<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kościół Święto-Michalski w Wilnie
Podtytuł opowieść historyczna z pierwszej połowy XVII-go wieku
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1908
Druk Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


— hulanka, swawola
Ledwie karczmy nie rozwalą:
Cha cha! chi chi! hejże! hola!

Pani Twardowska.

Na antokolskiem przedmieściu stał dom wielki, otoczony ogródkiem, który październik z większej części pożółkłych liści ogołocił. Czerwone jesienne słońce zachodziło ponad Ponary; kilku mieszczan szło drogą, a w pomienionej gospodzie słychać było niepomierne wrzaski opiłych.
Przede drzwiami siedziała na spróchniałych belkach matka Marya, owa obłąkana kobieta, wsparłszy głowę na ręku, wpatrywała się w Wilię i zachodzące słońce, nie mówiąc ni słowa. Tymczasem w gospodzie biegał zajęty wielością gości gospodarz Drzazga, a niosąc z sobą brzęczący pęk kluczów, budził ich odgłosem leniwych służących. Odrobina niedogolonych włosów na jego głowie latała, jak chorągiewka na dachu w dzień weselny[1], pas niedbale oplątany pod szanownym brzuchem, kapota, buty, ręce, oczy i gęba, wszystko latało, a sam piorun nie byłby zwinniejszym, gdyby zastępował miejsce pana Drzazgi.
Za nim dziewiętnastoletnie dziewczę, świeże, rumiane, kosa z kruczych włosów polatująca na ramionach, w galonowanej spódnicy, w żółtych trzewiczkach, z pewnym rodzajem zalotności w ruchach i spojrzeniu — latało także, ale chmurka nieukontentowania nad jego czołem ciężyła.
W pierwszej izbie gospody, obszernej i ogniem wielkiego komina ogrzanej, obwieszonej wizerunkami świętych i zielem dnia piątego sierpnia, u świętego Michała święconem, siedziało za stołami kilkanaście osób.
Na środku, za ogromnym stołem, na którym widać było dzbany i kości, rozparło się kilku młodzieży.
A naprzód, znajomy nam już pan Piekarski, porządnie napiły i bardzo komicznie uśmiechający się bez ustanku. Koło niego siedział brunet wysoki i wesoły, z hardą i zuchwałą miną, z wysoko podgoloną głową, wziąwszy się w boki, dla rezonu; był to Stanisław Zaranek, uczeń akademii, zawadyaka, zuch, przytem zepsuty pobytem miejskim i zhardziały samowolnością[2].
Dalej nieco, krępy, czerwony, rudowłosy Zabłocki, także akademik, z tych, których wówczas samopaśnymi nazywano, że samopas chodzili, a rzadko, albo raczej nigdy, na lekcyach nie bywali.
Małe oczki błyszczały z pode łba, czoło zmarszczone, uśmiechająca się i złośliwa mina, dawały w nim poznać na pierwszy rzut oka człowieka bardzo podejrzanego. Za pasem miał nóż długi, niby sztylet czeski, a kilka plam ciemno brunatnych na kontuszu miało pewne do krwi podobieństwo. Te rudowłosy siedział w milczeniu z kubkiem w ręku i strzelał oczyma po przytomnych.
Za nim sparty obydwiema rękoma na stole, siedział Innocenty Pyza, olbrzymiego wzrostu i atletycznej postawy człowiek, ogorzały i czarny. Surową jego minę ocieniał wąs zawiesisty i czarna maleńka bródka; na nim była tabaczkowa kapota, a przy pasie pałasz zardzewiały wisiał w stalowej pochwie.
Ostatni z tych ichmościów, w seledynowej sukni i aksamitnym niebieskim kołpaku, pił z największego kubka i patrzał z pogardą na swoich towarzyszów stołowych. Chociaż siedział z nimi razem, zdawał się jednak do nich nie należeć, bo na ich urywkowe pytania potrząsał tylko głową, wcale nic nie mówiąc; ostra szpada albo raczej miecz niemiecki był jego bronią, a suknie okazywały w nim cudzoziemca, wyższego nieco stanu od osób, w których towarzystwo był wmieszany.
