Klub Pickwicka/Rozdział ósmy

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Klub Pickwicka
Wydawca Wydawnictwo J. Przeworskiego
Data wyd. 1936
Druk Zakłady Graficzne „Feniks“
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. The Posthumous Papers of the Pickwick Club
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Artykuł w Wikipedii Artykuł w Wikipedii


Rozdział ósmy.
Jasno udowadniający, że koleje prawdziwej miłości nie zawsze bywają tak gładkie, jak koleje żelazne.

Spokojna samotność Dingley Dellu, obecność tylu osób płci pięknej, pomoc i serdeczna opieka, jakie okazywano panu Tupmanowi, wszystko to przychylnie wpłynęło na rozwinięcie zarodka i wzrost słodkiego uczucia, które natura zasiała w jego łonie, a które zdawało się obecnie skupiać na jednym miłym przedmiocie. Młode panny były piękne, obejście ich ujmujące, charaktery nadzwyczaj miłe, ale w ich latach nie można mieć pretensji do godności ruchów, do postawy noll me tangere, do majestatu wzroku, który, zdaniem pana Tupmana, wyróżniał ciotkę-pannę, wśród wszystkich kobiet, na jakie zerkał kiedykolwiek. Widoczne było, że dusze ich są sobie pokrewne, że w ich naturach było coś sympatyzującego z sobą, jakaś tajemnicza zgodność uczuć. Imię ciotki-panny, wyrwało się pierwsze z ust pana Tupmana, gdy ranny, upadł na trawę; rozdzierający jej krzyk najpierw obił mu się o uszy, gdy go prowadzono do domu. Ale czy wzruszenie to było wynikiem zwykłej kobiecej czułości i wrażliwości, któreby równie zamanifestować się mogły wobec każdego innego, lub czy też wyrwało je uczucie bardziej namiętne, gorętsze, które on jeden między śmiertelnikami zdołał rozbudzić w tem sercu? Takie to wątpliwości dręczyły umysł pana Tupmana, leżącego na sofie, i takie to wątpliwości postanowił rozwiązać bezzwłocznie i raz na zawsze.
Słońce ukończyło swój bieg. Panowie Pickwick, Winkle i Snodgrass poszli wraz z wesołym gospodarzem do Muggletonu; Izabela i Emilja przechadzały się z panem Trundle; stara, głucha dama usnęła w swym fotelu; jednostajne chrapanie pyzatego chłopca dolatywało z odległej kuchni; służące gapiły się przy bramie, flirtując w sposób bardzo pierwotny z kilkoma wiejskimi drągalami. Interesująca para siedziała w salonie, na wszystko obojętna, marząc tylko sobie, podobna do pary rękawiczek z jagnięcej skóry, razem złożonych i zwiniętych.
„Zapomniałam o moich biednych kwiatkach“, szepnęła ciotka-panna.
„Niech je pani teraz podleje“, odrzekł pan Tupman przekonywująco.
„Może wieczorne powietrze zaszkodzi panu?“ szepnęła czule miss Rachela.
„Nie! Nie!“ zawołał pan Tupman wstając, „owszem, to mi pomoże. Pozwoli pani, bym jej towarzyszył?“
Interesująca dama starannie poprawiła szarfę, na której zwieszona była ręka jej wielbiciela, i razem poszli do ogrodu.
W jednym z jego końcu znajdowała się altana z kaprifolium, jaśminu i innych wonnych roślin, jeden z tych miłych przytułków, jakie właściciele ogrodów wznoszą dla wygody pająków.
Ciotka-panna wzięła w altanie wielką konewkę z czerwonej miedzi i już zamierzała wyjść, gdy pan Tupman zatrzymał ja i posadził koło siebie na ławce.
„Miss Wardle“, rzekł z westchnieniem.
Ciotkę-pannę opanowało tak mocne drżenie, że kamyki znajdujące się przypadkowo w konewce, poczęły stukać o dno, jak w znanych dziecinnych zabawkach.
„Miss Wardle“, powtórzył pan Tupman, „pani jesteś aniołem“.
„Panie Tupman!“ zawołała Rachela, poczerwieniawszy jak jej konewka.
„Tak“, mówił dalej wymowny pickwickista, „wiem o tem... aż nadto... na moje nieszczęście“.
