<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł My i Oni
Podtytuł obrazek współczesny
Wydawca Księgarnia Jana Konstantego Żupańskiego
Data wyd. 1865
Druk Michał Zoern
Miejsce wyd. Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Władysław odszedł po cichu zadumany, zmęczony, ale nie przekonany. Jeremi sunął się daléj alejami ze łzą w oku, poważna twarz jego nie odżyła po téj rosie, która najstarsze oblicze umie oblewać rumieńcem, blady był i wydawał się martwym. Zdawało się, że łza pociekła z innego źródła, nie ztąd, zkąd płynął pokój na wyjaśnioną twarz jego.
Był zaledwie o kilkadziesiąt kroków od Władysława, gdy postrzegł naprzeciw siebie idącego mężczyznę średnich lat w mundurze wojskowym, który już zdala mu się przyjaźnie uśmiechał i rękę wyciągnął. Rodowity Moskal, ale po europejsku wychowany, generał Żywcow znał się z Jeremiem, lubił go i widać było że rad go spotkał. Zatrzymał się chwytając go i zawołał po francuzku:
— Niezmierniem rad, bardzom szczęśliwy... pragnąłem widzieć pana. Zmiłuj się, mów mi, wytłumacz! co się to dzieje!
— Jak to? cóż się dzieje? spytał Jeremi.
— No! nie udawajcie ze mną. Szpiegiem nie jestem, życzę Polsce i Polakom dobrze... ale co wy robicie? dokąd to idzie! Chcecie rewolucyi! chcecie waszéj zguby...
— To się nazywa od razu wejść in medias res, rzekł uśmiechając się stary — no! dobrze... mówmy o tém.
— Mówmy, zawołał jenerał — zginiecie...
— Nie, jenerale, przecierpim, skąpiemy się we krwi, wyjdziemy z kąpieli młodsi i silniejsi. Co się tyczy rewolucyi mylicie się, nie my ją robimy, nie my jéj chcemy, robicie ją wy, zmuszacie nas do niéj.
— My! mówmy serio! zawołał Żywcow.
— Zupełnie serio... rzekł Jeremi. Kto wychował tę młodzież? wasi nauczyciele, szkoły wasze i wasza niewola... Trzydzieści lat pracujecie na zaszczepienie w nas zasad rewolucyjnych... nożem zaropiałym od jadu wyrzynając rany, w które go wlewacie sami... Zapomnieliście żeśmy byli narodem wielkim i mamy po przeszłości spuściznę, nie szczędziliście naszéj miłości własnéj, upokorzeń, ucisku... zepsuliście dzieci nasze i zasiawszy ziarno, skarżycie się że wschodzi?.. Mówicie na nas żeśmy niepoprawni, my wam toż samo powiedzieć możemy.
— Więc cóż z wami było robić, żebyście siedzieli spokojnie? spytał Żywcow.
— O! na to było wiele potrzeba! smutno odparł Jeremi, nie potraficie tego póki się waszych wyobrażeń nie pozbędziecie. Czujecie w sobie siłę a nie wiecie jak ją obrócić, umiecie tylko cisnąć i cisnąć. Ciśnienie wywołuje w nas oddziaływanie.
— Ależ przecież rozpoczęły się reformy!
Jeremi się uśmiechnął.
— To co wam zdaje się ogromném ustępstwem, dla nas jest zaledwie cząstką tego, co nam należy... Zabraliście nam majątki, a dajecie z łaski małą pensyjkę na życie, tak samo ze swobodami, wzięliście wszystkie, zwracacie pozornie odrobinę. Ale dając i to boicie się żebyśmy nie mieli zanadto. Fatalizm historyczny stworzył to położenie dziwne, niemożliwe, męczeńskie dla nas, ale pewnie płodne dla świata, a szczególniej dla Rosyi. Osobliwsza rzecz, że my w upadku, w poniżeniu, przy widoczném nadgniciu charakteru narodowego jeszcze wyżsi jesteśmy nad was. Gardzicie nami, znęcacie się, a w duszy czujecie żeśmy spadkobiercy bogatszéj niż wasza matki przeszłości. Was wychowali Iwanowie Groźni, Piotry i Mikołaje, nas Batorowie, Sobiescy, Mieczysławy, Bolesławy i Kazimierze... myśmy żyli z Europą i światem, gdy was w żelaznéj kolebce kołysał jeszcze despotyzm wykarmiając na posłusznych żołnierzy. Wyście sołdackie dzieci, my potomkowie rycerzy...