Po kilku chwilach milczenia powstał z ławy i, zbliżając się ku oknu, zapytał bliżej stojącego po polsku nieco niemieckim akcentem:
— Co to za gmach tam, nad Wilią?
— Albożeś waść pierwszy raz w Wilnie? odpowiedział Pyza, mierząc go od stóp do głowy oczyma; toż to sławne zamczysko, dokąd ś. p. Zygmunt August chodził nocami do swojej Basi, to pałac Radziwiłłów.
— Ha! wiem, słyszałem o nim! odpowiedział seledynowy, łyknąwszy z kubka; tam to go pono zdybali bracia królowej Barbary, prosząc, by ich domowi wstydu nie robił, lub sobie siostrzycę ich poślubił.
— No, to waść to tak dobrze wiesz jak i ja, a nacóżeś się pytał?
Gdy to mówił, weszła właśnie do izby córka gospodarza i, uśmiechając się mile, zbliżyła się z flaszą do stołu. Pan Innocenty Pyza pogładził wąsa i, sympatycznym uśmiechem odpowiadając na uśmiech ładnej dziewczyny, mrugnął na nią, żeby mu flaszę podała.
— O! to nie dla waszeci! odpowiedziała dziewczyna stawiając dzban przed seledynowym nieznajomym, który się zbliżył do stołu; jest to drogie wino, jakiego waszmość nigdy nie pijecie!
Kończąc te słowa, zrobiła taką minę, jakby powiedzieć chciała: — bo nie macie za co — i twarz Innocentego Pyzy zachmurzyła się nagle, stuknął ręką o stół i zawołał:
— Słuchaj dziewczyno, podaj mi flaszę takiego wina, niech lada przybylec nie żartuje z nas sobie. To mówiąc, gniewny wzrok rzucił na seledynowego, ale ten zapewne się spodziewał spojrzenia, bo gdy Pyza na niego oczy obrócił, znalazł już na jego twarzy i oku wyraz tak stanowczego ognia, że zmuszony był szemrząc spuścić oczy pod stół. Po chwili jednak podniósł je z nową mocą i silnym głosem zapytał seledynowego:
— Po co tu waszmość do Wilna przybyłeś, jeżeli wolno zapytać?
— Pytać wolno, odpowiedział obojętnie zagadniony; przybyłem tu w interesie handlowym do jednego kupca.
— A z których stron? zapytał Zaranek zwykłym swoim nakazującym tonem.
— Z Saksonii, odpowiedział bardzo obojętnie nieznajomy.
— Do jakiegożto kupca? dodał rudy Zabłocki, rzucając wzrok z podełba.
— Do pana Desaus.
— A! krzyknął opiły Piekarski, do tego co to ma córkę ładną, jak jabłuszko, jak dzbanuszek, jak szklaneczka.
— Nie wiem wcale, rzekł znowu bardzo ozięble nieznajomy, czy ma córkę i czy ładną, bo do niego mam interes, nie do córki.
Kiedy to mówiono, twarz Zaranka marszczyła się wyraźnie, a oczy jego latały to na Piekarskiego, to na nieznajomego, jakby obudwóm chciał nakazywać milczenie.
— A! jak się masz muchomorze czerwony! zawołał nagle pan Piekarski, usiłując powstać z ławy, na widok wchodzącego pachołka swego Rakowskiego. Co tam przynosisz?
— Przyszedłem z gołemi rękoma, odpowiedział przybysz, mierząc chciwem okiem dzbany i flasze; obiegałem całe miasto szukając panicza gdzie tylko wino sprzedają, bo mnie pani matka przysyła żebyś waszmość szedł do domu.
— Do domu! iść! zawołał bełkocąc pan Piekarski, to być nie może, nie może, jeszcze co ono siadłem za stół, ledwiem Helusię raz pod brodę miał czas pogładzić; wcale niczego dziewczyna, ale ani się umywała do Ju... Tu pan Piekarski spotkał groźną minę Zaranka, urwał wyraz w połowie i wychylił kubek, a podając go swemu słudze zawołał:
— Wiwat! Wileńskie dziewczyny!