„Wszystkie kobiety są aniołami powiadają mężczyźni“, odpowiedziała żywo Rachela.
„Więc czem jest pani? Do czego mam panią porównać? Gdzie jest kobieta podobna do pani? Gdzie znajdę takie rzadkie połączenie wysokich zalet i piękności? Gdzie mam szukać? Ach!“
Tu pan Tupman zatrzymał się i uścisnął rękę trzymającą za ucho szczęśliwą konewkę.
Trwożliwa heroina odwróciła nieco głowę, mówiąc słabym głosem:
„Mężczyźni to tacy zwodziciele“.
„Tak jest, ma pani słuszność“, zawołał pan Tupman, „ale nie wszyscy... Istnieje jedna przynajmniej istota, która nigdy się nie zmieni! Istota, któraby uważała się za szczęśliwą, gdyby poświęcić mogła całe swe życie uszczęśliwieniu pani. Istota, która żyje, patrząc na panią, oddycha tylko uśmiechem pani! Istota, która tylko dla pani znosi ciężkie brzemię życia!“
„Gdyby się znalazła taka istota...“
„Znalazła się!“ przerwał ognisty Tupman. „Znalazła się! Jest tu, miss Wardle“.
I zanim dama zdołała odgadnąć jego zamiary, upadł jej do nóg.
„Panie Tupman, wstań pan“, zawołała Rachela.
„Nigdy!“ odpowiedział z mocą. „O! Rachelo!“
I pochwycił za rękę która upuściła konewkę, i przycisnął ją do ust (rękę a nie konewkę).
„O! Rachelo! Powiedz, że mnie kochasz!“
„Panie Tupman“, szepnęła młoda niegdyś osoba, odwracając głowę, „zaledwie mam siłę odpowiedzieć panu... ale... ale pan nie jesteś mi obojętny“.
Gdy pan Tupman usłyszał to słodkie wyznanie, natychmiast pospieszył spełnić to, do czego go natchnęło namiętne wzruszenie i co każdy spełnia w podobnych okolicznościach (przynajmniej tak sądzimy, bo z tego rodzaju sprawami nie jesteśmy obeznani): zerwał się nagle, objął kibić czułej dziewicy i wycisnął na ustach mnóstwo pocałunków. Po przyzwoitym oporze, dama poddała się im tak biernie, iż niewiadomo, ileby pan Tupman tych pocałunków nawyciskał, gdyby Rachela nagle nie drgnęła, bez żadnej tym razem afektacji, i nie krzyknęła przerażona:
„Panie Tupman! Widzą nas, zginęliśmy!“
Pan Tupman odwrócił się. Za nim stał pyzaty chłopiec, najzupełniej nieruchomo, wytrzeszczywszy na altankę wielkie, okrągłe oczy, ale z twarzą tak pozbawioną wszelkiego wyrazu, że najzręczniejszy fizjognomista nie zdołałby dopatrzeć się w niej ani zdziwienia, ani ciekawości, ani żadnej z namiętności, wzruszających serca ludzkie. Pan Tupman patrzał na pyzatego chłopca, pyzaty chłopiec patrzał na pana Tupmana, a im dłużej pan Tupman studjował kompletną nieruchomość jego rysów, tem mocniej przekonywał się, że zaspany młody człowiek nic nie widział, albo też nie pojmował tego, co widział. W tem przekonaniu zapytał go z wielką stanowczością:
„Co tu robisz?“
„Kolacja gotowa“, odrzekł Joe bez wahania.
„Czyś dopiero tu przyszedł?“ zapytał znowu pan Tupman, przeszywając go wzrokiem.
„Dopiero przyszedłem“, odpowiedział.
Pan Tupman znów spojrzał na niego bardzo ostro, ale pyzaty chłopiec ani drgnął a wyraz twarzy nie zmienił mu się wcale.
„Nie wie nic o tem, co się stało“, rzekł cicho szczęśliwy pickwickista.
„Nie“, odpowiedziała dama.
Poza nimi dał się słyszeć lekki szmer, podobny do tłumionego śmiechu, pan Tupman żywo odwrócił się. Nie... to nie mógł być pyzaty chłopiec; na twarzy jego nie było śladu wesołości, i wogóle żadnego innego wyrazu, oprócz wyrazu żarłoczności.
