Kroniki lwowskie/39

<<< Dane tekstu >>>
Autor Jan Lam
Tytuł Kroniki lwowskie
Podtytuł umieszczane w Gazecie Narodowej w r. 1868 i 1869, jako przyczynek do historji Galicji
Pochodzenie Gazeta Narodowa Nr. 228. z d. 4. października r. 1868
Wydawca A. J. O. Rogosz
Data wydania 1874
Drukarz A. J. O. Rogosz
Miejsce wyd. Lwów
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
39.
Tygrysica lwowska. — „Publika“ szuka odwetu na żydach. — Czas gniewa się na Gazetę Narodową i Dziennik Poznański za verba veritatis. — Zarzuca niejasność stanowiska i złą wiarę. — Brak kompletu w sejmie do zmiany ustawy wyborczej.

Rozebrano bramę tryumfalną; kontusze, karabele i kołpaki schowano ad feliciora tempora, i nie pozostaje nam nic, jak tylko pocieszać się słowami woźnicy cesarskiego, który wyjeżdżając z Krakowa napowrót do Wiednia, tak się wyraził do publiczności, ubolewającej nad wstrzymaniem przyjazdu cesarza i cesarzowej: „Nie róbcie sobie panowie nic z tego; my (t. j. dwór i służba cesarska) byliśmy pięć razy w Peszcie i pięć razy wracaliśmy, a za szóstem razem cesarz tam przecie przyjechał”. Mimo tej pociechy, brak dobrego humoru mocno czuć się daje w królestwach Galicji i Lodomerji. Konserwatyści gniewają się, że sejm poszedł za daleko; opozycja gniewa się także, choć w gruncie sama nie wie, czemu się gniewa. Jeszcze płeć piękna, należąca do tego ostatniego stronnictwa, ma przynajmniej słuszne powody do gniewu. I tak n. p. małżonka pewnego tygrysa lwowskiego, która miała wszelkie szanse być zaproszoną na bal, dawany dla cesarza, rzekła onegdaj mężowi swojemu; „Oj ty, ty, teraz powinniby ciebie powiesić na tej bramie, którą niepotrzebnie postawili! A trzeba ci było podpisywać jakieś tam petycje, wykrzykiwać na sejm i chodzić na te głupie zgromadzenia demokratyczne? Po co, pytam, po drugą głowę może? A na co tobie drugiej głowy, kiedy ta dosyć twarda!“ Przy tej sposobności jejmość dobrodziejka dla stwierdzenia słów swoich, szybkiem poruszeniem ręki, sprowadziła znajdującą się na Stole sośniczkę fajansową w styczność z czaszką jegomości. Próba powiodła się doskonale, sośniczka rozleciała się w kawałki, a głowa wytrzymała pocisk bez wielkiego szwanku. Niemniej dobrze udały się próby następne, do których jejmość dobrodziejka użyła różnych talerzy, flaszek i t. p. projektyliów, póki jegomość zniecierpliwiony nie wyszedł na ulicę, przypatrywać się, jak tam zasady demokratyczne, datujące się od czasu konfederacji barskiej i od czasu przystąpienia niektórych obywateli miejskich do Towarzystwa narodowo-demokratycznego, objawiły się w całej pełni i okazałości ku pożytkowi szklarzy lwowskich. Było-to bowiem we czwartek wieczór, w chwili gdy, mówiąc słowami Organu demokratycznego, „publika“, szukając odwetu za zawód, sprawiony jej przez Radę miejską, wybijała okna żydom. Jegomość wyszedłszy na ulicę, przypomniał sobie swoje młode lata, i gdyby nie powaga wieku i senatorskiego prawie urzędu, którą czuł w sobie, byłby się z duszy przyłączył do niewinnej zabawki, jakiej pozwalało sobie przyszłe pokolenie rajców i ławników miasta. Ale i tak czuł on się zadowolonym: za każdy guz matrymonialny, który mu przysporzyła opozycja, wylatywała z brzękiem na ulicę — szyba żydowska. Żydzi odpowiadali za ministerjum, za niedojście do skutku podróży cesarskiej, za wszystkie grzechy „większości“ i za żarty, których dopuszcza się czasem kronikarz Gaz. Nar. na rachunek „opozycji“. — Kogoś trzeba raz było wybić za to wszystko — demokracja uliczna uchwaliła: trzeba wybić żydów!