— Wiwat! powtórzyli wszyscy i spełnili zdrowie prócz nieznajomego.
— A waszmość-że to nie łaskaw? mruknął surowo Pyza do seledynowego.
— Nie znam tutejszych kobiet, odpowiedział z równą jak wprzódy oziębłością seledynowy, ale jeśli wam o to chodzi, wypiję dla tego. To mówiąc spełnił kubek i postawił na stole.
Wszyscy zgromadzeni, widząc z jaką powolnością zgadzał się na każde ich żądanie, zaczęli szeptać między sobą. Nieznajomy nie spuszczał ich z oka, pił i bawił się mieczem, który miał przy boku.
Po cichej naradzie, Innocenty Pyza jakby delegowany zbliżył się ku niemu i głosem mocnym rzekł:
— Jest u nas zwyczaj w tej gospodzie, mosanie, że kto z nami za jednym stołem siada i pije, ten musi swoje powiedzieć nazwisko.
— A to na co? spytał chłodno nieznajomy.
— Bo nam się tak podoba! zawołał z drugiego końca stołu grzmiącym głosem Zaranek.
— To wcale błaha przyczyna, rzekł z uśmiechem szyderskim seledynowy, wychylając resztę wina; mnie albowiem nie podoba się powiedzieć waszmościom jak się nazywam i kwita. To mówiąc, zapił znowu, a pytający umilkli, zdumieni niespodzianą odpowiedzią.
Zabłocki nareszcie powstał trzęsąc rudym włosem i bawiąc się swoim nożem postąpił ku niemu, stanął naprzeciw i, zaglądając mu w oczy, tak się przybliżył, że nieznajomy rozgniewany poufałością, z najzimniejszą krwią postawił kubek, wyciął mu głośny policzek, porwał nóż od niego i obejrzał się szydersko w około. Jeszcze od bolu i zadziwienia przyjść do siebie nie mógł zuchwały Zabłocki, kiedy towarzysze jego powstali nagle z wrzaskiem i krzykiem, wywracając stoły, ławy, i wszystko co spotkali na drodze, i obstąpili go w około.
— Ha! hultaju! wołał biegnąc ku niemu z dobytą szablą Zaranek, przyszedłeś tu krzywdzić poczciwych ludzi, łotrze, śmierć ci tu zajrzy w oczy!...
Powtarzali wszyscy te i tym podobne odgróżki i wyrzekania, a seledynowy ze szpadą w ręku stał gotów do obrony, nie mówiąc ani słowa. Pyza jako najśmielszy, zbliżył się ku niemu z podjętą szablą, ale w mgnieniu oka, seledynowy porwał go za gardło i powalił na ziemię, a klęknąwszy mu na piersiach i groźnie zawołał:
— Wara! ani kroku do mnie, bo jeśli który palcem mię trąci, ubiję tego łotra co leży pode mną!
— Dajcie mu pokój! odezwał się Pyza, nie śmiąc się ruszyć, przelękniony widokiem miecza, który ostrzem do piersi jego przytykał. Na miłość Boga, na imię Maryi, dajcie mu pokój, bo mnie zabije! to zuch jakiś!... wart przebaczenia!... a ja... ja...
— Niech zginie! zarąbać go! wołali pijani i zapamiętali; kilka szabel błyskało już nad jego głową, kiedy córka gospodarza, wszedłszy i przestraszona widokiem tylu mieczy, krzyków i powalonych o ziemię dwóch osób, wydała głos przeraźliwy ze strachu i podziwienia. Wszystkie oczy obróciły się na nią. W tej chwili seledynowy znikł, jakby go nie było, i został tylko Pyza, jak długi wyciągnięty na ziemi, blady jeszcze, z zamkniętemi oczyma.
— A gdzież on? gdzie hultaj? wołał Zaranek.
— Szukajcie go po kątach, mruknął podnosząc się ciężko i poprawiając sukni Pyza, bo uważałem, że przez drzwi nie zemknął.