„Zapewne spał, idąc tu“, szepnął pan Tupman.
„Niema najmniejszej wątpliwości“, odrzekła ciotka-panna, poczem oboje poczęli się śmiać.
Jednak mylili się. Raz tylko w życiu letargiczny młodzieniec nie spał. Czuwał on, czuwał najzupełniej, i wszystko widział.
Podczas wieczerzy nikt się nie silił na podtrzymanie rozmowy. Stara dama poszła spać; Izabela Wardle zajęła się wyłącznie panem Trundle, ciotka-panna Tupmanem, a myśli panny Emilji Wardle zdawały się być zajęte jakimś dalekim przedmiotem. Może błądziły około pana Snodgrassa.
Jedenasta i dwunasta godzina wybijały kolejno, a gentlemani nie wracali jeszcze z Muggletonu. Niepokój malował się na wszystkich twarzach. Może ich napadnięto i obrabowano?... Czy nie należałoby wysłać naprzeciw nich ludzi z latarniami? Czy może?... Słuchajcie! Otóż i oni! Dlaczego tak się spóźnili? Jakieś głosy nieznane! Ktoby to mógł być? Wszyscy rzucili się do kuchni, gdzie wylądowali wędrowcy i od pierwszego rzutu oka poznano rzeczywisty stan rzeczy.
Pan Pickwick z rękami w kieszeniach i kapeluszem nasuniętym na bakier, oparty o fotel, kołysząc głową od prawej strony ku lewej, produkował całą serję uśmiechów najsłodszych i najbardziej uprzejmych w świecie, ale bez widocznego powodu. Stary pan Wardle, z twarzą szczególnie rozpromienioną, ściskał rękę nieznajomego gościa, bełkocząc coś o wiecznej przyjaźni. Pan Winkle, trzymając się skrzynki zegaru, przywoływał słabym głosem zemstę niebios na każdego, ktoby mu doradzał iść spać. Nakoniec pan Snodgrass osunął się na krzesło, a każdy rys jego wyrazistej twarzy nosił piętno najokropniejszej i najgłębszej rozpaczy, jaka tylko może się malować w rysach ludzkich.
„Co się stało?“ zapytały trzy damy.
„Nic, nic“, odrzekł pan Pickwick, „wszyscyśmy... w dobrym.. stanie, prawda... Wardle?... żeśmy... w dobrym stanie?...“
„Tak, w niezłym“, odrzekł wesoły gospodarz. „Moje kochane... Oto mój przyjaciel, pan Jingle... przyjaciel pana Pickwicka... pan Jingle... przybył... w odwiedziny....“
„Panie!“ zapytała Emilja z niepokojem... „co się stało panu Snodgrassowi?“
„Nic, zupełnie“, odrzekł pan Jingle. „Obiad w klubie, wesołe towarzystwo, wyborne śpiewki, stare porto, stare Bordeaux, dobre, bardzo dobre. To wino, pani, wino“.

„To nie wino“, wybełkotał pan Snodgrass poważnym tonem, „to łosoś“. (Trzeba wiedzieć, że w podobnych wypadkach, to nigdy nie jest wino).
„Czy nie lepiej pójść spać?“, rzekła Emilja. „Ludzie poodnoszą tych panów do ich pokojów“.

„Nie pójdę spać!“ zawołał pan Winkle z mocą.
„Żaden żywy człowiek nie odniesie mnie!“ rzekł nieustraszony pan Pickwick, a potem znów począł się uśmiechać jak przedtem.
„Hurra!“ wybełkotał słabo pan Winkle.
„Hurra!“ powtórzył pan Pickwick, poczem zdjął kapelusz i rozpłaszczył go na podłodze a, pochwyciwszy okulary, cisnął je na kuchnię; po dokonaniu tego szczęśliwego żartu, począł znów śmiać się jak szalony.
