Marcin Podrzutek (tłum. Porajski)/Tom I/13

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Marcin Podrzutek
Podtytuł czyli Pamiętniki pokojowca
Wydawca S. H. Merzbach
Data wyd. 1846
Druk Drukarnia S Strąbskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Seweryn Porajski
Tytuł orygin. Martin l'enfant trouvé ou Les mémoires d'un valet de chambre
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


13.
Portret.

Trzeba było przebyć mały ciemny przysionek, aby się dostać do izby do któréj weszła Bruyére, przeszedłszy obok zewnętrznych ścian folwarku, wzdłuż brzegu stawu.
Pokój ten aczkolwiek skromny, wydawał się prawie zbytkownym, obok reszty opustoszałych budynków. Świeże obicie papiérowe pokrywało ściany ulepione z ziemi, a nowo gipsem powleczone; wysoki komin, objęty w drewniane ramy, osłaniała lekka, zielona materya wełniana, zawieszona według staroświeckiéj mody i oszyta galonami; wielki kobierzec rozłożony przed ogniskiem, pokrywał w części posadzkę; wygodne łóżko, i kilka prostych mebli, stanowiły zresztą cały zasób tego pokoju, w dzień oświetlanego małém, starém okném o zielonych, w ołów ujętych szybach.
Świecznik zwykle po wsiach używany, złożony z świecy i szklanéj kuli wodą napełnionéj, dla podwojenia siły blasku, rozwidniał ten pokój, rzucając żywe światło na kobiétę przy ognisku siedzącą.
Ta w myślach pogrążona nie postrzegła przybycia małéj Bruyére, która milcząc, nieruchomie przy drzwiach stanęła. Tuż prawie obok téj kobiéty stał mały warsztacik, obity zieloném suknem, na którém krzyżowały się, przypięte tysiącem szpilek, białe i lekkie niteczki, dźwigające małe hebanowe wrzecionka; rozpoczęta zaś na tym warsztaciku koronka, nadzwyczaj piękna, świadczyła, że ją wypracowała ręka doskonałej wyrobnicy.
Pani Perrine, tak się nazywała ta kobiéta, zdawała się mieć lat około cztérdziestu pięciu; kiedyś musiała być nadzwyczaj piękną. Dwa sploty włosów jak heban czarnych, ujęte w biały wiejski czepek, otaczały czoło, mocno śniade jak cera jéj twarzy; czarne jéj ogniste oczy, pod delikatnym łukiem zaokrąglonych brwi, jużto błądziły bez celu, jużto spoczywały na dwóch przedmiotach, o których zaraz powiemy. Cera pani Perrine była blada i nieco chorobliwa; twarz wychudła, podłużna, nos orli; na jéj powabnych ustach, błąkał się malancholijny uśmiech, zamyślone czoło opierała wtedy na dłoni. Pani Perrine ubrana była po wiejsku ale bardzo czysto, a przy sukni czarnej tém silniéj jeszcze odbijał biały wiejski czepek i wielka na krzyż złożona chustka.
Niekiedy, zaledwie dojrzane drganie jednocześnie poruszało jéj usta i czarne brwi; byłto skutek okropnéj choroby.
Pani Perrine przez wiele lat cierpiała obłąkanie.
To obłąkanie, zrazu straszliwe, powoli zmieniło swój charakter, i miejsce szaleństwa zajęła bolesna, ale nieobraźliwa melancholia. Czas i troskliwe starania prawie ją uleczyły, a głęboka spokojność jakiéj pani Perrine używała od czasu wprowadzenia się na folwark Grand-Genévrier, przywróciła jéj zupełne zdrowie.
Po ścisłém wybadaniu charakteru tej nieszczęsnéj a raczéj lękliwéj drażliwości, powiększonéj jeszcze w skutku osłabienia, lekarz wbrew zwyczajnym przepisom, zalecił jéj najściślejszą samotność, mianowicie w piérwszych czasach pobytu na folwarku. I w saméj rzeczy tak była upokorzona, tak się wstydziła swojego przeszłego stanu, że obecność nawet przychylnych jéj osób, byłaby jéj przykrą, zadałaby jéj niewypowiedziane cierpienia. Drażliwość ta, jak mniemał lekarz, powinna była powoli ustąpić, ale zalecił pod karą już może nieuleczonej recydywy, aby pani Perrine żyła w samotności. Wreszcie warunek ten tak był odpowiedni upodobaniom pacyentki, iż z radością się do niego zastosowała. W dzień nie wychodziła nigdy, i dopiero za nadejściem nocy a zwłaszcza gdy księżyc świecił żywym blaskiem, pani Perrine długo przechadzała się nad brzegiem stawu.
Bruyére tylko sama miała wstęp do niej i wyświadczała jéj tysiączne usługi. Pani Perrine przyjmowała ją zrazu z niedowierzającą ostrożnością, w któréj się ukrywał wstyd bolesny i lękliwy; ale młoda dziewczyna, przez swój wdzięk naturalny, przez uprzedzanie wszelkich jej chęci, powoli potrafiła uśmierzyć obawę pani Perrine, która też nawzajem wkrótce uczuła najtkliwsze przywiązanie do małej Bruyére, a to zbawienne uczucie bardziéj jeszcze przyczyniło się do uzdrowienia biédnej waryatki.

