Kordecki (Kraszewski, 1852)/Tom piérwszy/XIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Kordecki
Podtytuł Powieść historyczna
Wydawca Józef Zawadzki
Data wydania 1852
Druk Józef Zawadzki
Miejsce wyd. Wilno
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom piérwszy
Pobierz jako: Pobierz Cały tom piérwszy jako ePub Pobierz Cały tom piérwszy jako PDF Pobierz Cały tom piérwszy jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
XIV.

Miller niedługo w szopie na Częstochowieckich zgliszczach posiedziawszy, musiał się z niéj wybierać, rozkazawszy nieco opodal, na rumowiskach namiot swój rozbić. Na twarzy jego malował się gniew i upokorzenie tem gwałtowniejsze, że sobie poczynał jak z mnichami, a znalazł w nich ostróżność, przebiegłość i znajomość rzeczy najlepszych żołnierzy. Z każdego opuszczenia się jego i błędu, korzystano natychmiast, a poczynione ofiary oznajmywały, że klasztor myśli się bronić do upadłego. Chodził i mruczał; Wejhard, który go tu sprowadził, nie pokazywał się teraz; wysyłał po niego wściekając się posłańców, aż nareście hrabia niemając powodu i wymówki przybyć musiał.
Miller spotkał go zaraz wyrzutami:
— Widzicie — rzekł ze złością, — tu co innego wcale się święci, to się zabiera na zapalczywą obronę, traciemy czas i ludzi...
— Prawdziwie, niepojmuję, — rzekł Wejhard łagodnie, — oni się bronić nie mogą, targują się tak tylko o poddanie, o warunki...
— A śliczny mi targ, — zawołał Miller, — w zadatku patrz co trupa!
— Przypadek! przypadek! rzekł Wrzeszczewic.
— Co? i spalenie folwarku! i tych szop, i ci pobici — to wszystko ma być przypadek!
— Ale powtarzam generałowi, mnisi bronić się tak długo niemogą, — zawołał Wejhard, — z czém? ze stu kilkudziesięciu ludźmi, przeciwko dziewięciu tysiącom? ani zapasu prochów, ani biegłych dowodzców nie mają. Wysilili się dzisiaj, trochę im też szczęści, trochę nieostróżność nasza posłużyła, i po wszystkiem...
Miller odwrócił się z gniewem.
— Ale to tak trwać niemoże! odezwał się wysapawszy, potrzeba kończyć...
— Skończemy generale, niech Kaliński jedzie do klasztoru i pocznie się z niemi targować.
Miller wskazał tylko ręką Kalińskiemu na klasztor.
— Ruszaj półkowniku, rzekł, a żwawo i przynoś mi punkta od mnichów, nie, to klasztor w perzynę obrócę.
Pan starosta Bracławski, któremu wcale nie smakowały kule swistające do koła klasztoru i szwedzkie i częstochowskie, kwaśną dosyć zrobił minę, ale grać rolę statysty i mieć sobie powierzone traktowanie, pochlebiało mu z drugiéj strony; zresztą Miller wymówek nie cierpiał, potrzeba było słuchać.
Kaliński siadł na konia, przodem na jakie dwieście kroków jednego i drugiego żołnierza wyprawiwszy z białą chorągwią, i okrążywszy po za kapliczką Ś. Jakóba, ostróżnie zbliżył się ku bramie. Kule swistały tymczasem, a w drodze, z powodu ich nieregularnego biegu, tysiące uwag moralnych czynił sobie pan starosta, czując drészcz przechodzący po za skorą. Kaliński był człowiekiem bez siły i charakteru, bojaźliwym a dumnym, pragnącym wzniesienia i płaszczącym dla niego; wymównym kłamcą i wzorowym pochlebcą; właśnie podobnego mu do traktowania potrzebowali Szwedzi...
Na wezwanie trębacza, otwarła się furtka i starosta z oczyma zawiązanemi, wprowadzony został sam jeden wewnątrz twierdzy.
W milczeniu prowadzono go korytarzami, i gdy chustka opadła mu z czoła, znalazł się w definitorium naprzeciw krzyża i obrazu Matki Boskiéj. Przeor siedział w krześle, kilku zakonników w stullach, kilku ślachty stali z boku. Kaliński miał zupełnie pozór obwinionego, którego stawią przed trybunałem. Spłoszony przez chwilę i nieuspokojony jeszcze po przejażdżce, opamiętał się rychło i odezwał słodkiém powitaniem.
Ukłon zbyt grzeczny by serdeczność zwiastował, odpowiedział mu na nie.
— Przychodzę tu już raz drugi, odezwał się starosta, ojcowie kochani, przychodzę z radą, z serdeczném napomnieniem. Nie myślcie by nas polaków nie kosztowało co czyniemy, ale przekonani jesteśmy, że się poświęcamy dla waszego dobra. Nasza tu przytomność tyle nas samych bolejąca, jest jakby ochroną od okropności jakieby was od szwedów spotkać mogły, gdybyśmy my między niemi a wami nie pośredniczyli, nie stali...