„Przynieście nam... jeszcze jedną butelkę!“ zawołał pan Winkle, zaczynając bardzo donośnym głosem a kończąc bardzo cicho. Ale powoli głowa zaczęła mu się chylić ku piersiom; raz jeszcze powtórzył swe niezłomne postanowienie, że nie pójdzie spać, wybełkotał melancholijne ubolewanie z powodu tego, że rano nie dokończył starego Tupmana, poczem usnął głęboko. W takim stanie zaniesiony został do sypialnego pokoju przez dwóch olbrzymów, pod bezpośrednim dozorem pyzatego chłopca. W chwilę potem, pan Snodgrass powierzył swoją osobę opiece młodego lunatyka, pan Pickwick przyjął ramię pana Tupmana i znikł spokojnie, uśmiechając się słodziej niż kiedykolwiek. Pan Wardle pożegnał swą rodzinę tak czule i patetycznie, jakgdyby rozstawał się z nią, by iść na rusztowanie; wyrządził panu Trundle ten zaszczyt, że pozwolił się odprowadzić po schodach i oddalił się, czyniąc bezowocne wysiłki, by nadać sobie minę uroczystą i poważną.
„Co za fatalna scena!“ zawołała ciotka-panna.
„Niesmaczna!“ odrzekły młode panny.
„Okropna! okropna!“ rzekł pan Jingle uroczystym tonem. (Wypił przynajmniej półtora raza więcej od swych towarzyszy). „Okropny widok! Bardzo okropny!“
„Jaki to miły człowiek!“ rzekła cicho ciotka-panna do pana Tupmana.
„I przystojny“, szepnęła Emilja Wardle.
„O! Bardzo przystojny“, dodała ciotka-panna. Pan Tupman pomyślał o wdówce z Rochester i zasępił się. Następne pół godziny rozmowy nie mogło go uspokoić. Nowy gość mówił wiele, ale zawsze ilość jego anegdot nie dorównywała ilości komplementów. Pan Tupman czuł, że papiery jego spadały w miarę, jak wzrastały względy dla pana Jingle. Uśmiech jego był wymuszony wesołość udana, a gdy wkońcu przyłożył do poduszki rozpalone swe skronie, pomyślał z okrutną rozkoszą, iż chciałby trzymać w tej chwili głowę pana Jingle pomiędzy rzeczoną poduszką a materacami.
Niezmordowany pan Jingle obudził się nazajutrz wcześnie i, podczas gdy towarzysze jego spali jeszcze, zmęczeni wczorajszą hulanką, z wielkim skutkiem zajął się rozweselaniem towarzystwa przy śniadaniu. Usiłowania jego w tym względzie były tak szczęśliwe, iż stara dama kazała sobie powtórzyć przez akustyczną trąbkę dwie czy trzy lepsze anegdoty i doprowadziła nawet łaskawość swą do tego, iż głośno powiedziała ciotce-pannie, że pan Jingle jest bardzo miłym łotrzykiem. Inni członkowie rodziny najzupełniej podzielali to zdanie.
W pogodne dni letnie stara dama miała zwyczaj chodzić co rana do altany, w której pan Tupman odznaczył się tak znakomicie. Rzecz odbywała się w sposób następujący: najpierw pyzaty chłopak przynosił z sypialni starej damy kapelusz, a raczej czarny atłasowy kapiszon, i ciepły wełniany szal, potem zaś mocną laskę z wygodną rączką. Następnie stara dama, włożywszy jak należy szal i kapelusz, z jedną ręką opartą na lasce, drugą na ramieniu pyzatego pazia, szła wolnym krokiem ku altanie, gdzie przez pół godziny rozkoszowała się świeżem powietrzem, poczem chłopiec przychodził znowu, by odprowadzić ją do domu.
Stara dama lubiła porządek i punktualność, a ponieważ od trzech lat pielgrzymka ta odbywała się bez najmniejszego naruszenia ustanowionych prawideł, zdziwiła się więc niemało w ów poranek, o którym właśnie mowa, gdy ujrzała, że pyzaty chłopiec, zamiast ciężkim swym krokiem opuścić altanę, obejrzał się uważnie na wszystkie strony, poczem przystąpił do niej na palcach z miną nadzwyczaj tajemniczą.