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Bruyére, jak powiedzieliśmy, gdy weszła do tego pokoju, dzięki zadumaniu pani Perrine, stała niepostrzeżona. Przedmiotami na które ta niewiasta pokolei wzrok swój zwracała były dwa portrety i dwa listy.
Jeden portret, w kształcie miniatury, spoczywał na jéj kolanach, oprawny w safianowe ramki.
Drugi, daleko większy (blisko na trzy stopy wysoki, a na dwie szeroki), umieszczony był w pewnym rodzaju szafki, stanowiącéj wyższą część orzechowéj komody.
Miniatura przedstawiała młodzieńca mającego około trzydziestu lat, z ciemną cerą, żywém okiem, czarnym włosem, twarzą lekko podłużną, fizyonomią dowcipną i śmiałą. Jego twarz, mimo różnicy wieku i wyrazu, nadzwyczaj podobna była do rysów pani Perrine. Podobieństwo to zresztą wyjaśniały wyrazy, wyryte na oprawie miniatury:

Marcin najlepszéj matce.

Drugi portret, a raczéj obraz (bo niektóre dodatki nadawały mu pewną ważność), nosił na sobie datę r. 1845. Przepyszna rama tego obrazu, bronzowa i złocona, rzeźbą, i u wierzchu bogatym herbem zdobna, dziwny przedstawiała kontrast z ubóstwem tego mieszkania.
W tych wspaniałych ramach mieścił się stojący portret jednego z europejskich książąt, ubranego skromnie w granatowy frak, białą kamizelkę i czarną chustkę na szyi.
Fizyonomia osoby, w tym portrecie cudnie oddana, wyrażała młodość, szczególne połączenie wysokiego rozumu z stanowczą wolą i dobrocią; uśmiechała się mile choć smutno, jakby przedwczesna znajomość ludzi gniotła jéj serce, a jednak nie drażniła wrodzonéj dobroci; wzrok był myślący i zarazem przenikliwy; — rysom wreszcie zbywało regularności; bo usta nieco były za wielkie, nos za długi, twarz zbyt okrągła; same tylko pyszne niebieskie oczy zgodnie odbijały obok błąd włosów bardzo krótkich, gładkich, i gęstego wąsa takiéj samej barwy.
Postawa, i charakter twarzy objawiały prostotę, a nawet powiedzielibyśmy nadzwyczajną dobroduszność, gdyby dobroduszność dała się połączyć z energią; jego wzrok wspaniały, silna budowa, pełne i wydatne piersi, szerokie barki, mięsista szyja, muskularna ręka, przedstawiały typ raczéj zwyczajny aniżeli wyszukańszy, i świadczyły o sile i zdrowiu.
Wspomnieliśmy o dodatkach tego portretu; były one liczne i szczególne.
Na ciemném tle jego, dwa popiersia wzniesione na dwóch ołtarzach, niby znak pobożnego uwielbienia, odbijały surowe swe profile z białego marmuru, które artysta odmalował w półcieniu.
Jedno popiersie wyobrażało Brutusa.
Drugie, Marka Aureliusza.
Frygijską czapkę, w którą ubrano nieugiętego Brutusa, artysta odmalował szkarłatnym kolorem i otoczył świetną aureolą promieniejącą w półcieniu, w jakim zapewne naumyślnie umieścił oba popiersia. Myślące czoło Marka Aureliusza zdawało się również jaśniéć bożkiém światłem.
Tym to dwom portretom pani Perrine, tajemnicza mieszkanka folwarku Grand-Genévrier, przypatrywała się w tak głębokiém zamyśleniu, niekiedy tylko odrywając od nich wzrok dla odczytania niektórych ustępów z dwóch listów rozłożonych na jéj kolanach.
Jeden z tych listów brzmiał następnie:

Paryż, 20 października 1845.
„Najlepsza i najczulsza matko!

„Ujrzę cię więc za dni kilka: do tej pory nie trać cierpliwości, odwagi i nadziei; a nadewszystko niczego się nie obawiaj; Klaudyusz czuwa nad tobą i ręczy za milczenie dzierżawcy; nie wychodzisz nigdy, w dzień; hrabia Duriveau nie zwiedza nigdy swych folwarków, a gdyby go traf do was sprowadził, gdybyś nawet przypadkiem spotkała go, nie lękaj się, droga matko.... hrabia nie widział cię już przeszło lat trzydzieści,... a tyle cierpiałaś, nieszczęśliwa,... takeś się zmieniła, iż niepodobna aby cię mógł poznać.
„Wkrótce dowiész się o moich zamiarach; dowiész się że wróciwszy z podróży po Europie, przywołany do Francyi niewczesném odkryciem Klaudyusza, nie bez trudów i dzięki zaleceniom jednego z moich panów, zdołałem dostać się na pokojowca do hrabiego Duriveau.
„I w téj mierze droga, kochana matko, nic złego się nie obawiaj, próba już miała miejsce... Jestem z siebie kontent.... Wobec hrabiego zostawałem spokojny, niewzruszony; a jednak w ciągu tak dziwnego spotkania, mówiłem sobie, abym się jeszcze lepiéj wypróbował:
— „Ten człowiek który mię wybaduje i examinuje z tak dumną pogardą,... ten człowiek jestto mój ojciec... nie wié on żem ja syn jego,... i téj biédnéj szesnastoletniéj dziewicy,.. którą niegdyś, z okrucieństwem...”
„Ale dosyć, dosyć, dobra matko; pocóż przyzywać tak okropne wspomnienia?... Jednakowoż po zimnéj rozwadze jakiéj dowiodłem w ciągu naszego spotkania, sądź o władzy jaką mam nad sobą,. .powtarzam ci, bądź spokojną. Gdym rozmawiał z hrabią, mimo wrzących we mnie różnorodnych myśli i wzruszeń,... udana obojętność moja nie zdradziła się; tak spokojnie, z takiém uszanowaniem i zimną krwią odpowiadałem na dumne zapytania hrabiego, że mię natychmiast przyjął.”
„Nie dziwuj się wreszcie, kochana matko, potężnéj władzy jaką mam sam nad sobą; bo widzisz matko moja, życie służalca, któregom się wyrzekł niedawno, ale które tak długo wiodłem, wprawił mię do zagrzebywania wszelkich wrażeń w najskrytszej głębi duszy; pozorna obojętność przeszła we mnie niejako w nałóg.
„A tak, zaklinam cię, kochana matko i jeszcze raz powtarzam, nic się w téj mierze nie lękaj.... Sprawa moja jest święta i sprawiedliwa,... zatem pomyślny skutek uwieńczy moje zamiary.
„Pytałaś mię, matko, skąd doszedł rąk moich portret, którym ci przysłał (bom nie uważał za rzecz roztropną trzymać go u siebie); dowiész się i o tém z listu, który dołączam, z listu tak szczerego, nie oszacowanego, czułego. Kiedym ci go posyłał, dobra matko, sądząc iż go przeczytasz i pojmiesz, ty szlachetna i wielka duszo, tak okrutnie doświadczona, — może po raz piérwszy w życiu uczułem w sobie dumę, mówiąc sam do siebie, że się nie, powstydzisz swego syna... A potém, jam w sobie czcił dziécię biednéj wyrobnicy, podle uwiedzioinéj, niegodnie opuszczonéj; jam w sobie czcił dziecię ludu, które po życiu najnędzniejszém, pełném przygód, po życiu najpokorniejszém, nakoniec odetchnęło.. Ale, przebacz, przebacz, najdroższa matko! poznaję, że to odezwanie się dumy dla tego może jest tak, żywe, iż piérwsze. Atoli nie ja... lecz ty, matko, powinnaś pysznić się twym synem, skoro postępowanie jego uznasz zaszczytném i prawém.
„Bądź zdrowa, droga matko, do widzenia... za trzy lub cztery dni, może cię ujrzę, bo spodziewam się, że pan mój po jutrze wyjedzie do Solonii, ale roztropność nie dozwoli mi uściskać cię w dniu mojego tam przybycia.
„Bądź zdrowa, bądź zdrowa, najdroższa matko! pobożnie całuję twe czoło i rączki.

