Morituri/Część druga/VII

<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Morituri
Wydawca Wydawnictwo M. Arct
Data wyd. 1935
Druk Zakłady Wydawnicze M. Arct Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Od owdowienia swego hrabina Natalja usunęła się była od świata; wdziała żałobę i chodziła czarno, ograniczyła się szczupłem kółkiem znajomych, zamykając drzwi złotej młodzieży, która się do niej cisnęła, mając nadzieję pozyskania łaskawych względów. Zaszła w niej zmiana zupełna, którą sądzono zrazu przemijającą, ale się okazała trwalszą, niż prorokowano. Nie było w osamotnieniu tem przesady, nie czuć było popisu — zaczęto się więc dorozumiewać, że to, co zrazu miano za kaprys i drożenie się z sobą, było istotną duszy potrzebą.
Hrabina Natalja pozostała obojętna dla świata i prawdziwie wdową, w całem znaczeniu tego wyrazu, nietylko po mężu, którego kochać nie mogła, ale po złudzeniach i dramacie serca. Przyjmowała osób niewiele, pokazywała się rzadko; czasem widywano ją w teatrze, często bardzo w kościele. Pobożność jej wszakże nie miała tej cechy namiętnej, przesadnej, popisowej, która zawsze oznacza chłód serca, a rozgorzenie głowy. Znajdowano ją do niepoznania zmienioną. Uboga z siebie, żyjąc tylko z zapisu męża i odziedziczonej po nim pensji emerytalnej dosyć znacznej, dom swój postawiła na stopie przyzwoitej, nie wykwintnej, raczej skromnej, niż pańskiej. Nie było i w tem przesady żadnej, żadnego popisu, ani z zamożnością, ani z ubóstwem.
Zmiany te, które przeżyły naznaczone im przez wszystkich trwanie i stałą przybrały cechę, wiele osób surowych zasad, dotąd stroniących od kobiety, do której imienia wiązało się wspomnienie głośnej awantury, zbliżyły do niej i przejednały z nią. Hrabina Natalja ani szukała, ani zbyt unikała towarzystwa. Opowiadano tylko, że wszelkie próby adoratorów wskrzeszenia w sercu jej uczucia żywszego, zbywała pogardliwem i obojętnem milczeniem. Nakoniec musiano powiedzieć sobie, że się wyrzekła wszystkiego, coby pokój, którego szukała, zamącić mogło.
Była jeszcze w tym wieku, w którym piękność kobieca rozwija się w pełni i dochodzi do najwyższego blasku; cierpienie nadało jej urok nowy, nie ujmując żadnego z wdzięków, któremi dawniej czarowała. Powaga, jaką się oblokła, skromność, chłód nawet dwoiły nieprzystępną jej piękność, zdającą się pogardzać światem i nic nie żądać od ludzi. Artyści nie mogli się napatrzyć tej idealnej twarzy; młodzieńcy, którym pierwszy wysypywał się puszek, pierwiosnki natchnień poetycznych składali potajemnie u stóp tego anielskiego posągu.
Ci, którzy mieli szczęście bywać w jej domu, a wybranych liczba była bardzo mała, opowiadali o jej życiu zajętem czytaniem, muzyką, robotami kobiecemi i czynnym udziałem w Towarzystwie Dobroczynności. Dawniej dowcipna i sławna z iskrzącej się rozmowy, w której rzadko jej kto mógł dotrzymać, hrabina Natalja stała się teraz milczącą, małomówną, nawet rzadko okazywała, by ją przedmiot jaki żywiej obchodził. W twarzy, mowie, ruchach jej malowała się rezygnacja spokojna, pod którą domyślać się było można jakichś dogorywających ruin, zniszczenia i ciężkiej ducha żałoby.
Lekceważenie ogółu poczęło się zwolna na korzyść hrabiny zmieniać w szacunek dla niej, we współczucie i uznanie zasługi tej walki, z której wyszła zwycięsko.
Książę Robert od ostatniego pobytu swojego, od rozgłośnego pojedynku i choroby, ani razu nie pokazał się w Warszawie — zapomniano o nim trochę, tak że gdy się teraz ukazał, obudził powszechne zajęcie. Nikt jednak ani śmiał o nim wspominać przed hrabiną, która, przybywszy do teatru przypadkiem, zobaczyła go zupełnie niespodzianie i to było powodem jej omdlenia wobec zbyt licznych widzów, ażeby niepostrzeżone przejść mogło. Omdlenie to wywołało sądy, domysły, zdania i rozprawy najrozmaitsze. Przyjaciele i nieprzyjaciele hrabiny nosili się z niem, gardłując namiętnie, broniąc lub potępiając.