— Ale o cóż to idzie? panie starosto — spytał zimnem zagadnieniem, przerywając czułą mowę Kordecki.
— O cóż ma iść, jeśli nie o prędkie poddanie, kończył Kaliński łagodnie i z pozorem głębokiego uczucia. Zaklinam was, nie narażajcie się. Jestli to podobna, w kilkuset ludzi, przypuszczam nawet w tysiąc żołnierza, oprzéć się takiéj sile? Zmiłujcie się sami nad sobą, chciejcie zimniejszém okiem wejrzeć w to, co czynicie... Nieznacie Millera, niemacie pojęcia potęgi Karola Gustawa... niewierzycie może, że cała mu już Polska przysięgła...
— O! nie cała panie starosto, — oburzył się xiądz Kordecki — i da Bóg odprzysięgną się go tak rychło, jak mu przysięgali pospiesznie, nowi jego poddani.
Starosta zarumienił się, ale jakby tego nie brał wcale do siebie, mówił daléj:
— Nieznacie Millera, jest to wódz najbieglejszy, pełen przebiegłości, umiejętności, doświadczenia, energji, dowcipu... Łagodnie z nim postępując, dobry i łaskawy, przyjaciel polaków największy.
Pan Zamojski mimowolnie się rozsunął.
— Ta przyjaźń, rzekł nawiasem, jawna i dowodów niepotrzebuje, pełne są generalskie wozy polskich pamiątek; tak nas kocha, że zewsząd cóś zabiera...
— To są potwarze! to są potwarze! odparł starosta z ruchem deklamatorskim, to żołnierz winien nie wódz.
— Za żołnierza zawsze wódz odpowiada — wrzucił Miecznik.
— Wojna! czasy takie! — kończył niezważając Kaliński. — Powtarzam, Miller jest wódz wielki. Jego myślą, ubezpieczenie Polski od najazdów, bo taka wola dobrotliwego monarchy naszego Karola Gustawa — potrzebuje się tu umocnić na granicach Szląska i musi zająć Częstochowę, jedynie dla dobra całego kraju naszego. Poddanie się wasze jest nieuchronném, ale może być dwojakie: dobrowolne, a zatém łaskawe ze strony jego, lub zmuszone, więc gniewne i mściwe. Jeśli go rozdrażniemy...
— Nie mięszajmy spraw, panie starosto, — przerwał przeor poważnie, — raczcie mówić o nas z osobna...
Jakby niesłyszał, Kaliński ciągnął daléj.
— Jeśli go rozdrażnicie, stanie się srogim i nieubłaganym; ogniem i mieczem mścić się będzie. Parcere subjectis, sed debellare superbos, to prawidło wojenne. Wierzcie mi ojcowie, chwili niema do stracenia.
Wysłuchał téj mowy Kordecki dosyć cierpliwie, a gdy Kaliński skończył, odezwał się łagodnie.
— Jakim to prawem napadnięta została Częstochowa, powiedźcie mi, miłościwy panie, zkąd na to przyszły rozkazy?
— Jakto? — zawołał Kaliński zdumiony — jakim prawem, pytacie!...
— Bo my téj napaści nie pojmujemy i zrozumieć jéj powodu nie możem. Król Jmość Szwedzki, dodał z przyciskiem, nie tylko że tego nie rozkazał, ale wola jego była żebyśmy zostali spokojnie i bezpiecznie — wezmijcie i czytajcie.
To mówiąc podał staroście papier z wielką pieczęcią Karola Gustawa.
— Co to jest? co to? — zdumiony chwytając w drzące ręce podane pismo, zawołał Kaliński...
Był to list Karola Gustawa dany dnia 30 września w Kazimierzu pod Krakowem, zapewniający Częstochowie bezpieczeństwo od najazdów i napaści wojsk szwedzkich.
— Generał ma zapewne późniejsze rozkazy! — odparł przeczytawszy poseł.
— Ale że my o nich niewiemy, — rzekł przeor, — i sądzim że późniejsze piérwszym obietnicom przeciwne być niemogą, mamy więc Millera za rabusia i napastnika.
Starosta się ofuknął zapyrzony.
— To więc cała wasza odpowiedź? — rzekł po chwili.
— Cała i bardzo prosta, — odpowiedział przełożony.
— Poślijcież sobie z nią zakonników swoich, — zawołał starosta, — bo ja jéj nie poniosę.
— Ojcowie? którzy się z was ofiarują? — spytał Kordecki.
Wszyscy prawie przytomni okazali gotowość, a z nich dwaj Tomicki i Mielecki wskazani zostali przez przeora i natychmiast, odebrawszy instrukcję, wyszli do obozu. Kaliński usiłując jeszcze kilkakroć i różnemi sposoby niepokonanych zastraszyć zakonników, odszedł nakoniec kwaśny i gniewny.
