Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom drugi/XXV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom drugi
Pobierz jako: Pobierz Cały tom drugi jako ePub Pobierz Cały tom drugi jako PDF Pobierz Cały tom drugi jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XXV.

Nad brzegiem stawu, w kruchym i wątłym jeszcze lodzie, przerąbawszy płonki, polacy co ze szwedem byli, a od wojaczki wymówiwszy się spoczywali, łowili sobie rybę na adwent. Nudno bo to było żołniérzowi stać, prochu wąchać, strzałów słuchać, szweda pod nosem miéć, a szabli niedobywać i nie miéć z kim się potuzać. Tu niby przyjaciele, tam Matka Boska i bracia, a ręce gdyby związane. Nie jeden klął na czém świat stał, ale głową muru nie przebić; patrzali, ziewali, grali, śpiéwali; nie jeden z desperacji opończą otuliwszy się spać kładł, spał noc, zjadł i spał znowu, i spał aż puchł od tego odpoczynku; drudzy włóczyli się po mieszczanach częstochowskich na gawędy, na piwo i miód, na wspólne wzdychanie. I choć to łyczaki, ale gdy niéma do wyboru jeno szwed albo mieszczanin, woli ślachcic mieszczanina, wolałby w ostatku żyda, bo z niémi się rozgadać można.
Otoż kilku z tych biédaków, że to był post, a nie było co robić, dostawszy niewodu w miasteczku, włoków i sieci, poszli do stawu i takie miejsce wybrali sobie doskonałe, że za pierwszém zarzuceniem cóś bardzo wielkiego i ciężkiego złowili.
— A juściż to nie ryba, kiedy aż niewód pęka! — zawołali ci co ciągnęli.
— Nuże zobaczmy co to! I jak poczęli kijmi, hakami, siekierami borukać się z tym cudownym potworem, aż na wierzch dobyli kilka z kolei beczek sporych dobrze zadnionych, a niezmiernie ciężkich.
Zbiegło się tedy ciekawych dosyć, a tu zaraz i starszyzna, nuż zasmolone solanki odbijać. Aż kiedy spójrzą, wewnątrz! pateny, vota, monstrancje, kielichy, turybularze, ampułki, srébra kościelne... popatrzali i ręce im opadły.
— O! cóżeśmy to najlepszego zrobili! dzień biały, a tu szwed za pasem, szpiega dosyć, co tu począć? Zabrać kościelne, niechże Bóg uchowa! dać wziąć rabusiom nie lepiéj, więc co najprędzéj chować i ukrywać, nim się Miller dowie.
Tak się też stało, siedli zaraz w kilku na koń, wzięli beczki na wozy i do xiędza Rychtalskiego z tą zdobyczą. Na przypadek tylko, co było nie święconego, kilka naczyń zostawili, gdyby się bardzo Miller napiérał, aby mu czém gębę zatkać. Ledwie się to stało, a już generał wiedział o wszystkiém.
Co to szwedowi srébro! jak mu powiedzieli o połowie, poleciał zaraz Wejhard na miejsce przysłużyć się co najrychléj, i zapłacić z cudzéj kieszeni za wszystkie strapienia. Stanął w miejscu, ale tu tylko niewód leżał mokry jeszcze, kilka płotek, trochę klepki i wiele traw a muszli dobytych ze dna.
— Gdzie srébra? — rozbiegli się szwedzi, — gdzie srébra?
— Srébra? — Nikt o nich nie wiedział, Poszli do starszych, potém do towarzyszów, ale srébra, jakby je znów utopił w wodę: nikt powiedziéć o nich, nikt wydać ich nie chciał. Szwedom znowu przy kwarcianych nie wypadało bardzo chciwemi się pokazać.
Powiedzieli, że Miller dla większego bezpieczeństwa, chciał srébra zabrać na schowanie, ale sréber ani śladu.
Generał pokwaśniał bardzo; posłaniec gnał posłańca, śledzono, pytano, dokuczano, nudzono, nadaremnie; musiał Trupski i Zbrożek zostawione na przypadek kilkaset grzywien, odwieźć Millerowi. Był to łom jakiś, czyjaś ofiara jeszcze nie użyta na potrzebę kościelną; Miller rzucił się na zdobycz, skrzywił gdy ją zobaczył, przecież i tego nie odrzucił.
Wejhard już motał sobie jakieś na srébro projekta.
W klasztorze pan Jaroszewski już był, z polecenia kwarcianych, rzucił kartkę uwiadamiającą zakonników o połowie sréber i skryciu ich w miejscu bezpieczném; przeor ani się uląkł, ani zabolał, ani zadziwił.