Nietylko tedy pp. Torosiewicz i Krzeczunowicz w sejmie, nietylko pp. Dąbrowski i Armatys w Towarzystwie narodowo demokratycznem, i nietylko książę Sanguszko w Izbie przedlitawskich panów, ale i „lud“ oświadczył się onegdaj przeciw równouprawnieniu żydów „w praktyce“. Nadużywam ja tu wprawdzie wyrazu „lud“, ale brak mi słowa, by nazwać inaczej zgraję pauprów, wybijającą szyby po ulicach, a nie użyć wyrazów tak niepostępowych i niedemokratycznych, jak „motłoch“ albo „pospólstwo“? Od kiedy dr. Malisz senior wynalazł zupełną równość pod względem nazw i tytułów, ustała wszelka różnica między motłochem a wyższemi warstwami demokracji narodowej; a od kiedy p. Malisz junior wynalazł nową metodę pozbywania się przeciwników politycznych za pomocą „silnej dłoni i gromkiego głosu“, niema w tem nic dziwnego, że młodsi bracia w Proudhonie próbują podobnej taktyki parlamentarnej wobec tych, których nie lubią. Jeżeli u p. majstra najsilniejszym argumentem jest pięść, dlaczegóż chłopiec terminujący niema wybijać szyb żydom, w dowód swojego złego lub dobrego humoru? Mówią, że ryba śmierdzi od głowy, tak też i „wzburzone fale ludu“ śmierdzą od tych bałwanów, co są u góry. Zaiste trudno wymagać od zgrai ulicznej rozsądku i zmysłu politycznego, póki przymiotów tych niema tam, gdzie powinno być więcej światła. Dziś jeszcze niektórym politykom naszym zdaje się, że można wstrzymać prąd czasu za pomocą przepisów ograniczających, i że przestalibyśmy może istnieć, gdyby dobroczynne prawa nie ochraniały nas, 4,400.000 chrześcian, od przewagi: 600.000 żydów. Każą żydom, zrzec się odrębności, a stanowią dla nich odrębne ustawy, przypominają im na każdym kroku, że są żydami. Posłowie, którzy przemawiali w sejmie przeciw zniesieniu ograniczeń, ścieśniających obywatelskie prawa żydów w gminie, nie domyślają się zapewne, że mowy ich, czytane w szynkach i po warstatach, oddziałają tam w sposób szkodliwy dla całej naszej sprawy, że wzmogą rozdrażnienie w tych klasach ludności, które nie mają dziś światła, by zrozumieć argumenta, wytaczane przeciw żydom, inaczej, aniżeli tak, że aby się ochronić od przewagi żydów, trzeba im dać czuć jak najdotkliwiej przewagę chrześcian. Jedno tylko powinno pocieszać żydów, to, że ekscesa uliczne we czwartek były tylko skutkiem przypadku i nie były wyłącznie przeciw nim skierowane. Wybijano okna i chrześcianom, — był to dzień, a raczej wieczór, powszechnej zemsty. Dostało się np. między innymi właścicielowi handlu towarów żelaznych, który odmówił był kredytu jakiemuś ślusarzowi, i odpokutował to utratą kilku szyb; dostało się nawet budynkowi, gdzie się mieści c. k. policja. Pośrednim powodem wszytkich tych opłakanych ekscesów, był fałszywy krok Rady miejskiej, która za późno uchwaliła odstąpić od zamierzonego pochodu na cześć hr. Gołuchowskiego. Chociaż namiestnik prosił, by zaniechano tej demonstracji, nie należało już cofać się, gdy kilkunastotysięczne tłumy zalegały miasto. Gdyby pochód przyszedł był do skutku, wszystko byłoby się odbyło w największym porządku; tak zaś gawiedź, po części podżegana przez pokątnych agitatorów, a po części z nudów i swawoli rozpoczęła