. Zresztą dojdą one i do ciebie, bo krążą szeroko.
— Tem większy powód, abyś mi je opowiedział. Czy dotyczą one i ciebie?
— Mnie — i innych.
— „Innych“ — to znaczy: Werci.
— Może i Werci. Mam tego zupełnie dosyć. Wynoszę się do Warszawy.
Dosia spoważniała:
— A o takim projekcie przełomowym nie uznałbyś za stosowne rozmówić się ze mną?
— Ach, moja kuzyneczko! O czembym ja z tobą nie mówił, gdybym był nie tak zawikłany...
— Poczekaj — pomówimy. Chodź do mojego pokoju.
— Czy to wypada? — zapytał Skumin, ale oczy zabłysły mu radosną ochotą.
— Wypada, skoro cię zapraszam.
Nie dyskutowano dalej. Dosia, z kluczem w ręce, poszła szybko przez korytarz i zatrzymała się przy swoim numerze. Chrzęsnął klucz w zamku. Oboje znaleźli się w pokoju nieźle urządzonym, a pachnącym dyskretnie, lecz ślicznie, świeżym jakimś zapachem. Skumin zapomniał naraz o wszystkich swoich troskach i kłopotach.
— Niech taki gość siada na kanapie, ja tu na krześle.
Skumin poddawał się komendzie bez wahania.
— Widzisz, Janku, są takie w życiu zawikłania, że uczciwi ludzie i szczerze przyjaźni powinni sobie wyznać całą prawdę.
— O ile mają prawo do jej ogłaszania — poprawił Skumin.
— Tak. Ale jeżeli wieść jest rozgłoszona, jeżeli o niej mówią prawie publicznie... Jednem słowem, o tobie i o Werci mówił mi nawet mój ojciec, który, zaledwie wrócił z zagranicy, już o tem się nasłuchał.
— Niestety, mówił i mnie — wykrztusił Jan, opierając czoło o dłoń.
— Ojciec nie jest dyplomatą, choć mu się zdaje. Ale jest kolegą szkolnym wuja Ambrożego...
Twarz Skumina wyraziła przestrach:
— Jakto?! Czyż byłby zdolny zwrócić uwagę Ambrożego?
— Zdaje się, że nie... Tylko w tym kierunku leży największe niebezpieczeństwo — i największa twoja wina, Janku.
Skumin poczuł podziw dla tej niby lekkomyślnej panny, która wpuszcza mężczyzn do swego pokoju, a ma zmysł moralny tak trafny i wytrawny. Odpowiedział, cedząc wolno wyrazy:
— Gdyby to, co mówią, było zgodne z rzeczywistością, miałabyś słuszność, Dosiu.
— Cieszę się bardzo — odrzekła — że zgodnie się na to zapatrujemy. No, ale Wercia... czy zrozumiała to również?... Czy zaprzestaliście?... Czy już nie spotykacie się?...
Widząc niezwykłe zakłopotanie Dosi, Skumin odpowiedział pośpiesznie:
— Jesteśmy zawsze w przyjaźni, naturalnie. Ale gdy sprawa wzięła taki obrót, przyznam ci się szczerze, że odsuwam się od Werci — nawet uciekam, zwłaszcza po ostatnim epizodzie, który nie wiem, jak zażegnać.
— Jakim epizodzie?
— Może znasz go, bo właśnie temi dniami wieść się o nim rozeszła, a słyszałaś już tyle?
— Nie wiem.
— O tej wycieczce do karczmy na Sołaczu?
— Nikt mi nie mówił.
— Przyszło Werci do głowy wyjechać gdzieś za miasto wieczorem, aby się rozmówić dowoli, bo już wszędzie ścigały nas spojrzenia podejrzliwe, w Gdeczu i tutaj. Więc pojechałem z nią zamkniętym samochodem — kryliśmy się trochę — no i zjedliśmy kolację. Licho nadało, że był tam Franio Gozdzki z jakąś towarzyszką. Mnie poznał, ale Werci nie mógł stwierdzić tożsamości, bo była w dużym płaszczu i z osłoniętą głową. Jednak, z powodu uprzednich plotek, odgadł, że to była ona. I odkrycie swe ogłosił po pijanemu, przedwczoraj, w nocnej knajpie wobec kilku członków Resursy. Rozumiesz, co taka plotka robi hałasu, i to w kole znajomych, ile tam już pewno dowcipnych dodatków...
