Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom drugi/XXIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom drugi
Pobierz jako: Pobierz Cały tom drugi jako ePub Pobierz Cały tom drugi jako PDF Pobierz Cały tom drugi jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXIV.

Szwed sprobowawszy ze wszystkich stron, zostawił południową na sam ostatek; tu była brama główna ze wzwodem, tu po nad kortyny wysuwały się wysoko mury kościelne. Postanowiono więc wziąć z dwóch boków kościół i kaplicę N. Panny, ogień skierować na nie, i zmusić gorliwych o całość przybytku zakonników do poddania, grożąc zniszczeniem zupełném. Miller miał tę myśl od początku, odwodzono go od niéj; wyczerpawszy środki, postanowił przyprowadzić ją do skutku, i zaraz dnia następującego po nowych przysposabianiach, na węgle wschodnio-południowym, rozpoczął czynny ogień.
Była to godzina chóru, zakonnicy wszyscy znajdowali się na nabożeństwie swojém; szmer modlitwy rozlegał się w kościele, gdy szwedzkie działa wymierzone na samą świątynię, strzelać poczęły.
Miller wiele rachował na słabość murów długiémi oknami przeciętych i kierowano kartauny tak, aby podciąć u dołu mury a obalić je. Straszliwy huk zagłuszył modlitwę, ale jéj nie przerwał; w tém usłyszano na dachu kościelnym druzgocące się krokwie i belki... blady przestrach ogarnął starców, ale przytomność przeora, który się modlił nieulękły, nie dozwoliła uciekać... Ogień działowy co chwila stawał się żywszy, zdala dochodziły krzyki i łoskot niepokojący.
Wtém, zdało się jakby gmach cały miał runąć i ziemia rozstępywała pod nim; wszyscy zakonnicy, oprócz przeora, na ziemię upadli; dym, pył, kurzawa, gruzy napełniły przybytek... kula od kościółka ś. Barbary puszczona, rozbiwszy okno, z częścią muru po nad głowami mnichów, przeleciała w sam środek gmachu. W téj saméj prawie chwili, druga w bok kaplicy w ścianę Janitorium uderzywszy, okna w niéj połamała. Chwila to była okropna i popłoch niewyrażony, dalekie krzyki szwedów, jęk boleśny zakonników, zwiększały się razem z wrzawą boju i hałasem strzałów; wszyscy uciekać zaczęli, wołając:
— Matko Boża! Matko Boża! zmiłuj się nad nami!
Kordecki powolnie, ostatni zszedł z chóru i wstrzymał zbiegów spłoszonych.
— Tu miejsce nasze, tu! u Jéj ołtarza.... korzmy się i ufajmy, a nic nas nie dotknie...
Grzmiały działa, waliły się z wyżyny nadwątlonych cegieł ostatki, padały szyby okien i ramy, gdy przeor uciekających zwoławszy głosem potężnym, uklęknąć im kazał.
Święty Boże! rozległo się wśród huku strzałów. I działa zdawały się posłuszne modlitwie; drżeli mnisi oczekując nowego wystrzału, ale już kula żadna nie śmiała przerwać pobożnego śpiewu.
Dokończywszy pieśni, spiesznie rozbiegli się Paulini, Kordecki zamykał szereg, niezlękniony, poważny, zadumany; wtém za szkaplerz pochwycił go braciszek Paweł wylękniony i blady.
— Ojcze przeorze — brama!
— Cóż w bramie? jużciż nie szwedzi?
— Nie, ale wzwód strzaskano, kula przebiła sklepienie i pogruchotała muszkiety wiszące w izbie Kaspra.
— Znać już nie będą nam potrzebne, chłodno odpowiedział Kordecki.
Zamojski już był obejrzał tę szkodę i kierował odwetem, celując działa z narożnéj baszty.
Szkod znacznych nie było: na dachach w części połamanych, ogień się nie wszczął, kule padające nadszczerbiły murów, ale nic nie obaliły. Szwedzi około południa musieli wstrzymać ogień, bo ich wielkie kartauny do ciągłego strzelania zbyt wiele brały prochu, a nie było go podostatkiem, musiano oszczędzać; z trafnego zaś strzału do kościoła i kaplicy wnoszono, że zakonnicy dosyć przerażeni być muszą.
Czekano parlamentarzy, ale napróżno, nikt z klasztoru nie przybył; spodziéwano się ich do wieczora, wyglądano, noc nadeszła, a twierdza nie dała znaku życia.
