Martwe dusze/Rozdział XI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Nikołaj Gogol
Tytuł Martwe dusze
Wydawca Redakcya Kuryera Poznańskiego
Data wyd. 1876
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Zygmunt Wielhorski
Tytuł orygin. Мёртвые души
Źródło Skany na commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
Rozdział XI.

Jednakże nic nie spełniło się tak, jak przewidywał Cziczikow. Najprzód obudził się znacznie późniéj, niż sądził — to była pierwsza nieprzyjemność. Jak tylko wstał, posłał zaraz dowiedzieć się, czy bryczka zaprzężona i czy wszystko gotowe; ale donieśli mu, że bryczka nie była zaprzężona i że nic nie było gotowe. Rozgniewał się, zbierał się nawet sprawić frycówkę naszemu przyjacielowi Selifanowi i czekał tylko z niecierpliwością, jak się on ze swojéj strony usprawiedliwi. Gdy Selifan przyszedł, pan jego miał przyjemność usłyszeć tę samą gadaninę, jaką każdy pan słyszy od sług, gdy spiesznie musi wyjeżdżać:
— Ale Pawle Iwanowiczu, trzeba będzie konie podkuć.
— Ah ty łotrze! a przedtém dla czegoś tego nie mówił? Czy czasu nie było?
— Czas bo był... Ale i koło także, Pawle Iwanowiczu, trzeba będzie obręcz przyciągnąć, bo teraz droga to taka... wszędzie wyboje... Przytém, jeżeli pozwolicie powiedzieć: przodek u bryczki cały się rozchlebotał, tak że i dwóch stacyi by nie przeszła.
— Szelmo ty, zawołał Cziczikow, podchodząc tak blisko do Selifana, że ten, bojąc się oberwać jakiego podarunku, cofnął się nazad. — Czyś ty zabić mnie chciał — co? zarznąć mnie — co? na gościńcu obedrzeć mnie — co? Szelmo ty jeden, potworze morski! Trzy tygodnie siedziałeś najedném miejscu — co? Choćbyś słówko bąknął, a teraz dopiero w ostatnim momencie wszystko się wali na człowieka, gdy trzeba było tylko siąść i jechać! Wszak ty o tém wszystkiém wiedziałeś — co? powiedz, wiedziałeś? odpowiadajże, wiedziałeś — co?
— Wiedziałem, odpowiedział Selifan, spuszczając głowę.
— Więc dla czegóż wcześniéj nie mówiłeś — co?
Na to pytanie Selifan nic nie odpowiedział, a zwiesiwszy głowę, zdawał się sam do siebie mówić: „Jak to jednak trafnie się zdarzyło: wszak prawda, wiedziałem, a nic nie mówiłem!“
— A teraz ruszaj czémprędzéj, zawołaj kowala i żeby wszystko było gotowe we dwie godziny, a jakby nie było, to ja tobie, Selifan, sprawię... zegnę jak trzcinę i na węzeł zwiążę!
Bohater nasz bardzo był rozgniewany.
Selifan był się już obrócił, żeby pójść wypełnić rozkaz, ale wrócił się jeszcze i rzekł:
— Jeszcze jedno, proszę pana, konia tarantowatego, doprawdy, chociażby sprzedać, to prawdziwy gałgan, on taki koń, że nie daj Boże, tylko przeszkadza.
— Tak, teraz pójdę, polecę na targ sprzedawać go!
— Jak Boga kocham, Pawle Iwanowiczu, on tylko na oko pokaźny, a na prawdę nic nie wart; takiego konia....
— Durniu ty jeden, jak zechcę to sprzedam; rady jeszcze będzie mi dawał! Zobaczę ja, jak ty mi zaraz nie przyprowadzisz kowala i za dwie godziny nie będzie wszystko gotowe, to ci takie sprawię cięgi, że sam siebie nie poznasz! Paszoł!
Selifan wyszedł.