Stara dama była bojaźliwa, jak prawie wszystkie stare damy, pierwszą więc jej myślą było, że pyzaty chłopiec zamyśla popełnić jakiś okropny gwałt, by wydrzeć jej trochę drobnych pieniędzy, które miała przy sobie. Chciała wołać ratunku, ale wiek i niemoc oddawna pozbawiły ją możności krzyczenia. Poprzestała więc na śledzeniu ruchów swego pazia, z głębokim strachem, który bynajmniej nie zmniejszył się, gdy chłopak podszedł ku niej i krzyknął do ucha wzruszonym, jej zaś wydawało się, że groźnym, głosem:
„Pani!“
Otóż tak się właśnie zdarzyło, iż w tym samym czasie pan Jingle przechadzał się niedaleko altanki i także usłyszał ten wykrzyknik „Pani!“, zatrzymał się więc, by słuchać dalej. Trojakiego rodzaju powody nakazywały mu tak postąpić. Naprzód nie miał żadnego zajęcia, a był ciekawy, powtóre nie miał żadnych skrupułów, potrzecie ukryty był za krzakami. Zatrzymał się więc i słuchał.
„Pani!“ krzyknął powtórnie pyzaty chłopak.
„Co takiego, Joe?“ zapytała stara dama, cała drżąca. „Wiesz, że zawsze byłam dobra dla ciebie. Zawsze dobrze obchodziłam się z tobą, Joe! Nigdy nie miałeś wiele do roboty, a jadła zawsze poddostatkiem“.
Zręczna ta przemowa dotknęła najtkliwszej strony pyzatego chłopca. Odpowiedział z uczuciem:
„Wiem o tem“.
„A więc dlaczego tak mnie przestraszasz? Czego chcesz?“ mówiła dalej stara dama, nabierając odwagi.
„Chcę, żeby pani zadrżała“.
Szczególny to był sposób przekonywania o wdzięczności, a ponieważ stara dama z pewnością nie pojmowała, jak można tą drogą dojść do takiego rezultatu, więc czuła, że strach jej wzmaga się znowu.
„Czy wie pani, com widział w tej altanie wczoraj wieczorem?“ zapytał pyzaty chłopak.
„Boże zlituj się! Cóż takiego?“ zawołała stara dama, przerażona uroczystą miną pytającego.
„Gentleman z przewiązaną ręką całował...“
„Kogo, Joe? Kogo? Spodziewam się, że nie żadną służącą“.
„Gorzej jeszcze!“ krzyknął pyzaty chłopiec do ucha starej damie.
„Żadną z moich wnuczek?“
„Gorzej jeszcze!“
„Gorzej jeszcze? Joe!“ krzyknęła stara dama, która była tego zdania, że całowanie jej wnuczek jest największą okropnością, jakiej człowiek dopuścić się może. „Więc kogo, Joe? Chcę wiedzieć koniecznie“.
Szpieg spojrzał badawczo dokoła, a potem krzyknął do ucha starej damie:
„Miss Rachelę!“
„Co?“ zapytała stara; „mów głośniej“.
„Miss Rachelę“, krzyknął pyzaty chłopiec.
„Moją córkę?!“
Joe odpowiedział całym szeregiem znaków potwierdzających, co nadało jego policzkom ruch falisty.
„I ona pozwoliła na to?“ zawołała stara dama.
„Sama go całowała! Widziałem“, rzekł pyzaty chłopiec z przebiegłą miną.
Gdyby pan Jingle ze swej kryjówki mógł dostrzec wyraz twarzy starej damy, kiedy usłyszała powyższe słowa, prawdopodobnie nagły wybuch śmiechu zdradziłby jego obecność. Ale słyszał tylko urywki gniewnych frazesów, jako to:
„Bez mego pozwolenia! — W takich latach... O, biedna ja stara!... Mogła poczekać“. Potem usłyszał ciężkie kroki pyzatego chłopca, który oddalił się, pozostawiając starą damę samą.
Być może, iż wyda się to dziwne, niemniej jednak faktem jest, że pan Jingle, w pięć minut po swem przybyciu do Manor Ferm, w głębi swej duszy postanowił opanować bezzwłocznie serce ciotki-panny. Był dość dobrym obserwatorem, aby dostrzec że jego swobodne obejście bardzo przypadło do gustu pięknemu przedmiotowi jego ataków, a podejrzywał mocno, że ciotka-panna posiada najpożądańszą ze wszystkich doskonałości: mały, niezależny majątek. Gwałtowna potrzeba wyparowania w ten lub ów sposób rywala natychmiast przyszła mu na myśl, bezzwłocznie więc postanowił działać w tym kierunku.
