Macocha (de Montépin, 1931)/Tom III/VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Macocha
Podtytuł Powieść
Data wyd. 1931
Druk Sz. Sikora
Miejsce wyd. Warszawa — Kraków — Lwów
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Marâtre
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VI.

Czytelnicy nasi zapewne zapominają sobie, że córeczka Teresy znajdowała się w fermie Commele i że córka leśnika, której mąż był także leśnikiem, była jej mamką.
Każdego dnia, skoro tylko pogoda sprzyjała, Teresa zwykłe po południu przychodziła odwiedzać swe dziecię, i wziąwszy je na ręce, wraz z mamką, przechadzała się pod cieniem rozłożystych drzew nad brzegiem stawu. Czasami usiadłszy na gęstym mchu, miękkim jak aksamit, bawiła się z swą pieszczoszką, wyciągającą do jej ust swe rączyny drobne, albo śpiewając piosnki, kołysała ją i usypiała na rękach.
Zbliżał się koniec października. Jesień była prześliczna i wyjątkowo ciepła, słońce rzucało na czyste niebo swe jasne promienie, i lekki wietrzyk orzeźwiał powietrze. Gaston dla załatwienia interesów odjechał do Paryża.
Teresa, korzystając z jego nieobecności, postanowiła wcześniej niż zwykle udać się do Commelle, dla odwiedzenia swej córeczki. Budynek, stanowiący fermę, składał się z parteru, zajmowanego przez ojca leśnika, i piętra będącego mieszkaniem mamki i jej męża. Do parteru przylegały obszerne szpichlerze. Budynek stał pośrodku wielkiego dziedzińca, otoczonego murem, za którym w odległości dwudziestu pięciu kroków, nad brzegiem strumyka, wznosiła się kępa starych wiązów i jesionów, tworząc po środku miejsce puste, jak gdyby wielką salę otoczoną zielenią. Pośród nich na pniach po ściętych, drzewach urządzony był stół z desek.
Gdy Teresa przybyła do fermy, siedziało właśnie przy tym stole kilku mężczyzn, ubranych starannie i zabawiających się rozmową. Pomiędzy zebranemi wyróżniał się jeden, którego towarzysze słuchali ze czcią prawie religijną. Człowiek ten spostrzegłszy przechodzącą o kilkanaście kroków osobę, zwrócił wzrok ku niej machinalnie, lecz nagle urwał rozpoczęty frazes i powstawszy z krzesła, śledził ją oczyma, dopóki nie znikła po za drzwiami budynku.
Zdziwienie jego zwróciło na się uwagę to warzyszy.
— Co pana tak zajęło, panie Touret? — zapytał jeden z gości.
— Nic... nic... — odrzekł Mioduś, siadając.
Ale wrażenie wywołane na twarzy jego, nie zgadzało się z tą odpowiedzią.
— Nie... nie mylę się... — myślał. — Nie mogę się mylić! Ta młoda kobieta, która weszła do fermy, jest właśnie tą samą, której fotografję mam w pugilaresie. To ona... a ja ją miałem za umarłą... Tak, to córka Roberta Daumonta... Trudno, by inna osoba była tak podobna... To ona...
— No, wypijmy jeszcze po kieliszku i rozejdźmy się — rzekł głośno. — Mamy jeszcze kilka godzin do zachodu słońca, skorzystajmy więc z nich... i każdy w swoją stronę. Z raportami przyjdziecie do Compiégne o godzinie dziewiątej.
Słowa Toureta były rozkazem; powstali pożegnali się i każdy udał się w swoją stronę. Jeden Joachim nie opuścił stołu.
W kilka godzin później Teresa, niosąc Paulinkę na rękach w towarzystwie mamki wyszła z fermy i skierowała się na drogę ciągnącą się wzdłuż stawu.
Touret po raz drugi miał sposobność przypatrzeć się jej z całą uwagą.