— Juściż nie mógł! dodał rudy Zabłocki, bośmy we drzwi oczy mieli wlepione; chyba go dyabli tego heretyka na skrzydłach przez komin unieśli, jak nieboszczyka Twardowskiego nosili.
To mówiąc, rozeszli się po kątach; pod ławami, koło pieca, po wszystkich dziurach przetarli i, nic nie znalazłszy, stanęli znów na środku ruszając ramionami; aż wreszcie rudy odezwał się do Pyzy: — A niechże go żywcem dyabli wezmą, tego łotra!... zemknął jakby go nie było!... to sam czart wcielony, wyrwał się świętemu Michałowi z pod nóg i przyszedł ciebie trochę potarmosić!... hę?... wszystkie okna pozamykane, drzwi pilnowaliśmy oczyma, gdzież się podział?
— Tego pojąć nie można, odezwał się Zaranek, wszakże go ziemia nie pochłonęła?
— Już to i ja ręczę, rzekł wąsaty Pyza, macając sobie lewą ręką krzyż upadkiem swoim nadwerężony, że to czart być musi, bo mnie jak piórko buchnął o ziemię! nie miałem czasu łba mu rozpłatać na dwoje!
Zaranek i Zabłocki spojrzeli pogardliwie na Pyzę, który w kubku szukał pociechy w tak przykrej chwili, i zaczęli chodzić po izbie.
— Mosanie! odezwał się nareszcie z cicha Zaranek do swoich, trzeba nam o sobie skutecznie pomyśleć: ja nie mam ani złamanego dydka.
— Dydka! ba! to trochę za mało! przerwał Zabłocki, strzelając ognistemi oczkami, to trochę za imało!... hm! musim każdy na siebie popracować; zaczniemy od odbicia kufra u tego gospodarza.
— Niewarto, odpowiedział Zaranek; byłoby to głupstwo i kwita. Tu od miasta niedaleko, nadbiegłyby biskupie pachołki, albo który oddział tych Radziwiłłowskich obwiesiów...
— Albo miejscy pachołkowie!
— Albo marszałkowska piechota!
— Tej się nie boim!... ot wojewódzka to, ale!... niech-no im się jaki Żydowina nawinie, albo biedne studencisko, albo organista, lub kleryk... a Chryste broń Jezuita!...
— Wara o Jezuitach i studentach! wielu z nas jeszcze nie ekskludowanych, i raz w tydzień chodzim słuchać lekcyi i...
— Dość... dość, przerwał Zaranek, kupiec Desaus ma pieniądze, o! ma!... o i ten czort w kalwińskim kolorze, co cię tak Pyzo zajechał, nie przybył tu próżno; musim się zawinąć! Prócz tego pomożecie mi uchwycić córkę jego Justysię, chcę ją mieć, wywiozę z sobą... musicie dopomódz!
— Tak, ale... tu Pyza pokazał ręką jak się liczą pieniądze i zrobił dość zrozumiałą minę, jakby ich żądał.
— Naturalnie! biorąc Justynę, o posagu nie zapomnę — ale...
— Nie dla ciebie łotrze moja Justysia, zagrzmiał groźny głos matki Maryi nad uchem rozmawiających. Prędzej dziad kościelny ożeni się z panną wojewodzianką; prędzej ksiądz biskup odprawi mszę w kościele św. Marcina na groźnym zamku; prędzej z gruzów powstaną od owego pożaru zburzone domy i Pańskie świątynie, niż ty obwiesiu dotkniesz się zkrwawioną ręką mojej Justyny, czystej jak anioł... Ja jak duch opiekuńczy roztoczę nad nią skrzydła!...
To mówiąc, matka Marya rzuciła wzrok ognisty na rabusiów i szybkim krokiem wybiegła z izby...
Zaranek przyszedłszy do siebie z osłupienia, posunął się sam za nią i zawołał: Łapajcie!... gońcie!...
Pyza i Zabłocki polecieli jak szaleni; we drzwiach spotkali pana Drzazgę, a że pan Pyza zbyt rozpędzony wstrzymać się nie mógł, wpadł nań, obalił go na próg i przykrył go sobą. Zaranek, zapędziwszy się z Zabłockim, powalił go i sam też upadł, a służąca gospodarza, zapatrzywszy się na wróble świegocące na podwórzu, szła, zaplątała się i hrymnęła na wierzch.