Fielding mówi, że człowiek jest ogniem a kobieta hubką, i że książę ciemności upodobał sobie w przybliżaniu ich. Pan Jingle wiedział, że młodzi ludzie są dla ciotek-panien tem, czem iskra dla prochu, i postanowił zaraz, na miejscu, zrobić próbę wybuchu.
Rozmyślając nad sposobami wykonania tego ważnego postanowienia, wysunął się ze swego ukrycia i, pod osłoną krzaków, powrócił niepostrzeżony do domu. Los zdawał się stanowczo sprzyjać jego zamiarom. Widział, jak pan Tupman i inni gentlemani zagłębiali się w ogród, wiedział, że młode panny wyszły razem po śniadaniu: teren był zatem wolny.
Drzwi salonu były otwarte, pan Jingle wsunął przez nie głowę i zajrzał do wnętrza. Ciotka-panna robiła pończochę. Kaszlnął; ciotka-panna podniosła oczy i uśmiechnęła się. Z charakteru pan Jingle nie był bynajmniej wahającym się; przyłożył więc tajemniczo palec do ust, wszedł do salonu i zamknął drzwi za sobą.
„Miss Wardle“, rzekł z udanym zapałem, „przebacz pani tej śmiałości... Krótka znajomość... niema czasu na ceremonie... Wszystko odkryto!...“
„Panie!“ zawołała ciotka-panna, bardzo zdziwiona, wątpiąc nawet, czy pan Jingle jest przy zdrowych zmysłach.
„Ts!“ szepnął pan Jingle z teatralnym ruchem... Pyzaty chłopak, twarz mazgajowata... oczy okrągłe... łotr!...“
Tu potrząsnął wyraziście głową a ciotka-panna zadrżała ze wzruszenia.
„Jak sądzę, pan mówi o Joem“, rzekła, wysilając się na spokój.
„Tak, pani. Przeklęty ten wasz Joe!... Pies zdradliwy ten Joe! Wszystko opowiedział starej damie. Stara dama rozgniewana... zła, zawzięta! Altanka... Tupman... uściski.. pocałunki i tam dalej!... O pani! O!“
„Panie Jingle!“ zawołała ciotka-panna. „Jeżeli przyszedł pan tu, by mnie znieważać...“
„Bynajmniej! Wcale nie! Słyszałem historję, przyszedłem uprzedzić panią o niebezpieczeństwie, ofiarować usługi, zapobiec plotkom. Oto wszytko... Pani poczytuje to za zniewagę, wynoszę się...“
I wykręcił się na pięcie, jakby dla wykonania pogróżki.
„Cóż mam począć?“ zawołała biedna ciotka, nalewając się łzami. „Mój brat będzie piorunował!“
„Naturalnie“.
„O! Panie Jingle, co tu począć?“
„Powiedz pani, że tłustemu chłopcu śniło się“, odrzekł pan Jingle.
Promień otuchy rozjaśnił myśli ciotki-panny, gdy usłyszała tę radę. Pan Jingle dostrzegł to i umiał z tego skorzystać.
„Ba, ba! To rzecz bardzo prosta: chłopak niecpoń; kobieta miła; chłopaka oćwiczą; pani zawsze dadzą wiarę, koniec afery... wszystko się ułoży“.
Czy prawdopodobieństwo uniknięcia skutków tego odkrycia nie w porę było tak przyjemne dla ciotki-panny, czy też gorycz jej smutku złagodziła się, gdy nazwano ją miłą kobietą, dość, że zwróciła do rozmówcy swą twarz z wyrazem wdzięczności i okrytą lekkim rumieńcem.
Przebiegły gentleman westchnął głęboko, przez kilka sekund wpatrywał się w twarz ciotki-panny, potem zadrżał melodramatycznie i szybko odwrócił się.
„Pan, zdaje się, jest nieszczęśliwy, panie Jingle“, rzekła dama żałosnym głosem. „Czy mogę panu okazać moją wdzięczność tem, że zapytam o przyczynę jego smutku, by mu przynieść ulgę?...“
„Ach!“ zawołał pan Jingle, powtórnie drgnąwszy melodramatycznie, „ulżyć! Ulżyć! Gdy miłość pani otoczyła człowieka niegodnego takiego szczęścia! Człowieka, który nawet teraz ma niegodny zamiar pozyskania względów siostrzenicy anioła. Ale nie! To mój przyjaciel: nie chcę odsłaniać wad jego. Miss Wardle! Żegnam panią!“
I kończąc ten monolog, najgładszy, jaki kiedykolwiek wygłosił, pan Jingle przyłożył do oczu resztki chustki, o której już raz wspomnieliśmy, i zwrócił się ku drzwiom.