Cziczików zupełnie stracił humor, rzucił nawet na podłogę pałasz, który zawsze jeździł z nim dla wpojenia większego uszanowania i strachu, komu należy. Więcéj jak kwadrans stracił na targowaniu się z kowalami, aż się nareszcie z nimi ugodził, gdyż kowale, jak zwykle, byli wielkie szelmy i przeczuwając, że robota spieszna, nie cierpiąca zwłoki, zażądali sześć razy tyle jak była warta. Jak on ich nie namawiał, gniewał się, nazywał rozbójnikami, łotrami, wspomniał coś nawet o sądzie ostatecznym, lecz nic ich wzruszyć nie mogło, nie tylko, że ani grosza nie ustąpili, ale jeszcze zamiast dwóch godzin, całe pół czwartéj godziny zmitrężyli przy robocie. Przez cały ten czas, Cziczików miał przyjemność doświadczać tych miłych chwil, znajomych każdemu podróżnemu, gdy już wszystko jest zapakowane a na podłodze leżą tylko kawałki sznurków, papierki i różnego rodzaju śmiecie, gdy człowiek nie jest ani w podróży, ani téż zostaje na miejscu. Ale wszystko miewa koniec; chwila upragniona nadeszła; Cziczików siadł do swego ekwipażu — i bryczka, którą zwykle jeżdżą kawalerowie, która tak długo została w mieście i która może znudziła czytelnika, wyjechała nareszcie z wrót zajazdu.
„Chwała Tobie Panie“, pomyślał Cziczikow i przeżegnał się. Selifan świsnął knutem, obok niego siadł Piotrek i bohater nasz, usadowiwszy się wygodniéj na kaukazkiéj derze, założył sobie za plecy safianową poduszkę i bryczka znowu ruszyła w dalszą podróż, trzęsąc niemiłosiernie po znanym już czytelnikowi niegodziwym bruku. Z jakimsiś niepochwyconém uczuciem patrzał Cziczikow na domy, na parkany i ulice, które także jak gdyby podskakując, zostawały się w tyle i które, Bóg tylko jeden wie, czy zobaczy jeszcze kiedy w swojém życiu. Przy skręcie na jednę z ulic bryczka musiała się zatrzymać, gdyż przechodził nią pogrzeb. Cziczikow kazał Piotrkowi zapytać się, kogo chowają i dowiedział się, że prokuratora, zaraz téż schował się w sam kątek i zasunął skórzanne firanki, a Piotrek i Selifan zdjęli pobożnie czapki i przypatrywali się orszakowi. Za trumną postępowali urzędnicy z odkrytemi głowami. Cziczikow z początku zaczął się lękać, żeby nie poznali jego bryczki i koni; ale im nie to teraz było w głowie. Oni nawet nie rozmawiali swobodnie i wesoło między sobą, jak to zwykle bywa na pogrzebach, wszystkie ich myśli były zwrócone na to: jak ich przyjmie nowy jenerał-gubernator, jak się weźmie do dzieła? Za urzędnikami szły karety z damami w żałobie, następnie doróżki, nakoniec już pusto się zrobiło i nasz bohater mógł jechać daléj. Odsunął skórzanne firanki, westchnął głęboko i pomyślał sobie: „Oto i prokurator! żył, żył a potém i umarł! a w gazetach wydrukują, że zgasł w Bogu z żalem swoich podwładnych i wszystkich urzędników, szanowny obywatel, rzadki ojciec, przykładny mąż i wiele jeszcze napiszą różności, dodadzą nawet, że mu towarzyszył do mogiły płacz wdów i sierot; a jednak, jeżeliby dobrze rozpatrzeć się w twojém życiu, toby niczego więcéj człowiek nie widział prócz twoich gęstych brwi. — Jednak dobrze, żem spotkał nieboszczyka: powiadają, że to szczęście przynosi.“
A bryczka toczyła się daléj; już i bruk się skończył i rogatkę przejechano, i znowu w podróży, i znowu po obydwóch stronach szerokiego gościńca stoją słupy wiorstowe i karczmy, studnie, długie tabory, szare wioski, domy zajezdne z samowarami, babami, bystrym brodatym gospodarzem, niosącym owies dla koni, wędrowiec w dziurawych łapciach wlekący się o jakie tysiąc wiorst; miasteczka, pola nieurodzajne, dwory obywatelskie, żołnierz na koniu wiozący zieloną powózkę z ołowianym grochem z napisem: takiéj to artyleryjskiéj bateryi; różnokolorowe łany pól uprawnych, pieśń jaka w oddali zanucona, sosnowe wierzchołki, dźwięk dzwonka pocztowego, wrony jak muchy i horyzont bez końca.
