Maleńka Dorrit/Część II/Rozdział X

<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Maleńka Dorrit
Podtytuł powieść
Data wydania 1925
Wydawnictwo Książnica - Atlas
Druk Zakłady graficzne „Książnica-Atlas“
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Tłumacz Cecylia Niewiadomska
Tytuł orygin. Little Dorrit
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron


ROZDZIAŁ X: ODSZUKANY.

Towarzysze niedoli nie powzięli dla Clennama życzliwości, nie potrafił zyskać tu dobrej opinji. Nazwano go dumnym, gdyż unikał towarzystwa, szukał samotności w czterech ścianach swego pokoju, nie bywał na zebraniach w więziennej kawiarni i stawał się posępnym, milczącym, leniwym, ulegając wpływom zamknięcia.
Od czasu uwięzienia upłynęło już prawie dwa i pół miesiąca, a w życiu jego nic się nie zmieniło, i sprawy, przez pana Rugga prowadzone, nie obiecywały pomyślnego rezultatu. Gorliwy prawnik wraz z Pancksem robili, co było w ludzkiej mocy, aby ocalić Doyce’a. Rugg nalegał usilnie, aby Clennam przynajmniej pozwolił się przenieść do królewskiego więzienia za długi, gdzie warunki bez porównania były lepsze, lecz Artur z uporem odmawiał, choć zdrowie jego cierpiało widocznie i budziło obawy życzliwych mu ludzi.
Pewnego dnia usłyszał obce kroki na schodach i nieznane stukanie do drzwi. Artur obojętnie odezwał się:
— Proszę!
W tej samej chwili drzwi otwarły się z hałasem i na progu z zuchwałą miną ukazał się Blandois.
Salve! — zawołał. — Życzyłeś pan sobie podobno mię widzieć... i otóż jestem!
Clennam nie zdołał jeszcze zebrać myśli, kiedy weszli za przybyłym Pancks i Cavaletto. Obydwaj poraz pierwszy byli tu u Artura. Pancks sapał, chrapał, świstał, zdradzając temi głosami wzruszenie, Jan Babtysta usiadł na ziemi przy progu i nie spuszczał z oka Blandois.
Altro, jest, — rzekł z uśmiechem głębokiego zadowolenia, zwracając się na chwilę do Artura — znalazłem! Znalazłem, choć się chował jak ten kret pod ziemię. Ale znalazłem, altro! Rozpytywałem Włochów, Francuzów i Niemców... nikt, nikt go nie znał. Usłyszałem wreszcie, że w jednym domu ukrywa się siwy jegomość. Siwy jegomość! No, i dopilnowaliśmy go razem z panem Pancks. To on... i musiał przyjść.
— Tych dwóch warjatów doprowadziło do tego — rzekł pogardliwie Blandois — ale kto na tem skorzysta, pytanie.
— Złowieszczy ptaku — wyrzekł Artur z oburzeniem — więc rozmyślnie chciałeś na dom mojej matki rzucić podejrzenie? I poco? Dlaczego? Skąd ci przyszła do głowy taka nikczemna komedja?
— Ciekawość! ha, ha, ha! Radzę ci... ostrożnie, panie Arturze Clennam, żebyś gwałtownością nie skompromitował swej szanownej mamy.
— Milcz, oszczerco i podły tchórzu! — krzyknął Artur — Nie wyobrażaj sobie, że nie mam dość siły, aby zrzucić cię ze schodów. Rozkazuję ci mówić, czego chcesz od mojej matki, w jakim celu wymyśliłeś ten ohydny podstęp.
Blandois zbladł i stracił wyzywającą zuchwałość, lecz po chwili pogłaskał wąsa i przemówił spokojniej, siadając bez zaproszenia na krześle.
— Jestem szlachcicem, mój panie, i basta. Zawsze nim pozostanę, bez względu na grubjaństwa ludzkie. A teraz do stu katów, jeśli chcesz wiedzieć prawdę, postaw butelkę wina. Inaczej nie usłyszysz ani słowa.
Artur ze wzgardą rzucił pieniądz na stół i spojrzał na Cavaletto, lecz ten potrząsnął głową, widać było, że nie odstąpi zwierzyny, którą z takim trudem wytropił. Więc Pancks zbiegł ze schodów, aby spełnić polecenie.
Dzięki miejscowej kawiarni butelka szybko znalazła się na stole.
— Ha, ha, ha! — śmiał się Blandois — dużą szklankę! Szlachcic rodzi się na to, aby mu usługiwano — i przesunął po wąsach białą ręką. — Otwartość była zawsze cechą mego charakteru — zaczął, napełniając drugą szklankę. — Dlaczego nie mam mówić? Użyłem podstępu? Prawda, dobry sposób, choć popsułeś go nieco, mój ciekawy panie. O co chodzi? Mam piękny towar do sprzedania, cenny, ciekawy towar. Powiedziałem o nim pańskiej szanownej mamie i nałożyłem cenę. Ale szanowna mama była w targu trochę uparta, słowem, poróżniliśmy się. Więc dla rozmaitości postanowiłem... zniknąć. Zabawna myśl, nieprawdaż? Musieli się cieszyć i szanowna mama, i mój stary przyjaciel, Flintwinch!
— Do rzeczy, panie Rigaud — przerwał surowo Clennam.
Blandois zadrżał i rzucił nań spojrzenie, w którem walczyły z sobą strach i wściekłość. Lecz wychylił znów szklankę wina i roześmiał się głośno.
— Ha, ha, ha! pyszny koncept. Jeszcze trochę i byłbym się napewno doczekał ogłoszenia, że wiadoma osoba może przyjść w wiadomej sprawie, gdyż jej warunki zostały przyjęte. Ale to djabli wzięli. Ja sobie poradzę, ale czego pan więcej chcesz ode mnie?
Artur uczuł w tej chwili cały ciężar murów więziennych, krępujących jego swobodę. Powinien był działać, a miał związane ręce.
— Jeszcze uprzedzam pana, panie filozofie, że byłoby lepiej dla ciebie nie mieszać się zupełnie do tej sprawy — dodał złośliwie Rigaud, mrużąc oczy i kryjąc nos pomiędzy wąsy.
— Jedno jest wyjaśnione — odezwał się Artur — że pan żyjesz. To rzecz najważniejsza. Są świadkowie, którzy zaprowadzą pana do pierwszego policjanta i zagadka zniknięcia będzie wyjaśniona.
— Nikt mnie nie zaprowadzi do żadnego policjanta! — zawołał z oburzeniem Rigaud. — Niech was djabli wezmą z waszymi świadkami, bez nich przedstawię się, komu potrzeba, i dam świadectwo, o które wam chodzi. Kontrabandzista, pióra i papieru!
Cavaletto wypełnił rozkaz według wskazówek Artura, a Blandois, uśmiechnąwszy się złowrogo i podnosząc wysoko wąsy, zaczął pisać:

„Wielmożna pani Clennam.
Czekam odpowiedzi.

Więzienie Marshalsea.
Pokój Artura Clennam.

Szanowna i droga pani. Z głębokim żalem dowiedziałem się od syna pani, który odszukał mię z pomocą szpiega, iż szanowna pani niepokoiła się o moje życie. Pospieszam zatem stwierdzić, że jestem zdrów zupełnie.
Pospieszyłbym na skrzydłach do szanownej pani, gdybym był przekonany, że jest zdecydowana na przyjęcie proponowanych przeze mnie warunków. Ponieważ jednak mam co do tego wątpliwości, oświadczam, iż po stanowczą decyzję zgłoszę się za dni osiem od daty dzisiejszej, i jeśli nie porozumiemy się wówczas, spadną na szanowną panią wszystkie nieuniknione następstwa tego zbytniego uporu.
Odkładam zakończenie interesu, aby szanownej pani pozostawić czas do przygotowania warunków, któreby zadowoliły nas oboje. Ponieważ jednak niezależnie od swojej woli pozbawiony zostałem dotychczasowego schronienia, wymagam zwrotu kosztów życia hotelowego przez ten tydzień.
Proszę przyjąć, droga i szanowna pani, wyrazy głębokiego poważania.
od Rigaud-Blandois.
Serdeczne pozdrowienie najdroższemu przyjacielowi Flintwinchowi przesyłam, całuję rączki jego przezacnej małżonce“.


Odczytał ten list głośno, złożył, zaadresował i rzucił Cavaletto, aby go odniósł natychmiast. Lecz Jan Babtysta nie ruszył się z progu. Pancks wyręczył go znowu.
Blandois zapalił papierosa i puszczając kłęby dymu, usiłował zawiązać rozmowę. Artur jednak nie odpowiadał, zanadto był zajęty własnemi myślami.
Więc zaczął nucić znowu włoską ludową piosenkę, a Cavaletto wtórował mu pomimowoli.
W kwadrans Pancks był z powrotem, prowadząc za sobą Flintwincha, ale te piętnaście minut wydawały się Arturowi godzinami.
Na widok Jeremjasza Blandois podskoczył, chwycił go za szyję i obrócił wkółko, zanim Flintwinch zdołał usunąć się od tych karesów.
— Odpowiedź! wołał Rigaud Dawaj żywo!
— Kartka do pana Artura — rzekł starzec, podając mu kawałek papieru, na którym pani Clennam napisała:
„Zrujnowałeś się sam, dlaczego chcesz rujnować innych? Jeremjasz Flintwinch jest moim posłem i przedstawicielem“.

„Kochająca cię M. C“.

Artur przeczytał bilecik i rozdarł.
— No, Flintwinch, gdzież odpowiedź? — powtórzył natarczywie Rigaud.
— Pani Clennam ma ręce chore, więc przesyła odpowiedź ustną. Chciała powiedzieć, że zgadza się na pańskie warunki i prosi o przybycie za osiem dni, licząc od dzisiaj.
— Bardzo pięknie! — zawołał Rigaud, wybuchając śmiechem. — Zdaje mi się, że teraz jestem wolny. Z drogi, kontrabandzisto I Możesz sobie leźć za mną, jeśli ci się podoba.
Jan Babtysta pytająco spojrzał na Clennama.
— Owszem — rzekł Artur jeśli go się nie obawiasz.
— Już go się nie boję, odkąd pan wie o wszystkiem — odparł wesoło Altro.
Rigaud-Blandois wyszedł z uprzejmym ukłonem, podnosząc w górę wąsy i nucąc włoską piosenkę. Za nim szedł Cavaletto, potem Flintwinch, kiwając głową, a wkońcu Pancks, wzdychając i wydając dziwne odgłosy, niby psująca się lokomotywa.
Pozostawszy sam, Artur uczuł się tak przygnębionym, złamanym, opuszczonym i bezsilnym, jak jeszcze nigdy w życiu. Otoczyły go zupełne ciemności, w duszy zapanował niepokój i gorycz, nie widział dziś nad sobą żadnej gwiazdki.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Cecylia Niewiadomska.