Nazajutrz nawet z najserdeczniejszych przyjaciółek jej nikt dowiedzieć się o zdrowie nie przybył. Dom był zamknięty, hrabina zachorowała, wiedziano, że nie przyjmowała nikogo, na księcia Roberta skierowały się oczy ciekawe i, gdyby to było podobieństwem, śledzonoby każdy krok jego. Dla wszystkich zagadką było niesłychanie zajmującą, czy w sercu księcia zagasło na wieki uczucie i wspomnienie, czy się ono nie mogło odrodzić, jakie będzie dalsze postępowanie Natalji i t. p. Miano jej wogóle za złe, iż uległa wzruszeniu, że skompromitowała się tak okrutnie omdleniem. Wszystkie dawne uprzedzenia przeciw niej wróciły. Złośliwe kumoszki, uśmiechając się, szeptały, iż zawsze były tego przekonania, że pokuta była tylko dobrze odgrywaną komedją. Przyjaciółki wzdychały, bronić nie śmiąc. Z natężoną uwagą czekano.
Nazajutrz księcia widziano w ulicy, dośledzono, że jeździł do hrabianki; ciekawość rozbudzona, w braku pokarmu, gryzła wędzidło i rzucała się na najśmielsze przypuszczenia. Słyszano, że do hrabiny Natalji wzywano doktora, nie można tylko było dojść którego, bo niezawodnie zachorowałoby kilka osób, by go wezwać i wyspowiadać.
Wypadek w teatrze zwrócił też powszechną uwagę nietylko na księcia Roberta i hrabinę Natalję, ale na Mościńskich także. Imię ich powtarzano sobie i wiadomości o rodzinie chciwie chwytano. Znaleźli się starzy znajomi, których właśnie tak pragnął znaleźć hrabia, potrzebując rady i pomocy.
Pomiędzy nimi najwięcej dawniej zbliżony do hrabiego był pan Aureli Zaręba Zarębski, majętny obywatel, niegdyś sąsiad Mościńskiego, dopóki się nie wyniósł na Podole, wdowiec, który, wyposażywszy dzieci, zamieszkał w Warszawie, pragnąc resztę dni spędzić swobodnie. Był to człowiek już niemłody, chociaż tajemnicę lat swych starannie ukrywał, niegdyś słynny z piękności mężczyzna, a w późnym wieku jeszcze bardzo szlachetnych rysów i szykownej postawy. Ta piękność, z której był głośny i z której, jak pocichu mówiono, umiał swego czasu korzystać, stanowiła jego wybitny przymiot, nie mógł więc o niej, choć sześćdziesiątletni, zapomnieć. Ubierał się zawsze po młodemu, trzymał prosto, wysilał na ruchy swobodne, jeździł konno i przekładał towarzystwo wesołej młodzieży nad inne. Był on nestorem i ulubieńcem złotych paniczów, ich wyrocznią, ich bożyszczem. Poufale zwano go Rębusiem i wszyscy kochali Rębusia, bo gdyby nie lekkomyślność, źle się godząca z siwemi, a nawet farbowanemi włosami, był to bardzo dobry człowiek, raczej fanfaron zepsucia, niż istotnie zepsuty. Udawał on wietrznika, chociaż nim rzeczywiście nie był. Ciężyła mu już ta rola, a porzucić jej jakoś żal było, bo cóżby wreszcie na świecie robił?
To mu nadawało wziętość, to stanowiło jego sławę. Dzieci płaciły mu kilkadziesiąt tysięcy, które przeżywał wesoło, rozpożyczał wiecznie zgłodniałym koleżkom, lub szafował na coroczne wycieczki do wód, bez których obejść się nie mógł. Rębuś bywał wszędzie, począwszy od zamku, aż do najmniej znanych salonów; uprzejmy był i przystępny, wiedział nowiny najświeższe, znał, kogo tylko znać było można, należał do obu resurs, nie wyłączał się od żadnych kwest i loteryj, gotów był służyć, gdzie go tylko zażądano, i umiał sobie pozyskać tak dalece serca ogółu, iż mógł być pewny, na wypadek śmierci, kilkotysięcznego orszaku na Powązki, nawet w słotę i błoto.
Mościński znał pana Aurelego jeszcze za młodych czasów jego donżuańskich, zapomniał o nim, a nie domyślał się, że go znajdzie w Warszawie. Jakież było podziwienie hrabiego i radość, gdy przechodząc koło Lourse’a, uczuł rzucającego się w jego objęcia Aurelego, któregoby był nie poznał, gdyby mu się nie przypomniał.
Zaręba także nie domyśliłby się dawnego przyjaciela w otyłym obywatelu, gdyby mu go wczoraj nie pokazano w teatrze.