Jakie osobliwsze, mamiące, przyciskające i cudowne słowo podróż! i jak czarowna ona sama, ta podróż! Dzień pogodny, jesienne liście, powietrze chłodne.... Otulaj się lepiéj w swój płaszcz podróżny, czapkę na uszy, przyciśnij się lepiéj do kąta! Już ostatni raz dreszcz członki przeleciał, zastąpiło go przyjemne ciepło. Konie pędzą.... jak ponętnie zagląda sen i klei oczy, i już przez sen tylko słyszysz sapanie koni, turkot kół, aż usnąłeś nareszcie. Ocknąłeś się — już pięć stacyi z tyłu zostało; księżyc, nieznane miasto, cerkwie ze staremi drewnianemi dzwonnicami i wysokiemi strzałami; ciemne drewniane, i białe murowane domy; wszystko śpi. Jedyne jedno chyba pokaże się światełko w jakiem oknie: czy tam rzemieślnik jaki kończy swoją robotę, czy piekarz uwija się koło pieca — co nam do nich? A noc..... jakaż noc tworzy się na wysokości! A powietrze i niebo daleko; wysoko, tam, w niedostępnéj swojéj głębi, tak nieujęte, dźwięczne i jasno rozpostarte!....
Ale wiatr prosto w oczy oddech swój posyła, otulasz się lepiéj w twój płaszcz podróżny, i znowu zasypiasz. Ocknąłeś się i znowu przed tobą pola i stepy, wszędzie pusto i odkryto; na pobladłym horyzoncie widać jasną złocistą pręgę; powstaje ranek, wiatr staje się chłodniejszym, otulasz się lepiéj, i znowu sklejają się powieki, ale szturchnięcie bryczki cię przebudziło, spuszcza się ona z górki; na dole most przez rzeczułkę na spadzistości wioska i jak gwiazda, błyszczy od słońca krzyż cerkiewny; i apetyt niezwykły czuć się daje.... Boże mój, jak to przyjemna czasem daleka droga! Ileż razy, jak tonący, chwytałem się ciebie, i każdy raz tyś mnie wyratowała! A ileż to cudnych myśli wtedy się rodziło, ileż było poetycznych natchnień, ileż odczuwało się dziwnych wrażeń.
Nasz bohater także z początku zajęty różnemi myślami oglądał się na wszystkie strony, aż powoli droga mu się sprzykrzyła, powoli oczy do snu kleić się zaczęły, aż nareszcie głowę przytulił do poduszki i zasnął.
Autor musi się przyznać, że kontent z tego snu, bo tym sposobem może pomówić o swoim bohaterze, gdyż do téj pory, jak sam czytelnik widział, ciągle mu coś stawało na przeszkodzie; to Nozdrew, to bale, to damy, to miejskie plotki, to nakoniec tysiące tych drobnostek, które zdają się być drobnostkami tylko wtedy, gdy są zawarte w książce, a jednak są bardzo ważnemi zdarzeniami, gdy je w potoczném życiu napotykamy. Ale obecnie wszystko musi ustąpić i seryo weźmiemy się do dzieła.
Ciemne i skromne było pochodzenie naszego bohatera. Rodzice jego byli szlachtą, nie wiadomo jednak czy rodową, czy téż dosłużyli się szlachectwa. Matkę utracił przychodząc na świat, a ojciec, starzec chodzący zawsze w pantoflach i wytartym szlafroku podszytym zającami, odwiózł go w ósmym roku życia do miasta, do swojéj krewnéj, aby tam chodził do szkół. Przy wyjeździe ojciec dał synowi na wydatki i łakocie 25 groszy i rzekł: „Pamiętajże Pawełku, ucz się, nie szaléj i nie łobuzuj się, szczególniéj dogadzaj nauczycielom i zwierzchnikom. Jak będziesz ich słuchał, to chociaż w nauce nie będziesz pierwszym, jednak wyprzedzisz innych. Z towarzyszami się nie wdawaj, oni cię nic dobrego nie nauczą, a jeżeli już musisz z nimi przestawać, to wybieraj bogatszych, żeby mogli ci się przydać przy zdarzeniu. Nie częstuj nigdy nikogo, a zachowuj się raczéj tak, żeby ciebie częstowano; grosz zbieraj do grosza na czarny dzień; pieniądz cię nigdy nie zawiedzie. Towarzysz albo przyjaciel pierwszy cię oszuka i w biedę wprowadzi, a grosz zawsze ci wiernym pozostanie. Wszystko zrobisz i wszystko na świecie przemożesz groszem.“ To było ostatnie pożegnanie ojca z synem, już więcéj nigdy się nie widzieli; ale te słowa i nauka głęboko utkwiły w duszy młodego Pawełka.