A wiecie, dodał, jaka jest różnica sołdata od rycerza? sołdat słucha wodza, rycerz natchnienia, tamten walczy o zdobycie kawała ziemi dla ambitnego samoluba, ów o ideę i przekonanie. — Cała przeszłość wasza moskiewska w tém, że podbijacie ziemie dla niewoli, myśmy je umieli tracić dla swobody...
Zamilkł, chmurą powlokło się czoło jenerała.
— Wiecie, rzekł, że niebezpiecznie jest dziś mówić rzeczy podobne. Dziękuje wam za prawdę, lub za to co za prawdę macie, wypowiedzenie jéj jest dowodem szacunku, umiem go cenić... jednakże radziłbym wam nie roznosić głośno tych teoryi, oneby was mogły zawieść do Wiatki lub Kostromy.
— Widzisz zacny jenerale, odparł uśmiechając się Jeremi — naczém zawsze wasza ultima ratio... nie chcecie rozprawiać i przekonywać się, wolicie zawiązać usta i zdusić to czego nie umiecie obalić rozumowaniem... Odzywa się w was zawsze żołnierz... przemawia przez was despotyzm — czujecie słabość waszą...
— Słuchaj, rzekł jenerał — być to może, ale przyszłość nasza! powoli Iwany, Piotry i Mikołaje wyrobią w nas to, czego wy nie nauczyliście się wojując z Batorym, z Sobieskim i z całym waszych królów szeregiem. Gdy zaświta dla nas jutrzenka swobody, my ją potrafimy szanować: dla was zawsze jéj będzie mało... żołnierze będziemy karni, rycerze wyjdziecie na Don Kwichotów... bić się będziecie z wiatrakami, byle się bić...
— Macie nieco słuszności i tę wam przyznaję, odparł Jeremi, wyglądamy na Don Kwichotów, ale pozwólcie sobie powiedzieć, że rycerza z Manszy nie rozumiecie wcale. Powieść tę, arcydzieło to czyta ludzkość lat trzysta i nie pojęła, że Saavedra wyraził w tym typie człowieka, może naród, wyższy poczuciem ideału nad świat, który go otacza. Kawaler z Manszy jest śmieszny dla oberżystów i parobków, ale wielki dla ludzi serca... On chce dobra gdy drudzy chcą tylko chleba...
Wolę być Don Kwichotem niż Sanszo Pansą lub parobkiem.
— Nigdy się nie zrozumiemy, przerwał niecierpliwie jenerał.
— Zdaje się, kończył Jeremi idąc z nim powoli ku miastu, musimy się zjeść, bo się nie potrafimy zrosnąć ani rozdzielić... Chcecie z nas zrobić Moskali, my czujemy żeśmy byli czemś więcéj niż bojarowie Groźnego, my z was pragniemy zrobić ludzi, a wy lubujecie się w szaraku niewolników.
Twarz Żywcowa pokraśniała.
— Dosyć tego, rzekł, zwróćmy się do przedmiotu... idzie więc do rewolucyi...
— Być może, wiecie, odpowiedział Jeremi, że ja rewolucyi jak chorób nie cierpię, ale są słabości nieuchronne... tę wy nam wszczepiliście.
— Przepraszam, byliście zawsze garścią burzliwych wichrzycieli...
— A tak łatwo było z nas zrobić falangę spokojnych pracowników postępu!! ale na to potrzeba było czegoś więcéj niż siły, potrzeba było rozumu i szczerości... dobréj woli i wiary...