burdę, która mogła przybrać rozmiary większe, gdyby żydzi ze swojej strony nie byli się zachowali biernie. Umiarkowanie to ze strony żydów jest tem godniejsze uznania, że dotknięci byli do żywego w swych uczuciach religijnych z powodu, iż ulicznicy nie oszczędzili i synagogi, znajdującej się na Nowej ulicy. Prawa polskie chroniły świątynie żydowskie od podobnych napaści nadzwyczaj ostremi przepisami, a gdybyśmy żyli za czasów Rzeczypospolitej, gmina byłaby surowo pociągniętą do odpowiedzialności za podobne wybryki swoich członków i musianoby srodze ukarać winowajców. Należałoby życzyć, aby i dziś swawola tego rodzaju została dotkliwie skarconą. A ponieważ głównego kontygiensu do podobnych zajść ulicznych dostarczają warstaty, więc jest to obowiązkiem pp. majstrów, by dobrym przykładem, napomnieniami i powagą swoją wstrzymywali młodzież rzemieślniczą od wybryków, które nietylko same przezsię są karygodne, ale jeszcze w dodatku dla przeciwników naszej sprawy stanowią pożądany materjał do oszczerstw, miotanych na cały nasz naród. Mniemam, że gdyby pp. Armatys i Dąbrowski połowę tej elokwencji, której dają dowody w kwestji ograniczenia liczby radnych żydowskich, użyli do tego, by współobywatelom swoim wyjaśnić ohydę i złe skutki nietolerancji religijnej, przysłużyliby się daleko więcej i miastu i sprawie narodowej, niż teraz, opierając się zniesieniu ograniczeń, mających teoretyczne tylko znaczenie. Jest to bowiem hipokryzją, jeżeli niektórzy mówcy twierdzą, iż w zasadzie są za równouprawnieniem żydów, ale w praktyce nie mogą tego dopuścić, bo nie są Polakami Właśnie należałoby w zasadzie, to jest w paragrafie statutu, przyznać żydom równe prawa, a w praktyce wolno potem nie wybierać nie-Polaków do, Rady miejskiej lub na posadę burmistrza.
Na zakończenie całej tej sprawy żydowskiej wypada mi jeszcze skonstatować, że Organ demokratyczny przyznaje się teraz sam do autorstwa pomysłu wyprawienia pochodu na cześć hr. Gołuchowskiego, powiada bowiem, że „charakteryzującą źródło owego pochodu jest okoliczność, iż na przedmieściach lwowskich poruszono proletarjat uliczny w celu zgromadzenia się o godzinie 8ej wieczór przed ratuszem“. Ktokolwiek zna choćby ze słyszenia stosunki lwowskie, ten wie, że w najbezpośredniejszych stosunkach z proletarjatem ulicznym zostaje właśnie Organ demokratyczny, i że nikt inny nie mógł go „poruszyć“, jeżeli go w ogóle kto poruszał.
Ogólny zły humor galicyjski udzielił się także Czasowi. Starowina gniewa się na Gazetę i na Dziennik Poznański, że go napominały, by po zapadłej uchwale sejmowej schował do kieszeni swoje, na każdy sposób przynajmniej spóźnione rady. Jeżeli Czas ma jaki powód do gniewu, to chyba ten, że wraz z nim napominano i opozycję do poddania się pod uchwałę większości. Zestawienie to dwóch skrajnych stronnictw w dziennikarstwie naszem, było rzeczywiście nieco ubliżającem dla Czasu, i możnaby na przyszłość nie robić mu więcej tej krzywdy. W ogólności dzienniki polskie powinneby przyzwyczaić się, nie brać do wiadomości tego, co wobec każdorazowej konstelacji politycznej plecie Piekarski na mękach, pokutujący w szpaltach Organu demokratycznego.
