<<< Dane tekstu >>>
Autor Józef Ignacy Kraszewski
Tytuł Nad modrym Dunajem
Wydawca Michał Glücksberg
Data wyd. 1885
Druk Drukarnia S. Orgelbranda Synów
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


O zwykłej obiadowej godzinie, w górnej sali hotelu Stadt Frankfurt, a raczej w dwóch obszernych pokojach, dosyć ciemnych, pełno już było osób zasiadających przy różnych stołach...
Restauracya w Stadt Frankfurt słynie oddawna kuchnią smaczną, zdrową, i niby to nie drogą, ma więc mnóstwo stałych stołowników, którzy kuchni w domu nie trzymając, radziby nie tracić się i nie rujnować. U jednego krągłego stołu w pierwszym ciemnym pokoju, zasiadają zwykle starzy wojskowi, czynni i dymisyonowani, jenerałowie i pułkownicy, u drugiego... ku oknom urzędnicy ministeryalni... u trzeciego nawet skromniejsi bankierowie i pomniejsza arystokracya giełdowa... Nie rzadko spotyka się tu i tytuł książęcy i jedną z tych znakomitości wiedeńskich, które wszystkie stare i młode, zarówno wyglądają na ruiny.
Przybywającego tu świeżo z Berlina uderzyć musi zupełna zmiana tonu towarzystwa i jego charakteru; nie zbywa i tu na pewnej dumie i pańskości, ale inaczej się one cechują. Czuć, że tu duszę napełnia niepowrotna przeszłość, gdy tam nadyma dorobkiewiczów teraźniejszość i ufność w swe siły.... W austryackim urzędniku i wojskowym łatwo dostrzedz, iż się godzi z musu z teraźniejszością ale przyszłości nie ufa.
Jeśli z nich który nie mówi o tem, nie może zakazać twarzy i postawie, by tajemnicy nie wypowiedziały... Jest coś dziwnie smutnego w tych spadkobiercach wielkości habsburgskiego cesarstwa, zrezygnowanych, chłodnych, lecz ze sceptycyzmem na czole wypisanym chodzących.
Przysłuchując się rozmowie, rychlej się dopytasz spraw niemieckich niż austryackich. W pojęciach też, jak u każdej potęgi, którą niezłomna konieczność ciągnie ku przepaściom, nieprzeliczona rozmaitość. Zdania się krzyżują, walczą — a ostatecznie z tego prądów tysiąca, powstaje chaos. Jest to najwyraźniejszy proces rozkładowy.
Może poczucie własnej słabości u wielu ludzi — ostrożne milczenie; nie chcą się wygadywać z tem co mają w głębi duszy — ani odkrywać ran i zwątpienia.
Ten ostatni wyraz najlepiej ducha teraźniejszego państwa maluje. Nikt tu nie ufa przyszłości — a cudu potrzeba ażeby się to ocaliło, co samo w swe ocalenie nie wierzy. Na twarzach posępnych widać rezygnacyę, ból, obojętność, zdrętwienie.
Wszyscy szepcą po cichu, choć nikomu nie zakazano mówić głośno. Świadkowie klęsk osiwiali, noszą ich moralne piętno na sobie, młodsze pokolenie patrzy w przyszłość głowę zwracając w inną stronę — ku wschodzącemu słońcu, czy ku błyszczącej komecie, której świetny pas, widnokrąg polityczny przecina.
Dziwna rzecz, te stare wyszarzane mundury czynią jednak wrażenie, że w nich chodzą dawni panowie z krwi i ducha — a w Berlinie, najświetniejsze stroje i dekoracye rzekłbyś lokaje w niebytności panów wdzieli na siebie. — Ale — ci panowie... patrzą w trumny, a ci lokaje... któż to może wiedzieć co z nich będzie??...
I tego dnia też w jadalnej sali nie było weselej. U stołu stojącego w pośrodku, gdzie radzcy ministeryalni siadają i biurokracja się przekarmia — przyszedł, zapewne, nie bez myśli i celu, przysiąść się hrabia Panter. Tu, niemal wszyscy go znali, jako częstego we Wiedniu gościa, ze wszystkimi się w przymilający nadzwyczaj sposób, witał, ściskał, zaprawiając cukrowym uśmiechem powitania. Był tu jakby na własnym, doskonale mu znanym gruncie, jakby w domu. Kelnerowie kłaniali mu się nizko i głośno palili — Herr Graf! Oczekiwał właśnie na kogoś, bo się nieustannie ku drzwiom oglądał, niespokojnie. Już sobie był jednak z karty obiad zadysponował i zabierał się do zupy, gdy wyświeżony Paschalski nadciągnął, i korzystając ze znajomości, uchwyciwszy się jej chciał zaraz do tego samego się przysiąść stolika, ale miejsca już tu brakło, a hrabia Panter nie zdawał się tem bynajmniej zasmucony.