— Nie, nie mylę się — mówił do siebie, wyjąwszy z kieszeni daną mu przez Daumontów fotografję, i wpatrując się w nią z uwagą. — To Teresa. Co za szczególne spotkanie! Będę miał dobrą nowinę dla jej rodziców. Idąca z nią mamka jest żoną leśnika, przez nią łatwo dowiem się o wszystkiem.
Zastukał trzonkiem w stół, i za chwilę nadbiegła matka Małgorzaty.
— Pan mnie wołał?
— Tak, kochana pani. Chciałbym zapłacić należność i zapytać się o rzecz jedną...
— Jaką?
— Wszak to wasza córka przeszła dopiero z jakąś młodą panią?
— Tak, to Małgorzata.
— A dziecko, co ta pani niosła na ręku, czy to jest córki waszej?
— Nie, to tej pani.
— Czy ta pani mieszka w tej okolicy?
— Tak, w Montgrèsin, z mężem. Bardzo dobrzy i uczciwi ludzie, wszyscy ich tu kochają i szanują.
— Czy kupili tam dom?
— Nie zajmują domek oberżysty Pascala.
— Czy ta młoda pani nie ma czasem na imię Teresa?
— Tak. Czy pan ją może zna?
— Zdaje mi się, że gdzieś ją spotykałem. A czy nie wiesz pani czasem jej nazwiska?
— Nie wiem.
— To może nazwisko męża?
— Gaston Dauberive.
— Czy dawno już tu mieszkają?
— Chyba nie więcej niż rok...
— W takim razie omyliłem się... Wprowadziło mię w błąd podobieństwo... Ile się należy?
— Czterdzieści ośm franków.
Touret wyjął pieniądze, i płacąc, zapytał z udaną obojętnością:
— Czy ta młoda pani często tu przychodzi?
— Codzień. Gdyby nie widziała swej córeczki rozchorowałaby się. To dobra matka.
— Do widzenia, kochana pani — rzekł Touret i odszedł w stronę stawu.
— No teraz już jestem pewnym — mówił do siebie, zacierając ręce z zadowoleniem — Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że odszukałem nareście Teresę Daumont. Ten Gaston Dauberive jest właścicielem spinki znalezionej w jej pokoju i oznaczonej cyframi G. D.
Doszedł do stacji Orry-la-Ville, wsiadł do pociągu i odjechał do Paryża. O godzinie czwartej dzwonił już do mieszkania Daumontów. Eugenja, usłyszawszy z przedpokoju głos jego, podeszła i zaprosiła go do salonu.
— Cóż za wypadek szczęśliwy sprowadza pana do nas? — zawołał Robert Daumont, Witając Toureta.
— Zaraz powiem, lecz przedewszystkiem poproszę panią, by raczyła się przekonać, czy drzwi są zamknięte; tego bowiem co mam powiedzieć nikt nie powinien słyszeć.
Eugenja zaintrygowana temi słowami, poszła przekonać się, poczem wróciwszy do salonu, zapytała:
— Cóż się stało więc? dlaczego taka tajemnica?
— Dlatego, że wyznanie, jakie mam uczynić, jest bardzo przykre dla mojej miłości własnej.
— Wyznanie?
— Tak. Jestem głupcem, idjotą, kretynem i zaczynam się przekonywać, że nie znam nawet abecadła mojego fachu. Ta myśl przejmuje mię wstydem... Rzecz była jasna jak słońce, że córka państwa, po ucieczce z domu, nie mogła pozostać w Paryżu bez narażenia się na niebezpieczeństwo spotkania z wami lub z kimś znajomym, jeśli tylko nie chciała pozostawać ciągle w ukryciu. Musiała więc wyjechać z Paryża... to było widoczne, a jednak ja, głupie bydlę nawet nie pomyślałem o tem. Nie przyszło mi na myśl, że pierwszem pragnieniem zakochanych było ukryć swą miłość i szczęście w jakimś zakątku spokojnym, w jakiejś chatce w lesie, i jak osieł, zamiast poszukiwać na prowincji, przetrząsałem cały Paryż.
I wypowiedziawszy to jednym tchem prawie, na chwilę umilkł.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.