Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom drugi/XXIII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom drugi
Pobierz jako: Pobierz Cały tom drugi jako ePub Pobierz Cały tom drugi jako PDF Pobierz Cały tom drugi jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXIII.

Nazajutrz rano, do pierwszéj myśli wróciwszy, ale na inną obracając się stronę, szwed znowu rzucał kulami od wschodu. Ztąd w istocie obawiać się było można wielkich szkód, jeśli nie dla klasztoru, to dla kościoła, którego okna i facjata zwracała się w tym kierunku.
Nieustanność szturmów, niepokój ciągły, wrzawa, strachy co chwila nowe, pomimo usilności Kordeckiego, wlewającego odwagę w swoich ludzi, musiały zwątlić najwytrwalszych nawet. Większa część twarzy pochmurniała, nawet mnisi życiem niezwykłém zmęczeni, zwiesili głowy na piersi i nikt jeszcze nie śmiał powiedzieć że mu tchu brakuje, że cierpi; ale wszyscy czytali sobie w oczach wyraz niewysłowionego znużenia. Nikt krzepiącéj nie zachował nadziei.
Klasztor zwyciężał dotąd, ale go wycieńczało zwycięztwo; przeor to nawet widział; miał nadzieję w odsieczy, nadzieję w zimie, nadzieję w znużeniu szwedów... i wszystkie dotąd zawodziły.
Zwątpienie, rozpacz niemal obojętną na śmierć lub życie, zimną, milczącą, bladą, spotykałeś wszędzie.
Ślachta znowu skupiała się i naradzała potajemnie; załoga szemrała, śmielsi już narzekali i powiew rozpaczy obejmował chłodem swym serca. Już i kościół i kaplica stały pustką, izby pełne były naradzających swarliwie.
Tymczasem modlitwy zwycięzko mgły rozbiły; niewidzialna ręka zdawała się rozszarpywać grube osłony tumanów, rozrywała je i zrzucała na widnokręgu krańce, a niebieski błękit z pod nich i jasne ukazało się słońce.
Pod twierdzą kupami leżeli ostatnich dni pobici szwedzi, niektórych śnieg już popruszył, inni czernieli jeszcze; koło nich krzątali się żywi to odzierając z sukni, to zabierając na wozy. Starszyzna wybierała upadłych towarzyszów broni, by im cześć oddać ostatnią i żałobne wozy pociągnęły z szeregiem trumien ku Krzepicom.
Poszło tam z honorami wojskowemi, z muzyką i spuszczonemi chorągwiami, ciało Millerowego siostrzeńca, a za nim orszakiem szła jazda szwedzka, poszło w prostéj wieśniaczéj trumnie, na wozie kmiecym szukać spoczynku na ziemi najazdem zgwałconéj, która grób pochłonęła karząc niepamięcią.
Kordecki patrząc na ten orszak zapłakał.
— Tyle koni, tyle ofiar, a! miły Boże, zawołał do x. Stradomskiego stojącego przy nim, dla ludzkich fantazij, dla sławy zdobywcy, dla próżnego liścia lauru; a gdy przyjdzie na wiekuistego państwa pracować zdobycie, o jak to każdemu ciężko! Najechali ziemię naszą i zawojowali sobie — groby! niech im Bóg przebaczy, niech niepamięta.
Nic nie odpowiedział xiądz Stradomski, i w milczeniu zeszli z wyżyny, na któréj stali, do klasztoru.
Tu spotkali zakonników i ślachtę z bladém obliczem skupiającą się umyślnie przeciw Kordeckiemu. W tych gromadkach dwie twarze uderzyły przeora. Byli to tylko co do twierdzy wpuszczeni pan Alexander Jaroszewski, który pod opieką Jasnéj-Góry miał żonę i synka i pan Ciesielski, którego dwie siostry zakonnice dominikanki, od powodzi szwedzkiéj tu się skryły.
Oba zasłyszawszy co się dzieje na Jasnéj-Górze, zaczęli niespokoić się o swoich i zbiegli do Millera naprzód, żeby im dozwolił wyprowadzić kobiety, bo pewni byli, że nieustannemi szturmami twierdza wzięta zostanie, i padnie łupem rozjadłych i rozbestwionych szwedów.