— O szczegóły nie pytam — rzekła Dosia, zmieniona na twarzy — chciałabym tylko wiedzieć, kiedy była ta wyprawa?
— Tydzień temu, nazajutrz po naszym dniu, spędzonym w Gdeczu.
— Ach tak? — Takeśmy wtedy pięknie z sobą gadali...
— Zrozumiej, Dosieńko: niepodobna się oprzeć prośbie kobiety zadurzonej, znerwowanej, zazdrosnej...
— Zazdrosnej? O kogoż to?
— O ciebie, Dosiu. Czuła ona już dawno, że skorom tylko cię poznał...
— Jakiem prawem mogła być o mnie zazdrosna? — przerwała Dosia gniewnie.
— Zgadnij-no, dlaczego kobieta jest zazdrosna. I wyperswaduj jej odstąpienie od zachcianki.
— Tak, trudno ci było, bo, pomimo liczne przeszkody, pochodzące od ludzi i od własnego sumienia, wszystko pomiędzy wami trwa jeszcze... Biedny, zaplątany w swe własne sieci, rybak!
— Dosiu! to okrutne, co mówisz.
— Sam sobie zgotowałeś swój los.
— Gdyby i tak było, niemiłosierna jesteś dla mnie.
— O tem mówić nie będziemy — rzekła Dosia stanowczo.
Zaległo przykre milczenie. Skumin wstał i zabierał się do wyjścia.
Wtem zapukano do drzwi od korytarza. Skumin ujął za kapelusz i laskę, aby mieć postawę wychodzącego.
— Proszę — odezwała się Dosia donośnie.
Do pokoju weszła Wercia.
— Ty tutaj, Janku? — rzekła, zanim przywitała się z Dosią.
— Wyjeżdżam do Warszawy i żegnam się ze znajomymi — odpowiedział dość ponuro.
— Wyjeżdżasz dzisiaj?
— Nie, jutro.
Pożegnał obie panie i wyszedł.
Gdy tylko pozostały same, Wercia przystąpiła do celu swych odwiedzin. Choć się znały oddawna, nie były nigdy z sobą w zaufanej przyjaźni. Wercia krytykowała emancypowane maniery Dosi i traktowała ją chłodno. Dosia nic sobie nie robiła z opinji Werci, niewiele też trzymając o jej inteligencji. Ale widywały się często, gdyż prawdziwa pokrewieńska i instynktowa przyjaźń istniała między Dosią a panem Ambrożym.
Dzisiaj jednak Wercia przybierała potulne pozory wobec Dosi.
— Moja Dosiu! Muszę ci opowiedzieć głupią historję. Któregoś tam dnia wybraliśmy się z Jankiem Skuminem samochodem za miasto. W mieście ciągłe narady, mężczyźni bawią się bez nas — pojechaliśmy do jednej restauracji na Sołaczu.
— Znam tę historję — przerwała Dosia. — I wytropił was Franio Gozdzki, a potem roztrąbił o tem.
— A zatem już wiesz. Janka poznał dokładnie, mnie zaś nie mógł dobrze widzieć, ale... wykombinował. I w plotce, która obiega miasto, ja figuruję. Mnie byłoby to dość obojętne, bo cóż tam znowu za skandal przejechać się z kuzynem — ale Ambroży, jak go znasz, jest formalista, czuły bardzo na poprawność każdego ruchu...
— Wuj Ambroży wie o tem?
— Mam nadzieję, że nie wie. I bardzo chciałabym, aby się nie dowiedział. Możebyś ty wymyśliła na to jaką radę, Dosiu? Ty z Jankiem jesteś w dobrych stosunkach...
— W dobrych lub złych, stosownie do tego, jak zasługuje.
— Tak dalece trzymasz go na pasku?
— Wcale go nie trzymam. Zatem chodzi ci o to, Werciu, żebym powiedziała, że ja tam z nim byłam, nie ty?