— A! jakże jestem szczęśliwy, że cię spotykam, — odezwał się hrabia, chwytając go pod rękę — a to mi cię Pan Bóg, Opatrzność zesłała. Mój Aureli, nie wiesz, nie wiesz, jak mi w porę przychodzisz.
Popatrzyli na siebie.
— Ty się nie zestarzałeś, nawet włosy ci nie posiwiały, — zawołał Mościński — a ja!...
— Ty lepiej wyglądasz ode mnie, — rozśmiał się stary — ale około siebie, jak ja, chodzić nie umiesz. Ja jestem potajemnie siwiuteńki, tylko wody odradzającej używam. Nieprzyjemna rzecz świecić włosami białemi. Ale cóż ty tu robisz? słyszałem, żeś przybył z córką i mówią, że z przyszłym jej narzeczonym.
Mościński zaczął rękami trząść i przeczyć całym sobą. Uderzył wyraz jego twarzy poczciwego Zarębę.
— Czyś nie chory?
— Nie, ale jako staremu przyjacielowi wyznać muszę, że mam strapienie wielkie; jeżeli zachowałeś mi dawne uczucie, a masz chwilę czasu, jedźmy do ciebie.
— Najchętniej.
Dorożka, którą wzięli pod teatrem, dowiozła ich prędko na Nowy Świat, gdzie w połowie pierwszego piętra, bardzo ładnie po kawalersku urządzonej, mieszkał pan Aureli. Usadowił zaraz w wygodnym fotelu Mościńskiego, drzwi zamknął, służącego postawił na straży, i dobył cygara.
— No, teraz mów! — odezwał się — słucham i jestem na twe rozkazy.
— Ale najprzód dłoń i słowo, że to zostanie między nami.
— Słowo i dłoń — bądź spokojny.
Mościński się obejrzał i zawołał po chwili:
— Jak mnie widzisz, jestem najnieszczęśliwszym z łudzi: wpadłem w awanturę, z której nie wiem, jak wybrnę. Chciał los nieszczęśliwy mój, żebym po drodze wstąpił do książąt Brańskich. Są mi dalekimi krewnymi, a ani o ich stanie majątkowym, ani o księciu Robercie nie wiedziałem nic. Jedynaczkę mam córkę, książę się o nią począł starać, a tu — dowiaduję się...
Mościński zamilkł, trąc czoło i wzdychając.
— Przyjacielu stary, — dodał — na miłość Bożą cię zaklinam, mów mi o nich, co wiesz, objaśnij, radź!
— O cóż ci idzie? — spytał Zaręba. — Książęta Brańscy są źle w interesach, to wiadomo powszechnie, książę Robert miał ongi romansik z hrabiną Natalją, o tem wróble na dachach świergoczą: ale Brańscy są piękną i zacną rodziną, książę Robert jest pełnym szlachetności młodzieńcem, czegóż ty chcesz?
— Ale oni są doszczętnie zrujnowani! — krzyknął Mościński.
— O tem cię nie potrafię objaśnić, a zresztą, nie wiem, kto dziś nie zrujnowany.
— Znasz mecenasa czy adwokata Piątkiewicza?
Pan Aureli, który znał wszystkich w Warszawie, począł powtarzać to nazwisko, poszedł do kalendarza dla sprawdzenia i — rzekł po chwili:
— Mogę ci zaręczyć, że żadnego tego nazwiska prawnika w Warszawie niema.
— Mówił mi, że go wszyscy znają.
— To bezczelnie kłamał.
Mościński opowiedział szczegółowo całą swą ranną przygodę z owym Piątkiewiczem; Aureli dziwnie głową kiwał.
— To jakaś intryga, — rzekł — człowiek z nazwiskiem fałszywem, zatem cała rzecz podejrzana.
— Cóż mówisz na wczorajszy skandal w teatrze?
— Jest to zapewne wypadek bardzo smutny, szczególniej dla tej biednej hrabiny Natalji, którą ja czczę i wielbię, ale cóż temu książę Robert winien, że takie pasje obudza?
— Lękam się bardzo, — zniżywszy głos, mówił Mościński — żeby mi się córka nim nie zajęła, to człowiek złamany, wyżyty!
— Przepraszam cię, — przerwał Aureli — my jego życie doskonale znamy; hrabina Natalja była jego pierwszą i ostatnią słabością. Był młody, zakochał się, strzelał, odchorował, usunął, cóż naturalniejszego? Gdzie tak wielka wina? Dlaczegoby teraz i kochać nie mógł poczciwie, i być najlepszym mężem?
— Ale oni są bankrutami!
Aureli ruszył ramionami.