Jak z jednej strony mało ważą na szali wypadków fantazje i brednie tego rodzaju, tak znowu trudno zaprzeczyć, że i najlogiczniejsze wywody, zmierzające dalej niż poszedł sejm, nie osłabiałyby bynajmniej stanowiska, jakie tenże zajął wobec centralistów. Wszystkie zaś głosy lękliwe, konserwatywne, mogą być przez przeciwników naszych tłumaczone tak, że w kraju jest stronnictwo, które nie chce domagać się zmiany konstytucji, i tylko radeby w adresie wypowiedzieć kilka ogólnikowych, nic nieznaczących frazesów o potrzebie samorządu. Dlatego też mało zależy na tem, czy Organ demokratyczny poczuje się w tej chwili do obowiązku solidarności lub nie, a ważnem byłoby, ażeby Czas nie pomnażał szeregu dzienników, piszących w interesie rajchsratu i ministerwa. Czas zarzucił Gazecie, że zachowanie się jej podczas ostatnich obrad było niejasne! Jest to fałsz. Jeszcze przed otwarciem sejmu Gazeta kreśliła swoje stanowisko w kilku artykułach, które były nawet podane w streszczeniu przez dzienniki wiedeńskie jako program „umiarkowanego“ stronnictwa polskiego. W artykułach tych wykazano obszernie, że Galicja potrzebuje przynajmniej takiego samorządu, jaki uzyskała Kroacja, i że o zmianę konstytucji w tym duchu powinniśmy się upominać u Rady państwa, t. j. nie pomijając form parlamentarnych, utworzonych przez konstytucję grudniową. Właśnie ta potrzeba zastosowania się do form parlamentarnych, konstytucyjnych, sprawiła, że sejm nie wyszczególnił swoich żądań w adresie, ale w rezolucji. Rezolucja ta nie zawiera wprawdzie nigdzie wyrazu „Kroacja“, bo stały temu na przeszkodzie skrupuły różnych członków komisji, ale punkt za punktem wyszczególnia te same żądania, które Gazeta postawiła wówczas, nim jeszcze Smolce „wyrwał się“ jego wniosek i nim Czas i hrabia Potocki zwrócili uwagę na to, że coś będzie trzeba powiedzieć w sejmie o stanowisku kraju. Gazeta może tedy śmiało twierdzić, że stała od początku na stanowisku, zajętem później przez większość sejmową, a Czas tego nie może powiedzieć o swojem stronnictwie. Niedawno jeszcze utyskiwał organ krakowski bardzo głośno na ustawy wyznianiowe, uchwalone przez Radę państwa, a w sejmie hr. Potocki chwalił szczodry wymiar wolności indywidualnej, zawarty w konstytucji grudniowej. Między konserwatywnym organem o konserwatywnym posłem, zaszła tedy sprzeczność zdań pod tym względem, i śmiało rzec można, że ten Czas, który wychodził przed zebraniem się sejmu i widział nie już kraj, ale społeczeństwo ludzkie, zagrożone uchwałami rajchsratu, a Czas, adoptujący dziś zdania hr. Potockiego, to dwa pisma odmiennej zupełnie barwy. Tamto patrzało więcej na Vaterland, a to wygląda tak Verfassungstreu, jak gdyby czerpało natchnienia swoje z ministerstwa. I taką to niekensenkwencję Czas, jak zwykle, chce zasłonić konceptem, niezmiernie już oklepanym — zarzuca złą wiarę drugim!
Ławy sejmowe zaczynają się przerzedzać, niektórzy pp. posłowie sprzykrzyli sobie już pracę około spraw publicznych i wyjechali ze Lwowa. W takich okolicznościach, trudno będzie o komplet do uchwalenia zmian w ordynacji wyborczej. Otóż jeszcze jedna z najżywotniejszych spraw krajowych, odłożona ad feliciora tempora!

(Gazeta Narodowa, Nr. 228. z d. 4. października r. 1868.)





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Jan Lam.