Wrzask, krzyk rozległ się po izbie. Gospodarz jak kot piszczał, przyciśniony tylu osób ciężarem, którzy nieprzytomni częścią z pijaństwa, częścią ze złości, szamotali się napróżno. Stan ich był tem okropniejszy, że padając na wierzch służąca rozbiła na ich głowę misę ogromną ukropu, którą niosła w ręku. Woda przeciekając coraz głębiej, niesłychanych bolów i krzyków była przyczyną.
Wreszcie kolejno podnosić się zaczęto i najrozmaitsze odezwały się głosy.
— Aj!
— Oj!
— O mój Boże!...
— Do stu tysięcy!...
— Ach! bok!
— Głowa!...
— Jezu, ucho!...
— Ręka, panno Maryo!...
— Nos, św. Wincenty!
— A toż co za litania? odezwał się głos gruby we drzwiach.
Wszyscy zwrócili oczy i ujrzeli piechotnego żołnierza wojewody, ogromnego wąsala, z szablicą u boku, stojącego na progu.
Strach ich przejął, gdy ujrzeli, że żołnierz nie był sam jeden, lecz w gronie towarzyszów tak groźnych wówczas całemu miastu; jęki i użalenia ustały jakby nic nie było, a trzech piechotnych żołnierzy weszło do izby.
— Podawaj wina! krzyknęli siadając koło stołu jeden po drugim.
— Nie mam wina, wypili już od dwóch miesięcy... rzekł gospodarz kręcąc pęk kluczów w ręku i nieśmiało patrząc na piechurów...
— Nie masz?!... krzyknął jeden groźno, zbliżając się do niego.
— N-n-n... ie mam... przebąknął zalękniony gospodarz, wiedząc, iż gdyby dał, nie zapłaciliby ani grosza.
— Nie masz łotrze! obwiesiu! skurczypałko! a to co?... podchwycił drugi, pokazując dzban z resztą winą stojący na stole, porwał dzban za ucho i resztą niedopitego trunku chlusnął w oczy panu Drzazdze....
Gospodarz pobladł, krzyknął, drapnął za drzwi, w momencie po drabinie na strych się dostał, i nim piechury dogonić go zdołali, pociągnął za sobą drabinę.
— O! łotr!!... o! amalicyta!... łajdak! sodomczyk!... wołali piechury patrząc na niego jak pies na kota, siedzącego na murku.
— Mam ja na ciebie sposób!... rzekł jeden, chwytając silnemi rękoma piękną córkę gospodarza. Dawaj wina i złaź z góry, a nie, to ci wezmę córunię i poprowadzę z sobą. Będzie mi prać koszule!... cha! cha! cha!... To mówiąc, szerokie swoje wąsy przyłożył do białej twarzyczki krzyczącej i szamoczącej się dziewczyny.
— O! ja nieszczęśliwy! odezwał się ze strychu kiwając łysą głową gospodarz. O moja Helusiu! pluń w oczy temu zdrajcy, a uciekaj!...
— Złaź łotrze, stary sknero, kutwo!... przerwał drugi żołnierz, mierząc z rusznicy do gospodarza, a Pafnucy drżący jak listek, kiedy nim ranny wiatr chwieje, spuścił drabinę i, spoglądając kolejno to na córkę wyrywającą się z rąk zuchwałego żołdaka, to na grubianina, którego strzelba śmiercią mu groziła, zlazł powoli. Lecz zaledwie stąpnął nogą na ziemi, pochwycili go żołnierze i powiedli do piwnicy, a Helusia wyzwolona z rąk draba, pobiegła do izby, obcierając końcem fartucha usta splamione nieczystym pocałunkiem.








  1. Było dawniej zwyczajem wieszać w dzień wesela chorągiewkę na dachu p. Gołębiowskiego.
  2. Patrz Noty N. 6.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.