— Możnaż wam było wierzyć?
— Poruszacie kwestye ogromne... wiara się nie narzuca ale się zdobywa i musi być wzajemną. Kłamaliście nam, kłamaliśmy téż nawzajem, szczepiliście fałsz, zeszło łgarstwo... obiecywaliście zostawić nam wszystko, a odbieraliście powoli niemal do ostatka i siłę i godność... Upokorzyć i zgnieść chcieliście nie przejednać.
— Wyście nas do tego zmuszali...
— Fatalizmy! fatalizmy! westchnął Jeremi... napróżno byśmy teraz obżałowywali przeszłość niepowrotną... Chcieliście zgnieść i gniotąc wyrobiliście w nas potężnego ducha, nie skarżcież się nań, to dzieło wasze... Umielicie wyfrymarczyć, zagarnąć, nie potrafiliście rządzić, wielkość wasza territoryalna zaślepiła was... wyobraziliście sobie, że wasze 40 milionów poddanych silniejsze są niż dwakroć sto tysięcy ludzi!
— Ale te miliony was zgniotą...
— Zgniotą... zgniotą... rzekł Jeremi, a stanie się to czego nie spodziewacie, że ze zgniecionych stu wyrośnie żywych tysiąc, że z Moskali porobią się Polacy, że w szeregach buntowników walczyć będą wasi żołnierze, że ostatecznie nie Moskwa da Polsce niewolę, ale Polska Moskwie swobodę...
Zamilkli.
— Radziłbym wam, pod te ciężkie czasy, odezwał się po chwili jenerał, nie tak obszernie o tém rozprawiać... Szczerze mi was żal, nie zrozumieją was i — posadzą w cytadeli...
— Mówiliście mi już o tém, spodziewam się niechybnie pojechać z niéj do Wiatki lub Kostromy, to rzecz nieunikniona.. tam gdybym nawet milczał, a kamieniami na mnie rzucano, moja twarz będzie powoli nawracać... moje łzy będą rodzić ludzi...
— Jabym was rad ochronił, rzekł jenerał, wiem, że czynnie przeciwko nam nie wystąpicie, boście do czynu już nie zdatni, ale w tym zamęcie oskarży was lada kto, i pojedziecie w Sybir.
— Jest to, wierzcie mi, co mi się najszczęśliwszego przytrafić może, odparł Jeremi, nie rad bym patrzeć na to co się dziać będzie, na nic się tu nie przydam, a tam...
Jenerał zadumał się.
— Przyprowadzicie do tego rząd, rzekł, że na was naród cały podszczuje i wypuści, a gdy się w nim namiętności rozigrają, biada wam!
— Tak, ale i biada wam! powtórzę, zawołał Jeremi, dla nas i dla sprawy ogólnéj ludzkiéj nic szczęśliwszego nad to stać się nie może... Będziecie musieli odwołać się do opinii, do siły, którą przez wieki usiłowaliście zniszczyć, stworzycie siłę niebezpieczną dla nas, ale stokroć szkodliwszą wam samym. Z razu spuszczona z obroży, rzuci się ona na Polskę, ale jéj na łańcuch nie weźmiecie tak łatwo... Znacie tę balladę Göthego, Uczeń czarnoksiężnika? to może być historya wasza... Uczeń znał zaklęcie, którém można było zmusić miotłę do noszenia wody, ale nie pamiętał słowa, co mogło powstrzymać... woda zalała mieszkanie... Dziwnemi drogi idzie konieczność do celu opatrznościowego... Rok 1814 obudził w Niemczech pragnienie i poczucie swobody, rok 1863 może toż samo zrobić dla was... My zginiemy, ale idea wykwitnie zwycięzko...
— A moglibyście żyć! podchwycił Rossyanin, dla czegoż ginąć dobrowolnie?