— Wkrótce tu inaczéj przyjdziemy! — zamruczał dumnie, zatrzaskując drzwi sali.
Gdy białe suknie Paulinów ukazały się od twierdzy, Miller, który swoich szykował właśnie, na wskazanych mu przez Wejharda mnichów spójrzał z tryumfem i dumą.
— A przecież, — rzekł, — idą — opamiętali się nareście. Wejhard tylko się uśmiechnął.
— Byłem tego pewny generale, długo opierać się myśli nawet nie mają, to proste i jasne niepodobieństwo.
Wysłano zaraz kilku żołnierzy i wkrótce ojciec Marcelli Tomicki stanął przed szwedem, który siedząc na pniaku pokrytym kobiercem z herbami polskiemi, zabierał się uroczyste dać posłuchanie.
— No, cóż powiecie? — spytał spoglądając na nich wzrokiem pańskim i onieśmielić pragnącym.
Przyszliśmy, — odparł xiądz Tomicki, — wyrazić waszéj Excellencji podziwienie nasze: nie możemy pojąć, co znaczą piérwszy i drugi teraz napad tak gwałtowny na klasztor nasz, wbrew wyraźnéj woli króla J. M. Szwedzkiego, którego listy zapewniają nam spokój i bezpieczeństwo. Niemożemy w was uznać wodza szwedzkiego, gdy idziecie przeciwko rozkazom wyższym; a tém mniéj traktować z wami nie możemy, zastanawiając się...
Jeszcze tych słów niedokończył xiądz Tomicki, gdy Miller jak piorunem rażony z siedzenia się pochwycił.
— Co to jest? — krzyknął, — słyszysz hrabio (na Wejharda spadało wszystko, on stał jak osłupiały) — Wy śmiecie mi to powiedzieć, że niechcecie traktować ze mną! że mnie nie uznajecie wodzem! Wiecie że władza moja jest nieograniczona niczém, że z buntownikami mogę się wszędzie rozprawić i karcić ich jak mi się podoba, i że gdybym was obu na suchéj wierzbie powiesić kazał, włos-by mi za to niespadł z głowy.
— Panie generale, rzekł Tomicki, nie buntujemy się wcale, nie przez zuchwalstwo to mówiemy, jątrzyć was zapewne ani byśmy chcieli, ani pora; ale rzecz jest wielkiej wagi, potrzebuje namysłu, wymaga ostróżności. Mamy listy bezpieczeństwa, które składamy, mamy wyraźną wolą monarchy...
— A jaż to jego woli nie jestem dla was wiarogodnym tłumaczem? — zawołał Miller w gniewie.
Zakonnicy zmilkli, generał odwrócił się ze złością od nich i rzekł:
— Idźcie sobie! idźcie, ale zapowiadam wam, że tu kamień na kamieniu nie zostanie, ani się wasze bałwochwalskie świętości obronią moim działom — Precz!
Tak odprawiwszy mnichów, ledwie odeszli, wpadł na Wejharda:
— Słyszałeś hrabio — zakrzyczał z gniewnym śmiechem, słyszałeś to zuchwalstwo wygolonych pałek, ja się mam przed niemi tłumaczyć! ja usprawiedliwiać z tego co czynię! To nie są mnisi, to nie bojaźliwi starce jakiemiście mi ich wyobrażali, nie zdzieciniali ludzie, ale przebiegli i chytrzy zwodziciele i oszusty...
Ogień tymczasem w ciągu tych parlamentacji z obustron nieustawał, ale dziwnym skutkiem położenia wojsk i klasztoru, spiesznego urządzenia się szwedów, kule ich dnia tego rzadko dosięgały twierdzy Jasno-Górskiéj, żadnéj w niéj nie czyniąc szkody, a oblężeni puszkarzami swemi jakkolwiek mniéj doskonałemi, spaliwszy w nocy folwark, zrana, ostatki Częstochówki, kładli trupa co chwila. Niemożna tego jednak było wcale przypisywać Wachlerowi, który niechętnie koło dział chodził, mruczał poglądając na potęgę szwedzką, źle wróżąc klasztorowi, z musu tylko spełniając rozkazy.
Już się zbliżał wieczór, gdy generał wydyszawszy się, wyłajawszy w koło kto mu się na oczy nawinął, kazał szukać w skrzyni papierów ordynansu królewskiego, polecającego mu zająć Częstochowę, Bolesławice, Wieluń i Krzepice razem. List to był dawnéj daty, bo Szwedzi nie od dziś w Krzepicach i Wieluniu siedzieli, a zatém poprzedzał późniéj wydany dla Paulinów w Kazimierzu; ale nie został odwołany. Zawsze do posyłek używając polaków, Miller i tą razą niejakiego Kuklinowskiego z regimentu konnego, pchnął z nim do klasztoru, choć się ten nieco od honoru poselstwa wymawiał i składał różnemi racjami, byle nie iść do Częstochowéj — kazano jednak, musiał.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.