„Zatrzymaj się pan, panie Jingle“, rzekła z mocą ciotka-panna. „Pan zrobiłeś aluzję do pana Tupmana; wytłómacz się pan“.
„Nigdy“, zawołał pan Jingle teatralnym tonem. „Nigdy!“
I, by przekonać, że nie chce, by go wypytywano, wziął krzesło i siadł tuż koło ciotki-panny.
„Panie Jingle“, zaczęła znowu ciotka-panna, „błagam pana, zaklinam, byś mi odkrył okropną tajemnicę, otaczającą pana Tupmana“.
„Ach!“ zawołał pan Jingle, wlepiając wzrok w twarz ciotki-panny, „co za widok! Cudna istota! Ofiara przed ołtarzem! Brudna chciwość!“
Przez kilka sekund zdawał się walczyć ze wzruszeniami różnorakiej natury; potem rzekł głosem stłumionym i cichym.
„Tupman kocha tylko pieniądze pani“.
„Nędznik!“ zawołała ciotka-panna z energicznem oburzeniem.
Wątpliwości pana Jingle były rozwiązane; miała pieniądze.
„Więcej jeszcze“, dodał, „kocha inną“.
„Inną!“ szepnęła ciotka. „Kogo?“
„Młodą panienkę... czarne oczy... siostrzenicę Emilję“.
Nastąpiło milczenie, gdyż, jeżeli istniała w całym świecie jaka jednostka rodzaju żeńskiego, wobec której Rachela odczuwałaby zazdrość głęboką, śmiertelną, to była nią właśnie ta siostrzenica. Czerwoność wystąpiła jej na twarzy i szyi — w milczeniu potrząsnęła głową z wyrazem nieubłaganej wzgardy.
Wkońcu, przygryzając swe wąskie usta i podnosząc się nieco, rzekła kwaśno-słodkim głosem: „To być nie może. Nie mogę temu uwierzyć“.
„Niech pani uważa na nich“, odpowiedział pan Jingle.
„Zrobię to!“
„Śledź pani spojrzenia Tupmana“.
„Dobrze“.
„Ich szepty“.
„Dobrze“.
„Przy obiedzie siądzie koło niej“.
„Zobaczymy“.
„I osadzi panią na koszu“.
„Mnie na koszu!“ zawołała drżąc ze złości. „Mnie!“
„Czy ma pani oczy, by się przekonać?“ zapytał pan Jingle.
„Mam!“
„Okaże pani charakter?“
„Okażę“.
„A potem przebaczysz mu...“
„Nigdy!“
„Poszuka pani sobie innego kochanka?“
„Poszukam“.
„Ja nim będę“.
I pan Jingle, padłszy na kolana, pozostał w tej pozycji przez pięć minut. Gdy wstał, miał już nominację na kochanka ciotki-panny, coprawda jeszcze warunkowo, dopóki zdrada pan Tupmana nie zostanie udowodniona.
Dowodów miał dostarczyć pan Jingle i dokonał tego podczas obiadu. Miss Rachela zaledwie wierzyć mogła własnym oczom. Pan Tracy Tupman siadł koło Emilji, zerkał na nią, uśmiechał się, szeptał, współzawodnicząc z panem Snodgrassem. Ani jednego wyrazu, ani jednego spojrzenia nie zwrócił ku tej, która przeszłego wieczora była damą jego serca.
„Przeklęty chłopak! Przeklęty!“ myślał pan Wardle, gdyż dowiedział się od matki o całej historji; „przeklęty chłopak! Spał niezawodnie; wszystko to śniło mu się“.
„Zdrajca!“ myślała ciotka-panna. „Drogi panie Jingle, pan mię nie zwiodłeś. O! Jak pogardzam tym nędznikiem!“
Niepojętą zmianę w postępowaniu pana Tupmana zrozumieją czytelnicy, gdy zapoznają się z następującą rozmową:
Wieczorem, tego samego dnia; scena odbywa się w ogrodzie. Dwie osoby przechadzają się w odosobnionej alei. Jedna krótka i gruba, druga chuda i długa. Są to panowie Tupman i Jingle.