„Twój najposłuszniejszy syn
„Marcin.“

Drugi list na który pani Perrine z taką dumą poglądała, pisało do Marcina dostojna osoba, któréj portret powyżéj skreśliliśmy.

„3 sierpnia 1845 r.

„Winienem ci życie, Marcinie... winienem ci więcéj jak życie... Przyjmij ten portret w zakład mojéj wdzięczności i prawdziwego szacunku.
„Lubię przypominać sobie, a nadewszystko lubię przypominać tobie, przyczynę téj wdzięczności powód mego szczérego szacunku.
„Rok już, jak dziwna przygoda zbliżyła nas wzajemnie... Dzięki mojemu incognito... nie mogłeś odgadnąć kim byłem... oswobodziłeś mię od śmierci...
„Pragnąłem wiedziéć komu zawdzięczam życie: historya twoja była prosta: przybyły w orszaku twojego pana, znudziwszy sobie służbę, zostałem rzemieślnikiem; wracając tym sposobem do zawodu, jaki sobie jeszcze w dzieciństwie obrałeś, pragnąłeś zebrać summkę potrzebną na koszta powrotu do Francyi.
„Pojawiła się trzecia osoba, poznała mię i wymieniła,... wyznam, żem się mocno zdziwił, gdyś w mojéj obecności nie okazał ani trwogi, ani pochlebnego uszanowania; żem się zdziwił, gdym w postawie twojéj nie dostrzegł żadnéj chełpliwości, ale samę tylko godność i prostotę. Zdumiony, żem znalazł tyle taktu i umiarkowania w rzemieślniku, przejęty silném uczuciem wdzięczności, pragnąłem abyśmy sam na sam pozostali. Wówczas spytałem cię w jaki sposób wynagrodzić ci mogę usługę którą mi wyświadczyłeś? i nigdy nie zapomnę twej odpowiedzi.
— „Panie, rzekłeś, nie możesz nic dla mnie uczynić... jestem młody i silny, nie mam rodziny; jeszcze kilka dni pracy, a będę miał tyle, ile mi potrzeba na powrót do Francyi... Ale tu... w tym także kraju... wielu rzemieślników jest daleko ode mnie starszych, słabszych i o swą przyszłość stroskanych... Są między nimi uczciwi i pracowici, ale obarczeni rodziną i żyjący w okropnym niedostatku; pomyśl panie o niezasłużonym losie tych moich braci; ulżyj ich cierpieniu, a błogosławić będę Bogu, że mię wybrał na zbawcę dni twoich.”
„Te wy razy wyszło z ust twoich z zapałem i postanowieniem, wprawiły mię w nowe zadziwienie; piérwszyto raz (jak ci to później powiedziałem) myśl moję zajęła klassa ludu, któréj nędzę uważano zawsze za nieuchronną i nieuleczoną... Dziwna okoliczność, która nas do siebie zbliżyła, nadawała żądaniu twojemu charakter odrębny... Coraz mocniéj ujęty bezinteresownością i wzniosłością serca, które to przymioty uważałem za niedostępne twojej klassie, długo z tobą mówiłem, zapragnąłem poznać wszelkie szczegóły twojego życia... Sądziłeś zapewne, że żądaniem mojém powoduje próżna ciekawość, i dałeś mi do zrozumienia, że zaufanie tylko się zjednywanie nie nakazuje; mówiłem ci zatém o nędzy ludzi, których nazwałeś twemi braćmi; to już nie ciebie wyłącznie dotyczyło, ale