Rano dnia tego dopuścił ich do siebie Miller, a wysłuchawszy prośby, rzekł:
— Idźcie moi panowie, ale to się na nic nie zda.
— Jakto? — zawołał pan Jaroszewski, — musi mi wydać żonę i dzieci, a panu Ciesielskiemu siostry.
— Nie wyda — odparł wódz, — toby wystraszyło do reszty zamkniętych w twierdzy; jabym bardzo był rad temu, ale Kordecki ma rozum, nie zrobi tego. Nie trzeba było kryć się przed szwedem... a dziś, zapoźno.
Pan Jaroszewski jak był żywy bardzo i przywiązany do żony i synka, a pan Ciesielski co dość łatwo tchórzył, ale w takim razie miną nadrabiał, gdy był w strachu — oburzyli się oba.
— To być nie może panie generale, muszą nam wydać naszych! Toby była tyranja!
— Zobaczycie, — rzekł zimno generał, — idźcie...
— Jakoż poszli, a po drodze nieomieszkali w twierdzy rozsiać popłochu, i przeor zaraz postrzegł się, że ich przybycie nie było mu na rękę. Nim od bram do niego się przebili, już napletli dziwów, nastraszyli bojaźliwych i zachwiali odważnemi nawet. Według nich twierdza co chwila mogła, musiała być zdobyta; szwed zaklął się, że nikogo życiem nie daruje; kobiéty, starce, dzieci, mieli paść ofiarą, a na gruzach sól rozsypać obiecywano.
Płacz, lament rozległ się po całéj górze.
Na to właśnie nadchodził Kordecki, spojrzał surowo, a wtém jak stali w korytarzu pan Jaroszewski i pan Ciesielski do niego:
— Xięże przeorze, — rzekł piérwszy z ukłonem, — przyjechałem po żonę.
— A ja po siostry.
— Cóż to się stało, że je wywozić myślicie, — odparł Kordecki zimno i z nieukontentowaniem, — czy to już Pana Boga niéma nad nami i Matki Boskiéj w Częstochowie — Cóż nowego im grozi?
— Co grozi? juściż to jawna i oczewista, że twierdza zostanie zdobyta i zniszczona.
— Kto to panu zaręczył?
— Ale dość policzyć xięże przeorze, co naszych, a co szwedów.
— Licz sobie kiedy chcesz, waszmość się boisz, a my się nie bojemy; tobie straszni, a nam nie.
Pan Jaroszewski osłupiał.
— Zresztą, — rzekł, — jak sobie xiądz przeor chce, ale ja siebie patrzę, i o żonę proszę.
— A ja o siostry.
— Zawołać braciszka Pawła! — rzekł przeor chłodno. — Wszyscy milczeli czekając co z tego będzie; przybyli sądzili, że im kobiety puszczą, aż i brat krawiec przybiegł ze szkaplerzem na ręku i spójrzał ognisto na wszystkich, ze łzami prawie na przeora, przed którym się nachylił skwapliwie.
— Wiesz bracie, jakie jest rozkazanie u wrót? — spytał go Kordecki.
— Wiem ojcze przeorze: wpuszczać pojedyńczo kto zażąda, a nie wypuszczać, chyba za wyraźnem zezwoleniem waszém.
— Tego rozkazania strzeżcie mi najpilniéj i nadal, — dodał przeor.
— Będzie spełnione święcie.
— Cóż więc, gwałtem myślicie tu zatrzymywać? — oburzył się pan Jaroszewski.
— Nie was, — odpowiedział przeor spokojnie, — ale kto przed oblężeniem się tu schronił, gdyby dziś uchodził, popłochby rozsiał niepotrzebny, za jednym zechcą wszyscy; zatém kto tu jest, ten dobędzie do końca.
— Xięże przeorze, tu o życie chodzi! macie prawo rozporządzać swojém i swoich podwładnych, ale nie naszém...
— Wszyscy tu moi podwładni dzisiaj, — odparł zimno i stanowczo zakonnik, — Bóg nas rozsądzi; co czynię, robię z przekonania o koniecznéj potrzebie i z natchnienia Bożego. — Będą wszyscy cali, jeśli zaufamy Panu, nie obawiajcie się.
Dwaj przybyli zmięszali się, nie wiedzieli co począć, spoglądali po sobie, stali, przeor już odszedł, został Zamojski.