Pan Tupman rozpoczyna djalog zapytaniem:
„Czy dobrze się sprawiłem?“
„Doskonale! Wybornie! Sambym lepiej nie odegrał tej roli. Jutro trzeba robić to samo, aż do dalszego rozkazu“.
„Czy Rachela żąda tego?“
„Naturalnie, że to jej nie bawi; ale tak trzeba. Brat jest okrutny; boi się go. Inaczej niemożna. Za kilka dni podejrzenia rozwieją się, starych wyprowadzimy w pole, a ona uwieńczy twe szczęście“.
„Niema pan innego zlecenia?“
„Miłość, najtkliwsza miłość! Najsłodsze uczucie, skłonność niewzruszona. Czy mam powiedzieć jej co od pana?“
„Mój kochany panie“, odrzekł w prostocie ducha pan Tupman, serdecznie ściskając rękę swego przyjaciela, „wyraź jej pan moją najgłębszą miłość. Powiedz, jak mi trudno to ukrywać. Powiedz co tylko można najczulszego, ale dodaj, iż czuję potrzebę roli, którą mi wskazała dziś rano za radą pana. Powiedz, że przyklaskuję jej roztropności i uwielbiam jej przezorność“.
„Powiem; czy już wszystko?“
„Wszystko. Dodaj pan tylko, iż gorąco wzdycham do chwili, w której będzie do mnie należeć, kiedy wszelkie udawanie stanie się zbyteczne“.
„Dobrze, dobrze. Czy już wszystko?“
„O! Mój przyjacielu“, rzekł biedny Tupman, znowu ściskając rękę swego powiernika, „o mój przyjacielu! Przyjmij najszczersze dzięki za twe bezinteresowne usługi i przebacz, jeżeli kiedykolwiek, choć w myśli, popełniłem niesprawiedliwość, podejrzewając, że możesz mi szkodzić. Mój drogi przyjacielu! Czy będę się mógł kiedykolwiek odwdzięczyć ci za takie usługi?“
„Nie mówmy o tem“, rzekł pan Jingle, „nie mów...“
I nagle urwał, jakby coś sobie przypomniał.
„A propos!“ zawołał potem, „czy nie mógł by mi pan pożyczyć dziesięć gwinei, co? Bardzo pilny interes. Za trzy dni zwrócę“.
„Sądzę, iż mogę uczynić panu tę usługę“, odrzekł pan Tupman w prostocie swego serca. „Za trzy dni, mówi pan?“
„Tak, za trzy dni, nie dalej, wszystko się skończy, nie będzie żadnej przeszkody“.
Pan Tupman wyłożył dziesięć gwinei na rękę swego powiernika, który, wsuwając je sztuka po sztuce do kieszeni, ciągle patrzał na dom.
„Baczność!“ zawołał po chwili, „ani jednego spojrzenia“.
„Ani jednego rzutu oka!“ dodał pan Tupman.
„Ani słowa!“
„Ani sylaby!“
„Wszystkie grzeczności zwróć pan ku siostrzenicy. Z ciotką — najwyższa oziębłość... Jedyny sposób oszukania zazdrosnych!“
„Będę pamiętał“, odrzekł głośno pan Tupman.
„I ja nie zapomnę“, dodał cicho pan Jingle.
Potem weszli do domu.
Scena obiadowa powtórzyła się wieczorem i przez trzy następne obiady i wieczory. Czwartego wieczora stary Wardle wyglądał na bardzo zadowolonego, gdyż przekonał się, że pana Tupmana obwiniono fałszywie; ten także był zadowolony, gdyż pan Jingle powiedział mu, że wszystko wkrótce się skończy, pan Pickwick był bardzo szczęśliwy, gdyż był to jego stan zwykły, a pan Snodgrass nie był nim, gdyż zazdrościł panu Tupmanowi; stara dama była w bardzo dobrym humorze, gdyż wygrywała w wista; nakoniec pan Jingle i miss Wardle byli zachwyceni, z powodów tak wielkiej wagi dla wątków tej prawdziwej historji, iż opowiemy o nich w rozdziale następnym.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: anonimowy.