— O tem nie wiem, — dodał — może to być, a może przesadzają, zainformuję się łatwo. Jednak imię piękne, człowiek uczciwy, a jeśli się córka nim zajęła, niema co, il faut passer outre. Znam Roberta z dawniejszych czasów; choć mówią, że się wielce odmienił, że stetryczał, ostygł, ale to był gorącego serca, wielkiej prawości, prawdziwie rycerskiego charakteru chłopiec. Rodzina godna szacunku. Gdzie ty dziś znajdziesz dla córki i familję i człowieka, któryby lepsze dał rękojmie szczęścia?
Mościński się zamyślił.
— I powiadasz, że żadnego Piątkiewicza niema na świecie?
— Przynajmniej takiego, jak mówisz, tu u nas niema. Piątkiewicz, któryby jeździł karetą? Ależ ja znam wszystkich, co karetami jeżdżą, co do jednego, żaden mecenas nie używa karety, wszyscy chodzą pieszo, lub skromną obywają się dorożką. O córce twej wszyscy wiedzą, że ma znaczny posag i jest jedynaczką, gołych i zrujnowanych paniczów coniemiara, to się łatwo tłumaczy. Chcą księcia Roberta usunąć, a podsuną ci innego jakiego pozłacanego młodzieńca.
— Cóż tu począć? — westchnął Mościński.
— Nic, nic, — zostawić rzeczy jak są, aby się same wyklarowały, nie zrywać, nie widzieć, czego nie jesteś zmuszony, córki nie trwożyć. Zresztą ja przy tobie, — dodał Zaręba — biorę cię w opiekę, całe miasto znam, rachuj na mnie, nie dam cię wprowadzić w matnię. Dziś sprawdzę Piątkiewicza, jutro przywiozę ci różnych wiadomostek wór pełny.
W ten sposób uspokoiwszy Mościńskiego i dawszy mu się zaprosić na śniadanie u Bouoquerela, Zaręba odprowadził go w weselszym nieco humorze do domu. Na obiad wczoraj jeszcze był zaproszony książę Robert, ale się słabością chwilową wymówił.
Nowym to niepokojem nabawiło hrabiego, pokrył go jednak przed córką. Wieczorem pojechali do teatru — Robert się nie ukazał.
Po teatrze hrabia kazał się zawieźć do niego.
Zastał go nad otwartą książką, bladego, przybitego, lecz z rozmowy ostrożnej niczego się dobadać nie umiał, oprócz że był cierpiący, co zresztą z twarzy nawet było widoczne.
Po odjeździe gościa, który zabawił krótko, Robert chodził dopóźna po swoim pokoju i nad ranem dopiero znużony poszedł na spoczynek. Twarz blada Natalji stała przed jego oczyma, słyszał jej krzyk, nieprzezwyciężona jeszcze miłość ciągnęła go ku niej, lecz z tą namiętnością walczył mężnie, kilka razy w ciągu tego dnia chciał już biec do niej, ale wspomnienie ojca, rodziny, obowiązków wstrzymało go. Lękał się jednak samego siebie i czuł, że najbezpieczniejsze było uciec z Warszawy, wrócić do Brańska. Przewidywał, że Natalja może odezwać się, napisać do niego i jednem słowem złamać najmocniejsze jego postanowienie. Cierpiał okrutnie.
Chociaż dłuższa znajomość z Alfonsyną dozwoliła mu bez widocznego przymusu znosić jej towarzystwo, być uprzejmym i grzecznym dla niej, czuł niezwyciężony wstręt ku niej, drażnił go głos jej, niecierpliwił widok, przestraszała okazywana czułość. Brzydził się kłamstwem i uczucia wcale zmyślać nie umiał, nie silił się więc na okazywanie miłości, lecz młode dziewczę brało ten chłód za wymaganą w wyższem towarzystwie formę i niemal się cieszyło poszanowaniem a nieśmiałością, jaką budziło. Miss Burglife utrzymywała ją w tem przekonaniu, sądząc, że się ojcu i książętom najlepiej przysługuje. Widziała ona lepiej od swej wychowanki brak uczucia w księciu, obojętność i zimną tylko grzeczność, ale czuła się w obowiązku zaręczenia Alfonsynie, iż tak zwykle na wielkim świecie się kochają i dopiero po ślubie następuje wybuch długo ukrywanej czułości. Dlatego, tłumaczyła ona, młodzi małżonkowie natychmiast zwykle udają się w podróż, ażeby pierwszych wynurzeń przywiązania niczyje nie dojrzało oko. Alfonsyną z każdym dniem mocniej zakochana była w księciu Robercie i wyznała przed przyjaciółką, iż żyćby bez niego nie mogła.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.