było raczéj sprawą twoich, w których obronie stawałeś: wówczas byłeś więcej niż wymowny, byłeś prosty, tkliwy i prawdziwy. Przytaczałeś mi fakta i liczby nieomylne; w kilku słowach skréśliłeś mi obrazy na nieszczęście rzeczywiste; wykryłeś rzeczy straszne, a dotąd mi nieznane; a jeżeli tą piérwszą rozmową nie obaliłeś jeszcze przesądów i opinij zbyt uporczywych, toś mię przynajmniéj zostawił zamyślonym i wahającym się.
„Tém szczérzéj wyznaję moje podejrzenia, żeś je zniszczył: sądziłem zrazu, że niezwykła uwaga, jaką na ciebie zwróciłem, może obudzi w tobie dumę... a nawet... ambicją, i że wkrótce zapragniesz mi się przypomnieć; lecz zawiodłem się. Zawiadomiona mię, że nazajutrz po naszej rozmowie, wróciłeś znowu do twego rzemiosła, żeś daléj pracował zachowując spotkanie się nasze w jak największéj tajemnicy.
„Odtąd zapragnąłem poznać cię bliżéj, jakoż widywaliśmy się często tajemnie; coraz wyżéj oceniałem odznaczającą się prawość, rozsądek i wielkość umysłu twego; szanując zaś twoję tajemnicę, nie badałem, przez jaki zbieg nadzwyczajnych okoliczności, ty, sercem i myślą, podług mnie, tyle wyższy nad innych, obrałeś sobie zawód służalca.
„Słuchałem cię z korzyścią. Na moję prośbę, przyrzekłeś pozostać jakiś czas przy mnie, a zbyt drażliwie delikatny, za wszelkie wynadgrodzenie przyjmowałeś tylko dla mnie robotę, którą z najściślejszą akuratnością wykonywałeś. Tajemne stosunki nasze nader mi były drogie. Jako podrzutek doświadczyłeś wszelkich kolei, wszelkiej niedoli życia ludu, później znowu, twój byt pełen przygód, twój stan służebny, zetknęły cię ze wszystkiemi klassami społeczeństwa, bo z najniższemi i nojwyższemi. Od urodzenia myślący i dostrzegacz, obdarzony umysłem prawym i przenikliwym, mocno zastanowiłeś się nad wszystkiém, coś widział, zgłębiając zarówno przyczyny jak i skutki, a jako człowiek nieskażony w całem znaczeniu tego wyrazu (mówię z przekonania), nigdy nie przechwaliłeś, ani poniżyłeś tego, co było dobre lub złe w klassie ludu, do któréj z taką chlubą zaliczasz się. Raz, zapewniony o twej szczerości, długo roztrząsałem nastręczone mi przez ciebie skazówki, skazówki trafne, urozmaicone, żywe, których dotąd niepodobna mi było nigdzie napotkać, a tém bardziéj uderzające, że rzadko napotykamy zjednoczenie tak dziwacznego losu, z tak wielkim charakterem i umysłem!
„Dokładném zgłębieniem naszych rozmów, w prowadzony na nową, nieprzystępną... może niebezpieczną drogę, powoli dostrzegać zacząłem rozwijający się przede mną nowy horyzont... wielkie prawdy umysł mój rozjaśniły...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Wiesz, że usiłowałem okazać ci wdzięczność, a to stosując się do twoich uczuć...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