Na drugi dzień poszedł już chłopak do klasy. Szczególne zdolności się w nim nie okazały, odznaczał się jednak pilnością, i ochędóstwem; ale za to ze strony praktycznéj okazał rozum niesłychany. On od razu zmiarkował i pojął sprawę i tak się postawił względem kolegów, że nietylko że oni go częstowali, a on ich nigdy, ale nawet chował najlepsze kawałki i tym samym co go częstowali, te kawałki sprzedawał. Będąc jeszcze dzieckiem, musiał sobie wszystkiego odmówić. Z zostawionych przez ojca 25 groszy nietylko że nic nie stracił, ale owszém przysporzył jeszcze w ciągu roku tego kapitału, okazując obrotność zadziwiającą. Zlepił z wosku gila, wymalował go i sprzedał bardzo korzystnie. Następnie puścił się na inne spekulacye: nakupił różnych łakoci, chował je starannie, a gdy zmiarkował, że któremu z kolegów jeść się zachciało, niby przypadkiem odkrywał róg bułki albo piernika i brał pieniądze odpowiednio do apetytu. Dwa miesiące trudził się w domu nad wyuczeniem myszy służyć, kłaść się i wstawać na komendę, następnie także korzystnie ją sprzedał. Gdy temi sposobami zebrał sobie pięć rubli, zaszył je w woreczek i zaczął zbierać znowu, ale już w drugi.
W szkole do któréj chodził Cziczikow, był inspektorem człowiek nienawidzący hałasu i niespokojnych uczni, to téż Cziczikow chociaż nie odznaczał się w naukach, po skończeniu szkoły dostał najlepszy patent i książkę z złoconemi brzegami, na któréj było napisane: za wzorową pilność i przykładne prowadzenie się.
Wyszedłszy ze szkół, Pawełek był już dorosłym chłopakiem, broda już mu się puszczała i był wcale przystojnym. W tym to czasie umarł mu ojciec, ale jak widać, był tylko dobry do rady, bo sam nic prawie nie zostawił, oprócz kawałka ziemi, który Pawełek zaraz sprzedał i wziął za niego około tysiąc rubli. „Zbieraj grosz do grosza“ przeszło u Pawełka w przysłowie, nie dla tego żeby on lubił pieniądze dla pieniędzy, on z natury wcale nie był skąpy, ale marzył w przyszłości o ekwipażach, o dobrych obiadach, o dostatnio urządzonym domie, — otóż żeby pokosztować tych roskoszy kiedyś, on teraz oszczędzał każdego grosza.
Wyszedłszy ze szkoły, nie chciał ani chwili odpocząć, ale zaraz starał się o miejsce i otrzymał je w izbie skarbowéj z marną płacą trzydziestu czy czterdziestu rubli rocznie. Postanowił jednak gorliwie przejąć się służbą i wszystko pokonać. I w saméj rzeczy wyparcie się siebie samego, cierpliwość i ograniczenie się w potrzebach koniecznych życia okazał niesłychane. Od rana do nocy zajęty był swoją pracą, nie chodził nawet spać do domu, a kładł się w kancelaryi na stole, żywił się jednym chlebem, umiał jednak przy tém wszystkiém zachować czystość w odzieniu i nadać przyjemny wyraz swojéj twarzy. Trzeba nadmienić, że niżsi urzędnicy izby skarbowéj byli prawie wszyscy strasznymi pijakami i czasem przepiwszy bóty, boso lub w łapciach do bióra przychodzili. To téż dzięki téj schludności i wzorowemu prowadzeniu się Cziczikow w parę lat postąpił na pisarza i otrzymał rangę.
Wtedy to naznaczona została komisya dla wybudowania jakiegoś znacznego gmachu rządowego, Cziczikow wkręcił się do niéj. Sześć lat pracowali nad tym budynkiem, jednak nie wiadomo czy to wskutek klimatu, czy téż przyczyną tego był materyał, ale wyżéj od fundamentu roboty się nie posuwały. Tymczasem w innych częściach miasta członkowie komisyi stawiali domy bardzo ładne, prawda nie rządowe. Cziczikow także zwolnił długo cierpiany post: przyjął kucharza, sprawił sobie z holenderskiego płótna koszule, najmodniejsze ubranie, wreszcie kupił parę koni, któremi, gdy wyjeżdżał, sam powoził. Ale raptem przysłany został na prezesa téj komisyi jakiś jenerał z Petersburga, który wziął się ostro do dzieła, a dopatrzywszy się szachrajstw, wszystkich członków komisyi rozpędził a razem z nimi i Cziczikowa. Jednakże dzięki zabiegom i niepróżnéj kieszeni naszego bohatera, wydano mu najzaszczytniejszy atest.