Rozpoczął już cichą rozmowę ze swym sąsiadem, w którym łatwo było poznać typ biurowej ekscellencyi, wyrosłej w papierach od konceptuatu... — gdy — we drzwiach się ukazał Rżewski. Rzucił okiem po pokojach i stanął chwilkę, jak by niepewien gdzie usiędzie. Właśnie Paschalski też miejsca sobie szukał, mocno na to zważając, aby się nie spospolitować, i usiąść jak najwyżej — jak najdostojniejszych mając przy sobie sąsiadów.
Rżewski wszedł do drugiego pokoju, gdzie zwykle jadała polska delegacya — i tu usiadł w kątku. Paschalski też nie znalazłszy przyzwoitszego pomieszczenia — przysiadł się do niego.
Wkrótce potem zamaszysto wszedł do tego samego pokoju, widziany już na stacyi młody Troiński, rozpatrzył się w koło, i, nic nie mówiąc, siadł naprzeciw nich, u jednego stołu. Kiwnięto sobie głowami.
Na twarzy Paschalskiego odmalowało się nieukontentowanie, zaczął przed obiadem zęby wykalać, nie mając co robić — na cetel spoglądał pogardliwie... Parę razy, niby porozumiewając się, spojrzał na Rżewskiego, ubolewając, że im ten natręt rozmowę poufałą mięsza. Troiński wziął tymczasem Nową Pressę i cały się w niej zatopił.
Rżewski rzucał oczyma ku drzwiom, być może spodziewając się przybycia Słomińskich — ale niedoczekawszy się ich, wkrótce potem, godząc się z przeznaczeniem, począł jeść zupę... Milczeli wszyscy...
Byli przy rybie, gdy niespodzianie, ukazał się ranny rycerz, pan Ernest Zabawa Zielonowski, a spostrzegłszy pana Eljasza starał się wyraźnie przysiąść jak najbliżej koło niego. Lecz że miejsca innego nie było próżnego, zajął krzesło wakujące przy Troińskim.
Paschalski zmierzył go oczyma i zrobił minę taką jakby mu to apetyt odbierało. Przybyły bardzo śmiało począł się rozporządzać w hotelu, i przywitawszy demonstracyjnie Rżewskiego, który mu zaledwie oddał jego pozdrowienie — począł głośną rozmowę.
— Coraz więcej tu naszych ziomków przybywa — rzekł.
Nikt mu na to nie odpowiedział, tylko Troiński podniósł głowę zanurzoną w Pressie, popatrzał długo i uważnie na przybysza — i — powrócił do dziennika.
Karmili się wszyscy w uroczystem milczeniu; słychać było brzęk talerzy, nożów i widelców, latanie kelnerów i przelewanie austryjskiego wina z flaszeczek do szklanek.
Rycerz Zabawa ciekawemi oczyma plądrował po zasępionych twarzach. Nie powiodło mu się wprawdzie zawiązać rozmowę i kuso nań patrzano, ale go to nie zraziło; pracował snać nad znalezieniem innego środka wśrubowania się przymusowego między szanownych ziomków. Więcej oczyma niż gębą robił, jadł z roztargnieniem, co mu na zdrowie pójść nie mogło.
Ile razy wzrok wymierzył na Paschalskiego, tyle razy ten swój odwracał, dając do zrozumienia, że się z nim wdawać nie myśli. Rżewski był też milczący i patrzał tam gdzie się nie spodziewał spotkać rycerza. Musiał więc on, poznawszy instynktowo w Troińskim ziomka, na nim spędzić ochotę do rozmowy, rachując może, iż ona się stanie zaraźliwą.
— Zdaje mi się, że miałem przyjemność być panu przedstawionym u barona... — szepnął z cicha.
Troiński począł mu się przypatrywać z uwagą.
— Być może — odezwał się nader obojętnie — być może.
— Ernest Zielonowski.
— Jan Troiński.