„Nagle wyjechałeś do Francyi; mówiłeś mi, że święty obowiązek cię tam powołuje.... ze smutkiem i żalem widziałem, że się oddalasz na długo, a może i na zawsze.
„Winieneś mi podobno wywzajemnienie; a jeżeli tak sądzisz, chciéj mię zaszczycić jakiemkolwiek żądaniem, któremu mniemam, że teraz żadne już względy nie przeszkodzą.
„Pamiętasz zapewne, iż raz powątpiewałem, nie o twojéj szczerości, ale o dokładności twoich wspomnień, a to z powodu nadzwyczajnego wypadku, którego byłeś świadkiem; powiedziałeś mi wtedy iż niepodobna prawie aby się twoja pamięć zawieść mogła, gdyż oddawna już piszesz co dzień pewien rodzaj memento twojego życia.
„To życie poczynając od twego dzieciństwa aż do dnia dzisiejszego, musiało miéć tak dziwne postaci, tak rozmaite przygody, iż nie wątpię, że twe proste i szczére opowiadanie, koniecznie nastręcza obfite pole do poważnych rozmyślań... kilka słów które w tym względzie wyrzekłeś, równie mię uderzyły: służba otwierając ci podwoje domowego ogniska, jak twierdziłeś, dozwoliła ci zgłębić tajemnice niedostępne lekarzowi, sędziemu, lub nawet księdzu... tym trzem spowiednikom duszy i ciała, i dodałeś, że występna ustawa rodziny z tego punktu rozważana, naprowadziła cię na najciekawsze i najważniejsze odkrycia.
„Udziel mi te Pamiętniki twojego życia,... i bądź i przekonany, że do tego żądania nie skłania mię próżna ciekawość. Ludzkość wszędzie jest ta sama: I to, co jest prawdą we Francyi, jest prawdą i tutaj, a dla powołanych do wielkiego udziału w wpływie; na ludzi, badanie człowieka stanowi silny i ciągły interes. Mamże ci nakoniec powiedziéć, że czytanie tych Pamiętników, tém jest dla mnie pożądańsze, ile że w nich nieraz wspominasz o mnie, o moich czynach; i że tych Pamiętników nie pisałeś dla mnie, bo ja cię znam, i wiem, iż w tém co mię dotyczy, żaden wzgląd nie zdołał zmienić niezawisłości twojego przekonania.
„Nie nalegam dłużej: pojmiesz jakie mam ku temu powody; skoro mi odmówisz, przekonany będę, że uczynisz to dla jakiejś ważnej przyczyny, a przyczyny niezawodnie zaszczytnéj, którą szanuję, choć jej nie znam.
„Bywaj zdrów, i ufaj zawsze szacunkowi, oraz głębokiej wdzięczności przychylnego ci.

**** ******

„Odebrałem twój list nr. 2. Dziękuję ci za notatkę o urządzeniu domu podrzutków, jest wyborna; jeszcze tu nieznane nazwisko wielkiego filantnropa, którego czuły gieniusz tym sposobem ocali życie tysiąca dzieci, kiedy tymczasem nazwisko i tytuł najgłupszego mordercy ludzi, byleby tylko wiele nazarzynał, wiele napustoszył, w tydzień wszędzie się rozlegnie.”


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: Seweryn Porajski.