„No cóż!“ mówił do siebie Cziczikow, — „zaczepiłem, pociągnąłem, urwało się, — płaczem nic nie wskóram, trzeba iść daléj.“ Marzeniem jego było dostać się do straży nadgranicznéj, celnéj. Już nie wiemy jakiemi sposobami, ale nareszcie jego życzenia się ziściły. Przejął się służbą ze szczególną gorliwością, zdawało się że był stworzony na celnika. W kilka tygodni takiéj nabrał wprawy, że żaden podróżny nic zgoła przez komorę przewieść nie mógł. On kontrabandę przewąchał wszędzie, w dyszlu, w chomątach, nawet u koni w uszach, stał się biczem wszystkich okolicznych żydów i kontrabandzistów. Ta jego gorliwość zwróciła na niego uwagę naczelników i powierzono mu posadę zaufania, oddawszy mu pełną władzę. Tego téż Cziczikow wyczekiwał. Zmówiwszy się z drugim urzędnikiem, dla większego bezpieczeństwa, dopuszczali przemycarstwo na ogromną skalę, w kilka lat wzbogacili się każdy z nich do trzech kroć sto tysięcy rubli, ale wskutek błahéj sprzeczki, wspólnik Cziczikowa go denuncyował, sam przepadł, ale i nasz bohater wiele ucierpiał. Odebrano mu wszystkie pieniądze, jednak chytrość jego i przebiegłość i tu górę wzięła, ocalał jego honor, gdyż rząd go uniewinnił, ale z całego majątku nie pozostało mu jak z dziesięć tysięcy rubli, które starannie miał zachowane, kilka tuzinów koszul oraz znajoma nam bryczka, w któréj jeżdżą kawalerowie, trójka, Selifan i Piotrek.
W oczekiwaniu czegoś lepszego, bohater nasz został komisantem, faktorem, en gros. Między różnemi sprawami, które mu powierzono, była jedna tego rodzaju: Młody jeden pan, wielki hulaka, nie miał innego środka ratunku jak zastawić swój majątek,[1] majątek, to jest dusze, czyli poddanych. Cziczików, jako pełnomocnik był do tego użyty. Uzyskawszy najprzód względy wszystkich urzędników, opowiedział im, nie chcąc się narażać, w jakiém położeniu był majątek, że był zadłużony, i że wielu poddanych, wskutek grasujących chorób, wymarło. „Jednak z list rewizyjnych jeszcze nie są wykryśleni?“ zapytał sekretarz. „Nie, nie są“ — „Więc o cóż wam chodzi, jeden umarł, drugi na to miejsce się narodził.“ Bohatera naszego, jak gdyby przeszła iskra elektryczna. „Eh, he,“ pomyślał on sobie, — „szukam czapki, a czapka na głowie.“
Niech ja zakupię tych co powymierali, póki jeszcze nie podano list rewizyjnych, niech ich nabędę naprzykład tysiąc, a bank niech da choć po 200 rubli za sztukę, oto i kapitał się zbierze, 200 tysięcy! A teraz taka pora, niedawno Pan Bóg zesłał epidemią, ludzi wymarło jak much w jesieni. Niejeden darmo mi odda, żeby nie płacić podatku. Zapewne, że to delikatny interes, mozolny, straszny, może wyjść z tego bardzo niemiła historya, ale przecie jest i rozum od tego. Co jednak najlepsze, że przedmiot dziwny, nowy, nikt nie uwierzy i nie pojmie, w czém rzecz. Prawda, że bez ziemi nie biorą w zastaw, ale teraz w Chersońskiéj gubernii dają ziemię darmo byle tylko zaludniać. A wszystko to można zrobić byle zręcznie. Majątek można będzie nazwać Cziczikówka, albo Pawłowo.“ I oto jakim sposobem utworzył się w głowie naszego bohatera ten oryginalny pomysł, za który, nie wiem czy wdzięczni mu będą czytelnicy, jednak autor składa mu dzięki, gdyż bez Cziczikowa nigdyby mu na myśl nie był przyszedł.
— Eh, he! cóż ty? zawołał, budząc się Cziczików. — Ty!
— Co? zapytał Selifan.
— Jak to co? jak ty jedziesz, spisz durniu.
Selifan świsnął knutem; bryczka, którą jeżdżą kawalerowie, bystro się potoczyła i znikła z oczów, a w dali było widać tylko pył wznoszący się do góry.



KONIEC.
Poznań, czcionkami Ludwika Merzbacha.





  1. Bank brał majątki w zastaw, dając połowę wartości dusz. Ziemia się nie liczyła.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Nikołaj Gogol i tłumacza: Zygmunt Wielhorski.