— Gdybyś była tak dobra uznać to za stosowne...
— Mogę — odrzekła Dosia. — Niech się wuj dowie, że byłam z Jankiem w tej karczmie.
— Sama mu tego nie potrzebujesz mówić, dopóki nic nie wie. Mogłabyś tylko puścić tę wieść po mieście.
— Tak. Trzeba trochę nakłamać. Na takie pobożne kłamstwo mogę się zdecydować.
— Nawet, że się nikt bardzo nie zadziwi. Ty masz swoje maniery amerykańskie, które ci łatwo przebaczają.
— Takie maniery mogą być i polskie. Trzeba tylko nic nie mieć sobie do zarzucenia, przy swobodzie pozorów.
Wercia przestraszyła się tego zwrotu rozmowy i dodała prędko:
— Zrobisz więc to?.. Jakaś ty dobra!
— Ach! — Nawet mnie to zabawi.
Pakt został zawarty i panie rozstały się bez nadmiernych rozczuleń.
Wercia wyszła, a Dosia wkrótce po niej, entuzjastycznie zapalona do swojej misji.
Zaraz w hall’u Bazaru spostrzegła Frania Gozdzkiego, który tam asystował jakimś dwom niebrzydkim paniom. Właśnie się żegnał, całując namiętnie po dane rączki.
— Panie Franiu! proszę tu, proszę.
— Czem mogę służyć ślicznej pannie Dorotce?
— Bardzo to ładnie rozgłaszać po knajpach, że się spotkało w restauracji za miastem młodą parę znajomych, i robić plotkę z niewinnej przejażdżki.
— Ja też wcale nie mówiłem, że była grzeszna. Tylko taki ładny, poetyczny obrazek: Janek Skumin, typ donżuanowski, wprowadzający damę całą osłoniętą, jakby zamaskowaną...
— Zimno było, musiałam się otulić.
— Ach, to pani była z Jankiem!! — rozdziawił się szeroko Gozdzki.
— Ja.
— A pan o kim mówił?
— Nie wiedziałem... nie wymieniłem nazwiska.
— Ale wymienił pan fakt. Poco? — I mówią, że kobiety są plotkarki!
Pomimo nowych protestacyj Gozdzkiego, Dosia utrzymała, aż do pożegnania, swą rolę lekko urażonej.


∗             ∗

Wieczorem tegoż dnia pustki były w Resursie. Na wielkiej skórzanej kanapie siedziały sennie „wujaszki ojczyzny”: Bronisz, Golanczewski i „czarny charakter” Chwalibowski, czekając na czwartego do bridge’a. Przeżuwali plotkę, którą żywili się przez dzień cały.
— Mnie się jednak zdaje, że była to panna Tolibowska. Panna rozhecowana, już nie podlotek i w spazmatycznem poszukiwaniu męża. Widać ją ciągle z innym kawalerem — cedził Chwalibowski.
— Dziwnie się to jednak składa z faktem, że tegoż dnia pani Radomickiej nie było w Gdeczu, chociaż miała gości. Przyjechała dopiero późnym wieczorem — dowodził Bronisz.
— Ej, dajcie pokój — łagodził Golanczewski — mogła nie być ani jedna, ani druga. Franio twarzy nie widział. Raz tak gada, drugi raz inaczej.
W tej prawie chwili zjawił się Franio Gozdzki.
— No jakże, Franiu? Wercia czy Dosia?
— Na pewno Dosia. Sama mi to wyznała tu, w hall’u, i zrobiła awanturę za niedyskrecję.
— A mnie się zdaje, że to Skumin podstawił Dosię, która drwi sobie z kompromitacji, aby osłonić Wercię, która tam była — upierał się Bronisz.
— Jednem słowem, na dwoje babka wróżyła.
— A teraz wróżą dziady — zakończył Bronisz, najstarszy z towarzystwa. — No, mamy czwartego. Zagrasz w bridge’a, Franiu?
— Grajmy w bridge’a.
I wujaszki ojczyzny pociągnęły uroczyście do zielonego stolika.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Weyssenhoff.