— To czego żądacie, — rzekł im na długą gotując się orację, — nie podobném jest et contra consuetudinem belli. Submissionem winniśmy wszyscy wodzowi, rozkaz i wola jego święta. Nie obawiajcie się jednak, nic się tu złego nie stanie nikomu; Deo adjuvante pokonamy hostem chociaż potentem, czemu nie podoła oręż, podoła modlitwa. Tu daremnie, — dodał, — i prosić i grozić! — Nie mniéj mi droga żona moja i dziecko jedyne, przecięż je tu skryłem i wywozić nie myślę.
— Wolno wam czynić co się podoba, ale i my też swój rozum i wolę mamy.
— Jak się oblężenie skończy, zrobicie co się wam podoba.
Pan Alexander Jaroszewski począł krzyczeć i hałasować, Ciesielski mu pomagać; Miecznik wziął piérwszego za rękę —
— Będę, — rzekł ostro, — zmuszony kazać was za mur wyprowadzić, nie czyńcie mi tu burdy i idźcie sobie z Bogiem!
— Ale to tyranja niewidziana, to ucisk swobody szlacheckiéj.
Rozśmiał się pan Zamojski.
— Ojcze Pawle, — odezwał się, — ci panowie już się widzieli ze swemi, zostać zdaje się nie pragną, my czasu nie mamy — każcie ichmościom fórtkę otworzyć.
Napróżno oba poczęli wołać hałaśnie i po sejmikowemu się odgrażać, na nic się to nie przydało; pan Piotr Czarniecki dodał im kilku ludzi i jak niepyszni, musieli z twierdzy ustąpić.
Miller spotkał się nieopodal.
— A co tam? — spytał z uśmiéchem.
— Nie puszczają! zawołali.
— Mówiłem wam to wprzódy! I machnął ręką. —
Oba panowie poszli do znajomych sobie kwarcianych po radę i znikli.
Wypadek ten oburzył wielu w klasztorze: — ślachta nie przywykła do posłuszeństwa, krzyczała na gwałt, kobiéty płakały, xięża nawet szemrali. Xiądz Lassota wbiegł oznajmując przeorowi co się święci, że refektarz pełen i bodaj czy nie bunt się jawny gotuje. Kordecki szybko ruszył, biorąc z sobą po drodze xiedza Stradomskiego; ale już w refektarzu jedni tylko xięża się zostali, ślachta się rozpierzchła.
Zakonnicy stali jak powarzeni, milczący, chmurni, gotowali się cóś mówić i obawiali rozpocząć. Przeor wyczytał myśl w ich twarzach i stanął. Wtém xiądz Błeszyński wystąpił naprzód.
— Ojcze przeorze, — rzekł, — długo milczeliśmy, długo czekali na posiłki i nadzieje, ale gdy to wszystko marne dymy, czas i nam głos podnieść. Nie zaprzeczajcie żeśmy czynili co mogli w obronie miejsca tego, i życie gotowi byli dać w ofierze: ale łudzić się dłużéj niepodobna.
— Tak jest, — dodał xiądz Małachowski, — pozostaliśmy sami, posiłek przybyć nie może, zguba jawna i oczewista. Przeznaczył nam Bóg upokorzenie zwyciężonych, nie opierajmy mu się.
— Ojcze przeorze, — dorzucił xiądz Dobrosz, — dzisiejszy postępek wasz, który mógł być wedle praw wojny, my ich nie znamy — oburzył i zniechęcił do reszty ślachtę, strwożeni wszyscy, nas garść mała, sami nic nie zrobim. Na Boga zaklinamy was, myślmy o poddaniu się...
Tu i inni ośmieleni mówić poczęli.
— Ojcze przeorze, czas wyjść z tych omamień, kraj cały w ręku szweda, Król nas opuścił, świat o nas zapomniał; Polska nie jest już Polską lat starych... Czas prosić o warunki.
— To zdanie wasze? — spytał smutnie Kordecki.
— To myśl i pragnienie wszystkich... zapał i wiara nie pomogą przeciw wyraźnéj woli Bożéj.
— Do definitorium! — odezwał się przeor, — niech dzwonek zwoła na radę!
Rzekł i wyszedł piérwszy.