— Srébro, — rzekł, — to mniejsza, Bóg dał, Bóg wziął, byle ołtarz stał nienaruszony.
W namiocie Millera tymczasem osnuwano nową robotę: posłano żądać rozejmu, zakonnicy nań zezwolili, bo radzi byli spocząć; a Wejhard nalegał poddając gwałtem myśl swoją, zaręczając że wyborna i skuteczna, bo wszystkie takie były, póki ich nie sprobowano.
— Panie generale — rzekł, myśl trafna...
— Trafna? prosiemy o nią.
— Mnisi — mówił żywo niezrażony hrabia, — są chciwi nad miarę i łakomi; posłać do nich ofiarując im oddać srébra, jeśli się podadzą. Będziemy w Jasnéj-Górze mieć ich dziesięć razy tyle.
— Istotnie, to może niezgorsza siatka na mnichów, mruknął Miller... Cóż więcéj?
— Wymawiają się, że niemogą przyjąć na dowódzcę twierdzy człowieka obcéj wiary, a mnie czynią bluźniercą, i dają mi także exkluzją, więc im J. M. xięcia Hesskiego zaproponować. Byle tylko wejść, zrobi się potém co zechce.
— Nigdy Hrabiemu nie brak planów — odparł Miller — ale dzisiejsze nad wszystkie, (uśmiechnął się szydersko). A za tém pokornie im zaproponujemy: że niechcemy niszczyć miejsca świętego (trochęśmy tylko przez nieuwagę kościoła nadbili), że własności nie ruszym, srébra powrócim i J. X. M. Hessij uczynim komendantem. Prawdziwie, jeśli się i na to niezgodzą, to już chyba...
— Poszaleliby, — zawołał Wejhard.
— Jakże chcecie — ze śmiechem rzekł x. Hesski, — żeby się poddali, kiedy im się powodzi, i w dodatku mają czary, które staną za dziesięć tysięcy żołnierza!
— Czary! zawołał rozgniewany Miller, — xiąże to mnie prześladujesz, że i ja w nie wierzę, ale nie sąż to rzeczy niepojęte?
— Rzeczy niepojęte, nie koniecznie muszą być czarami.
— Nigdy wojska szwedzkie takich klęsk, a jeszcze od takiéj garści nie poniosły, niéma dnia żebyśmy nie mieli zabitych ludzi, koni, zrzuconych dział...
— Jabym był zdania, żebyśmy się im ukłonili i poszli na zimowe leże — odparł xiąże Hesski, — to by było najrozumniéj; królowi Karolowi nie wiele idzie o jeden lichy zameczek nad granicą, a tracić tyle ludzi.
— Ale wstyd mości xiąże.
— A! wstyd trzeba zjeść! — rzekł xiąże Hesski.
— Niechże go je Hrabia, który nas tu sprowadził — odpowiedział Miller.
Wejhard się wymknął śmiejąc, niby niezrozumiał.
Nazajutrz posłowie znowu; któż jeśli nie pan Kaliński? Już się go w klasztorze obawiali i nudzili nim, ale jak było nieprzyjąć pana starosty, który przychodził qua przyjaciel, protektor i pośrednik? Wprowadzono go do celi przeora, podano wina, zeszło się zakonników dosyć, Zamojski pamiętny kłótni ostatniéj pójsć nie chciał, Czarniecki wolał z nim zostać na murze.
Starosta długo smażył przemowę i racje, długo zajeżdżał z prawa i z lewa wychwalając Millera, wielbiąc Karola Gustawa, unosząc się nad sercem Wejharda, nareście ad rem przystąpił, a że to był człowiek wysoce ceniący bezinteressowność, bo sam nigdy się na nią zdobyć niemógł, począł od sréber.
Przeor się zlekka uśmiechnął.
— O srébro te — rzekł — jesteśmy spokojni, są one w ręku kwarcianych pod waszem panie starosto dowództwem zostających, nie ulegają więc żadnemu niebezpieczeństwu — niemogły w lepsze dostać się ręce — To co u Millera, wątpię żebyśmy zobaczyli, ale mniejsza i oto.
— Generał powróci wszystko co do odrobiny.
— Prawdziwie, wspaniałomyślność wielka, oddać nam naszą własność! — rzekł Kordecki szydersko.
— Zdobycz — podchwycił starosta.
— Zdobycz kościelną! a! niechże się nią cieszy — nie pierwsza to.