— Dla idei! narody ani dobrowolnie biorą posłannictwa, ani je same zrzucić mogą z siebie, choćby im one ciężyły. Spełniają je często mimo woli i mimo wiedzy do zgonu i po zgonie, jak kwiat, którego woń i własności przechowują się w nim, choć dłoń człowieka zerwie z łodygi i rzuci na rozdroża. — Za sto lat wy inaczéj sądzić nas będziecie, i postawicie sami pomniki tym, których umęczycie dziś zajadle... Bóg wielki, ludzkość nieśmiertelna, a idee dziećmi są bożemi!! Wam tylko młodym zdawać się może, iż z nimi walczyć potraficie! Nie postrzegacie, że to co się wam zdaje walką i zagładą, jest inną formą pracy z nami wspólnéj. Cesarz Mikołaj był tak dobrze robotnikiem na polu swobody ogólnéj, jak w innym rodzaju Garibaldi... jego ucisk był takiém narzędziem do postępu, jak gdzieindziéj szerokie, otwarte jéj pola. Mikołajowskiéj arbitralności winna Polska, że żyje i nie śpi, a może gwałtowności waszéj zawdzięczać — odrodzenie moralne, okupione strumieniami krwi. Znaczenie ludzi i faktów nigdy z bliska się nie da oznaczyć, trzeba trochę perspektywy, aby je objąć całe... To co na pierwszy rzut oka a wydaje się chropawe i niemile, zdala błyszczy światłami uroczemi.
— Bałamucicie, rzekł jenerał.
— Być może, odparł Jeremi, za to pojadę do Kostromy lub Wiatki, ale podróż moja ani wygnanie tysiąców nie zmieni na włos jeden tego, co z prawa zasadniczego dorobić ma się ludzkość przez waszą i naszą... głupotę...
— Co za szczęście, że nie mamy rozumu! uśmiechnął się Żywcow, mogłyby się przezeń zachwiać losy świata...
— Dobry żart, ale nie prawda, dorzucił stary, gdybyście wy i my mieli rozum, stałoby się tylko że zamiast broczyć we krwi poszlibyśmy lepszym gościńcem a zawsze jednak do tego samego celu... Przeznaczenie może się odwlec i utrudnić, zmienić się nie może.
— To coś już zakrawa na turecki fatalizm uśmiechając się rzekł Żywcow...
— Nie, ale na niezmienność praw pewnych, do któréj rozum ostatecznie przyjść musi, choćby ją obie nazwał jakiémkolwiek imieniem... Świat nie może stać bez prawa twardego i nieporuszonego, widzimy prawa te w świecie materyalnym niezachwiane od lat tysiąców, tak samo w moralnych sferach istnieją one i rządzą. Wyłamywać się z nich jest śmiesznością, w tym młynie co padnie pod kamień nie wstrzyma obrotu a zmełtem zostanie.
Gare à Vous! śmiejąc się rzekł Żywcow.
— Strzeżcie się, bo i wy nie jesteście wyjątkiem... mówił daléj stary. Ten młyn i waszą potęgę zetrzeć może, jeżeli się opierać będziecie koniecznościom czasu, epoki i przeznaczeniu ludzkości.
— Za dalekośmy zaszli, rzekł jenerał — radbym znijść na ten padół płaczu i bliżéj nas tyczące sprawy.... A więc robicie rewolucyą?
— My? nie, ale wy sami popychacie do niéj... stanie się po waszéj woli i przyjdą wielkie klęski dla nas, wielkie a bolesne dla was tryumfy, cieszcie się, zwyciężycie niezawodnie! Ale co za tą chmurą stoi w wyrokach Opatrzności... Bóg jeden wie...
— I my, dodał żywo Rosyanin, jeżeli się porwiecie zgnieciem was, wytępim, zniszczymy — Polska zginie!
— Polska nie zginie, odparł Jeremi, Polaków dużo... ale nie Polska. Polska idea może tylko wówczas zlać się i zniknąć w ogólnéj sprawie świata, gdy zwycięży, dopóki walczy nie może być zwyciężoną.
— Dla czego?