Jeszcze sala była pusta, gdy ukląkł w niéj przed krzyżem Zbawiciela świata, i leżąc u nóg jego, trupią głowę obyczajem zakonnym pocałował; długą chwilę pozostał tak na modlitwie gorącéj, potém podniósł się całując rany nóg, rąk i boku Chrystusowego.... Zakonnicy sypali się już do definitorium, zasiadali swe miejsca, przeor zajął swoje; twarz jego była pogodna, chwilę podumał, powlókł po nich wzrokiem, i tak mówić począł:
— Przeraża was zakonnych ludzi, bracia moi, niebezpieczeństwo wojenne. Wielkie to zaiste i groźne niebezpieczeństwo, ale nie takie żebyśmy dla niego zachwiać się mieli w postanowieniu bronienia miejsca świętego i spełnienia obowiązku. Królowie polscy powierzyli nam straż téj świętéj góry; chcecie ją stróże wiarołomni oddać nieprzyjacielowi.... wola wasza! Zdajcie na ręce kacerzy co macie najświętszego i najdroższego dla ocalenia życia, ja was sądzić nie będę — Bóg i ludzie osądzą! Nie godzi się jednak by to miejsce pozostało bez czci i sługi, bez nabożeństwa, niepodobna żeby wszyscy hańbą okryci opuścili ten ołtarz, jak zbiegi niewierne, którzy wzięli zapłatę wcześną, a gdy przyszła chwila niebezpieczeństwa, uszli sromotnie. Powiedzcie więc bracia, którzy z was zostać tu zechcą, i zdać się na wolę szweda, ja z pozostałemi, nie mogąc ani sromoty znieść naszéj, ani żeby kacerze bluźniercy, splamili ten przybytek, — ustąpię, pójdę.... Zostawuję wam wolę, czyńcie jak się wam zda...
Proste były słowa przeora, choć goryczą zaprawne: wymówił ostatnie ze łzami, zabłysły one na powiekach, jak krople rosy niebieskiéj; ręce wyciągnął ku nim i oczy, pytając... Wystąpcie i mówcie!
Ale nikt się nie odezwał, rumieniec wstydu oblewał twarze, milczeli wszyscy.
— Przecięż chcieliście poddania, mówcież wïęc, ja wam będę posłuszny. Ojcze Stradomski tyś piérwszy.
Kaznodzieja nic nie odpowiedział; pytał z kolei wszystkich, nikt odezwać się nie śmiał, tylko rzęsistemi kroplami pot oblewał ich czoła, a wzrok utopili w ziemię.
— Nikt z was teraz nie śmie okazać strachu, któregoście byli pełni przed chwilą. — rzekł łagodnie. Opamiętajcie się bracia i uczcie z chwilowéj bojaźni, jak upaść łatwo, jak trzeba czuwać nad sobą. Na Boga! — podniósł głos — czémże dziś, jest straszniejsze od wczora? wytrzymaliśmy tyle napaści stale, nic nie dokazał nieprzyjaciel, boim się więc zwycięztwa naszego? Widzicie że załoga, uzbrojenie, zapasy wystarczają nam przy pomocy Bożéj; przyjdą może i posiłki, słyszeliście że Polska cała ze zgrozą obudziła się ze snu i zdrętwienia; Król wróci do kraju, przypomną sobie ludzie, że my jedni trwaliśmy! Nie dawajmy ucha poszeptom bojaźliwych i krótko widzących ludzi... niech się lękają, myśmy wyżsi być powinni nad strach ten ziemski i płochy...
Mówił i nikt mu nie przerwał; — a wtém braciszek Paweł zapukał do drzwi z listem w ręku.
— Konstancja list ten na wałach w śniegu znalazła.
Cudownie to pismo dla dodania otuchy przybyło, jak gdyby modłami Kordeckiego wywołane; pisał je niejaki Jan Maj Sandomierzanin do brata w Sieradzkiém, któś poczciwy podrzucił. Były to wieści o Tatarach idących wielkiemi zastępy w pomoc Kazimierzowi. Przeor odczytał i oddał xiędzu Stradomskiemu.
Bóg łaskaw, — rzekł, — dajcie czytać małowiernym, niech się w postrachu utulą.
To mówiąc wyszedł zostawując xięży zawstydzonych i niespokojnych. Nie było wymówek wzajemnych, ani nowego szemrania, westchnęli tylko i rozeszli się z uczuciem wiary, z pragnieniem poprawy; każdy ważąc i poświęcając chętnie swe życie.