Ale w niéj niestety, nie tyle było odwagi i wytrwałości, ileby spodziewać się można. Strach znowu rannémi kulami podbudzony, grał we wszystkich sercach, Kordecki udawał że go nie widzi długo, wreszcie schadzki, namowy i szemrania ślachty w oczy skakać poczynały. U pana Płazy narada ciągła od rana do nocy, i coby mieli na mury pójść z innémi, to zasiędą u kuflów, straszą się szwedami, lub opowiadają jacy to oni dla upokorzonych łaskawi, a nawet grzeczni. Jeden drugiego zachęca, aby iść do przeora i naglić o traktaty.
— To xiądz, zwyczajnie xiądz, — rzekł pan Płaza, — nic nie rozumié, panu Zamojskiemu teraz w głowie desperacja, że go szwedzi prześladować będą, a Czarniecki, wiadomo, choć go zwiąż, to się bić będzie; wszyscy zacietrzewieni, pod nosem nie widzą, że lada chwila szwed zdobędzie Jasną-Górę.
— Co tu długo gadać, — rzekł drugi, — tu o naszą skórę chodzi, myśmy się tu schronili dla bezpieczeństwa, nie żeby głowami przypłacić i żonki szwedowi oddać, albo niech nas puszcza, albo niech się poddaje!
— Już kiedy kule kościoła nie szczędzą, — rzekł trzeci, — nie długo tu i nam się osiedziéć!
— Do przeora! do przeora! — zawołali wszyscy i wyszli gromadnie, hurmem przeciw xiędzu Kordeckiemu.
— Nie zasiali go nigdzie w twierdzy i musieli szukać aż w celi, bo dysponował właśnie cóś z powodu rannéj szkody i kościoła, gdy szum w korytarzu oznajmił cisnącą się ślachtę — P. Płaza po przedzie; przeor poznał z jego twarzy o co chodzi; ślachcic naprzód popchnięty rad nie rad z perorą:
— Przyszliśmy, — rzekł pokłoniwszy się — spytać waszéj przewielebności, co myślicie i czego czekacie z tą zwłoką, gdy niéma odrobiny nadziei żadnego posiłku; nieprzyjaciel panem wszędzie, trzeba się ratować, trzeba poddawać, bo niéma co bałamucić... darmo, mości przeorze, — przyszła godzina...
Kordecki twarz łagodną zmienił wyrazem surowym i chłodnym; stanął przed niémi jak sędzia.
— Nie na wszystko czego żądamy, — rzekł, — szwed się godzi, bo na skalanie świętego miejsca przez kacerzy, my zezwolić nie możemy. Wy miłościwi panowie znużeni pracą, jak się wam wydaje, niepowodzeniem, chcecie układów, ale pomyślcie, czy i poddanie klęską nie będzie? Wiémy jak dotrzymali obietnic w Krakowie.... Nie naglijcie o poddanie, abyśmy my przez was, niegodnémi świętego miejsca uznani nie byli. Gorsze upokorzenie od wojny.
— Ale xięże przeorze, — przerwał Płaza, — tu o nas chodzi!
— Wcale nie o was, — odpowiedział przeor, — naprzód o ołtarz, potém o nas wszystkich, a nie o was tylko, a poddać się nie poddam.
— Więc nas z żonami wypuśćcie!
— Nie prosiłem byście przyszli, owszem samiście się tu wpraszali, nie cofajcież się; chociażeście mi raczéj zawadą niż pomocą, ale was uwolnić nie mogę, załogę i poczciwy ludbym strwożył.
— Więc będziemy zmuszeni... — rzekł poczynając inny.
— Siedziéć spokojnie, — dodał Kordecki, — i nie odbiegać od drugich; wiedzcie więc, że ani was puszczę, ani się poddam.
Na te słowa wyrzeczone stanowczo, nie było co odpowiedziéć; chciał pan Płaza mruknąć cóś jeszcze.
— Dzwonią do chóru, — rzekł szybko przeor, — modlitwa zbawieniem naszém, nie przerywajcie mi jéj proszę.
Poszli tedy jak zmyci; w dziedzińcu czekała reszta ślachty na swoich deputatów.
— A cóż? — spytali, — coście wskórali?
— Dostaliśmy po nosie, niéma co i mówić więcéj, to hetman nie przeor! nie da on sobie rozkazywać. Nie wiém co nas tu wpędziło, a teraz siedziéć mus.
— Ale cóż to będzie? co to będzie? — zawołały kobiéty. — Tchórze rozeszli się po cichu.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.