— Ale Miller daje wam przy tem złote warunki, niepodobna żebyście ich nieprzyjęli xięże przeorze — Bójcie się Boga, gubicie się... Dowódzcą wyznacza x. Hessij, własność zapewnia; zapewnia...
— A kto zapewni za Millera? spytał cicho Kordecki.
— Jakto? i jemu nie wierzycie?
— Patrzcie panie starosto co się dzieje w Polsce, a nie zdziwicie się temu. Wittenberg większy pan i starszy od niego dowódzca, a co zrobił z Krakowem; popytajcie piechoty Wolffa, oni wam powiedzą, jak dochowano przysiąg.
Starosta zawstydzony, westchnął ciężko.
— A! rzekł — zapewne ciężki to los ulegać prawu zwyciężcy, cóż gdy nieuchronny!
— Niemówcie tego słowa, — odparł przeor, nic niéma niepodobnego Bogu, wierze i zgodzie: wrócim do swoich praw i Króla.
— Daj Boże! — zawołał starosta zamyślając się, — ale być że to może?
— Będzie! żywo rzekł zakonnik.
Zamilkli na chwilę.
— Cóż odniosę Millerowi? spytał Kaliński.
— Odnieście mu to raz jeszcze — co już słyszał nie raz: zostaniemy wierni Królowi naszemu, nasze bezpieczeństwo nas tylko obchodzi, twierdza jest naszą, a my w niéj panami. Przy obcéj załodze, upadłaby chwała Boża; stawszy się teatrem wojny, przestałaby być Jasna-Góra celem pielgrzymek i miejscem nieustającéj czci Matki Boga żywego. Jeśli kiedy do kapitulacij przyjdzie, o czém wątpię dodał przeor — będziemy żądali dowódzcy polaka i to takiego, którego sobie wybierzemy sami. Co się tycze sréber, wy najlepiéj wiecie panie starosto że są bezpieczne, bo zostają w ręku polaków i katolików, a na ich czci i wierze polegamy spokojni.
— Ubolewam nad losem waszym, odezwał się starosta, ale cóż gdy was przekonać niepodobna.
— Tak — niepodobna! powtórzył stanowczo Kordecki, — chcemy dać przykład sługom ołtarza i synom kraju tego i umrzeć bodaj za wiarę, za kraj i króla!
— Miller poprzysiągł zdobyć Częstochowę.
— Myśmy przysięgli bronić jéj do ostatka — wszystko, nawet przysięgi w ręku Boga.
— Wiecie, że nowych sprowadził górników, że spędził ludzi i minami was wysadzi.
— Niech wysadza! — rzekł przeor spokojnie.
— Klasztor, kościół, domy — wy — wszystko wyleci w powietrze.
— Stanie się jak Bóg zechce — odpowiedział niezłamany zakonnik.
Po tych słowach, widząc że nadaremnieby pracował, Kaliński klasztor opuścił, a odpowiedź którą przyniósł Millerowi zdziwiła go i zasmuciła. Nic na nią nie rzekł.
— Do jutra! — szepnął tylko.
Sam pozostawszy chodził jak zbłąkany; wszystko to co zniósł pod Częstochową — snem — urojeniem, marą mu się wydawało; całe to oblężenie, zapasy z garścią bohaterów, usiłowanie marne, bój, traktowanie, miały w sobie tyle cudowności, że nawet zimny umysł jego ją uczuł.
— Czary! — powtarzał chodząc, tak! to chyba czary! to siła niepojęta! tu oszaleć przyjdzie.
Zawołał Cekwarta.
— Są ludzie z Olkusza?
— Są generale.
— Dzień i noc robić minę od północy, gdzie wskazano — koło ludzi straż postawić.
— Skała twarda, idzie powoli.
Miller ręką machnął: Jeśli ludzi mało — dać ich więcéj, posłać konnicę — niech spędzą.
— W minie wiele ich razem pracować nie może.
— Rozpocząć razem dwie, trzy, cztéry, od wschodu północy, na przeciw baszty — na węgle, z północy pod kortynę... I tak Cekwarta odprawił.
— Mnichy, wołał znowu zostawszy sam, wolałbym żołnierzy... Odejść i odejść ze wstydem, jeszcze w chwili gdy podobno Polska się poczyna targać w swych więzach. Nie! nie! musiemy wziąść twierdzę i w perzynę obrócić świętość bałwochwalców, gniazdo czarowników! Siłą, zdradą, działami, miną, choćby pół ludu tu legło, wezmę Częstochowę!






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.