Ale ze ślachtą nie tak poszło łatwo: tu przeor nie mógł każdego z osobna ani razem wszystkich zgromadziwszy zawstydzić, upokorzyć i wlać siły, których brakło; strach głośniéj mówił nad wszystko w świecie, do tych zwłaszcza, co tu mieli żony i dzieci, a obawiali się rzezi i gwałtu. Ranny napad Jaroszewskiego, łzy saméj pani, postrach panien Ciesielskich, rozeszły się po całym klasztorze. Chcieli ślachta z zakonnikami razem, zmusić przeora do poddania, ale po naradzie w definitorium, ojcowie Paulini usunęli się i sami znajomych na drogę męztwa zwracali, niechcąc już pomagać ślachcie. Kilku ze starszyzny mając na czele Zamojskiego i Czarnieckiego, trzymali się niezachwianym umysłem, reszta burzyła się, a było tego z pięćdziesiąt rodzin. Biegali oni jak poparzeni, lamentując, radząc, narzekając na nieszczęśliwą godzinę, w któréj się tu schronili. Pani Płazina w téj zawierusze miała wyborne pole nagadać się, nabiegać, nazaczepiać co młódszych i nanosić plotek, tak że zapomniała nawet o swéj jaśniewielmożności i państwie. Godny jéj małżonek pan Płaza, jakiś Mrówkowski i kilku innych przewódzców, na serjo zbierali wota do poddania się i gotowali iść do Kordeckiego. Ale Czarniecki, który to po części przewąchał, rozkazał zgromadzić się ludziom załogi, rozdał wszystkim po śklanicy miodu, przyrzekł sowitą gratyfikację i po prostu rzekł do nich:
— Moi kochani, cós tu u nas śmierdzi zdradą, panowie bracia ślachta zaczynają tchórzyć i myślą o poddaniu. Xiądz przeor o tém słuchać nie chce, i nas większa część postanowiliśmy trzymać się do upadłego. Otóż chciałem wam powiedzieć tylko to, że który z was miałby ochotkę zwąchać się z tchórzami, straci odwagę, a mówić będzie o poddaniu, albo wejdzie w jakie konszachty, to mu, tak mi Panie Boże dopomóż, jak psu, własną ręką w łeb wypalę. Macie więc wóz i przewóz, jak się da Bóg ta szwedzka robota skończy, każdy otrzyma podwójną płacę roczną w nagrodę; kto co złego pomyśli lub zamierzy, zginie nie od szweda, ale ode mnie. Znacie mnie że jestem słówny; a teraz na mury i zwijać mi się gracko.
Załoga poszła rzesko, i już w niéj pomocnika nie mieli bojaźliwi, co się na niéj opierać chcieli. Kordecki choć nie wiedział co się stało, gdy się stało, pochwalił. Zamojski tylko trochę się namarszczył, bo gotował piękną bardzo mowę do załogi, a ta już była niepotrzebna. — Trzeba wyznać, że ruchawość pana Czarnieckiego, jego zwycięzka wycieczka, jego skromne a poczciwe krzątanie się około obrony klasztoru, trochę spać nie dawały panu Miecznikowi. Nie żeby, uchowaj Boże, zazdrościł tych usług Czarnieckiemu, ale że mimo pracy swojéj, chciwy dobra człowiek, pragnął go gorliwością prześcignąć. I nieraz pani Miecznikowa widziała go po nocach, gdy na chwilę zszedł z murów do niéj się dowiedzieć, tak zadumanego głęboko, jakby losy świata ważył w ręku. Był to skutek podobny temu, jaki laury Milcjada, czyniły na Themistoklesie.
— Co u licha! — mówił sobie pan Zamojski, — to niepodobna żebym i ja też czego nie dokazał. Co kto zrobi, to on; wszędzie mnie wyprzedzi, wszędzie drogę zabieży, wszędzie znajduję go już po capstrzyku, gdym ja dopiero się gotował z myślą moją. Tak być nie może. Juściżem ja wódz naczelny po xiędzu przeorze, muszę także się z czem popisać.
I dumał tak poczciwy Miecznik dnie całe i noce, a zobaczemy że nie darmo.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.