— Bo jest wyższą nad tę ideę, któréj wy uczyniliście się obrońcami, wy wprowadzicie z sobą przeszłość, my przyszłość... a w imieniu przeszłości nikt nigdy na ziemi trwale nie zwyciężył... Marzeniem jest powrót do tego co skonało.
— Mówicie przeciwko sobie... przerwał jenerał, my to jesteśmy przedstawicielami nowego świata, wy chcecie szlacheckiego feudalizmu, poddaństwa, powrotu do respubliki magnackiéj i szlacheckiéj. My...
Stary począł się śmiać mocno.
— Jednę potwarz więcéj, rzekł, już nie boli, tak u was piszą i mówią, ci co chcą nas zjeść w imie ciemności. Stara Polska tak jest niemożliwą jak stara Moskwa wasza.. Szlachta nasza zrobiła ofiary wielkie i choćby z bólem uczyni jeszcze olbrzymie... Nie chce ona swobody dla siebie ale dla wszystkich... Na nieszczęście wyście nie dorośli do zrozumienia nas, a my... do obrachowania sił własnych... Aspiracye nasze są czyste... porywy wielkie... ale tchu na wykonanie olbrzymiego dzieła zabraknie... Dajmy sobie pokój jenerale... widzicie że się zrozumieć nie potrafimy, ja w was widzę ludzi, którzy służą despotyzmowi przebranemu w demokratyczną siermięgę chwilowo, wy w nas zawsze zakutą tylko szlachtę chcącą odzyskać przywileje i rózgę na wieśniaka... Dodajcie do tego starą bajkę o Francuzach jedzących żaby, o Anglikach sprzedających żony na postronku za dwa szylingi... pójdzie to wszystko do pary...
I zaczął się śmiać stary Jeremi, ale łzy miał w oczach wilgotnych... a Moskal się głęboko zamyślił.
— Niedobrańszéj pary nad Rosyą i Polskę nie było pod słońcem, odezwał się Jeremi, nie znałem między najzacniejszymi ani jednego Rosyanina coby był w stanie ocenić Polskę i Polaków, może téż ni jednego Polaka coby Moskala zrozumiał. Jenerale! macie sobie wiele dobrego, wszystko złe w was pochodzi z despotyzmu. Każda z wad waszych jest jego dziecięciem, noszą one na sobie piętna pochodzenia... i długo, długo będziecie się musieli z nich leczyć... Oczy wasze już w mgłach i ciemnocie odgadują jutrzenkę, czujecie że światło wznijdzie, ale ono was razi i zatulacie od niego źrenice wasze, boście do nocy przywykli, a noc i sen trwały długo...
Któż wie, w widokach Opatrzności może jest zużytkowanie naszych błędów w sposób którego się nie spodziewamy ani my ani wy... nic nie przechodzi darmo... nawet pył co leci drogą jest czynnikiem koniecznym dla dziejów świata... może oczy zasypać w chwili gdy niepotrzebny widok miał je uderzyć.
— A więc... a więc, dokończył Rossyanin, rewolucya nieunikniona, rozlew krwi i my... my znowu zmuszeni będziemy wystąpić jako barbarzyńcy przed światem.
— Niech to was nie obchodzi, odparł Jeremi powoli, świat w téj chwili wszystko wam przebaczy byle siedział spokojnie u warsztatu i za biurem bankierskiém. Policzy krew przelaną na procenta od swych kapitałów... a gdy zwyciężycie pożyczy wam pieniędzy na nowe dla nas kajdany. Świat nie jest czém był... Trzeba mu nowego mesyasza coby go odrodził, wielkich nieszczęść coby nim wstrząsły... Nie okrzyczy was opinia ale laurami opasze... Byle cicho! byle nie spadły papiery, byle handel szedł...
Uśmiechnął się boleśnie, ścisnęli sobie ręce i rozstali jak dwaj ludzie co się zrozumieć nie mogąc, czują wzajemny szacunek ale zarazem i litość. — Moskal rzekł w duchu — Marzyciel stary! — Polak szepnął — Poczciwy stupajko! Jeden od drugiego nie nauczyli się nic.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.