— Bardzo mi przyjemnie, iż mogę się choć tu przypomnieć szanownemu ziomkowi, o którym tyle słyszałem.
Troiński skłonił się krzywiąc.
— A pan co tu w Wiedniu porabiasz? — zapytał.
Ten wystrzał, tak prosto w piersi, znalazł nieprzygotowanym rycerza, który odchrząknąwszy, dał wyrazem twarzy do zrozumienia, iż w tak różnorodnem towarzystwie, z całą otwartością tłumaczyć się nie podobna. Milczeniu temu umiał nadać znaczenie tajemnicy stanu. Troiński też nie myślał nalegać.
— Panowie to dobrodzieje — dodał po przestanku rycerz — przybywacie pracować nad losami kraju.
Troiński otwarcie się rozśmiał z tego patosu.
— Pan widzę jesteś naiwny — odparł — wierzysz w pracę naszą i jej skutki... a, to zabawne... słowo daję.
— Tylko skromność pana delegata, może tę pracę lekceważyć.
Troiński na dobre śmiać się począł, Paschalski siedzący naprzeciw niego, spojrzał nań bystro.
Rżewski jadł, wzdychał i popijał, drugą już flaszeczkę Vöslauera kończył. Ile razy się drzwi otwierały, wychylał głowę napróżno, zawsze jeszcze w słodkiej nadziei, która się ziścić nie miała.
Paschalski milczał, przybierając coraz dobitniej minę człowieka, który przypadkiem zamięszał się w niestosowne towarzystwo.
W pierwszym pokoju, po odejściu znacznej części gości od ministeryalnego stołu, hr. Panter mógł po niemiecku rozpocząć rozmowę z radzcą, który przy nim jeszcze pozostał.
Radzca ten, niejaki von Dornbach (von mu razem z Excellencyą przyrosło) był to typ urzędnika, z którego nudne ale czynne życie na bruku, w biurze, cały zapas sił wyssało, zostawiając ich tylko tyle ile ich było potrzeba — ażeby się machina obracała. Twarz jego nie zdradzała żadnego uczucia, oprócz ogromnego znudzenia i apatyi. Widać było że ten człowiek przeszedł już wszystkie stopnie, po których się mógł spinać do góry, że nie miał już nadziei dostać się wyżej, i że mu to już było prawie obojętnem.
W życiu publicznem i prywatnem, była to resztka tylko, spruchniały kołek w płocie, stojący na swem miejscu, więcej siłą tego co go otaczało, niż własną. W istocie pan Radzca von Dornbach był dwa razy żonatym, z bardzo pięknemi paniami, dzieci już porozposażał, synowie byli w wojsku, po biurach, córka zwodziła męża — on sam miał zabezpieczoną emeryturę, majątek, krzyże, rangi — był raz nawet o włos od portfelu, w chwili gdy już zań chwytał, popadłszy w niełaskę — dostał był nawet dymissyą, z której zwycięzko na wyższe miejsce powrócił. Słowem był pod wozem, na wozie, patrzał na niestałość rzeczy ludzkich, wybitniejszą w Austryi niż gdzieindziej — i — teraz — po obiedzie poglądał okiem chłodnego politowania na tok spraw tego świata...
Hrabia Panter, obok niego, wydawał się, mimo wieku już nie zbyt młodego, mimo otyłości, niemal dziecinnie żywym i namiętnym. Dornbach go słuchał, paląc austryackie cygaro (pod które wprzódy trzeba było ogień długo podkładać, nim się zażegło) — tak jak się słucha mruczenia strumienia, nie przywiązując najmniejszej wagi do tego szmeru.
Przed nim, hrabia Panter, odegrywał rolę ministeryalnego, lojalnego, oddanego dworowi człowieka — ale po cichu i po niemiecku, aby go w drugim pokoju nie słyszano. Dornbachowi zdawało się to dla monarchii austryackiej zupełnie obojętnem. Niekiedy z ukosa spozierał na mówiącego tak, jak się spogląda na pokazującego sztuki kuglarza, i pykał ciągnąc pracowicie dym z tego nieszczęsnego produktu fabryki narodowej, z którego dobyć go tak było trudno jak polityczną myśl z rządu państwa.
— Szanowny pan Radzca — mówił, raczysz tam słówko, przy zręczności rzucić prezesowi gabinetu... ja mu się podejmuję naszą delegacyę poprowadzić gdzie będzie potrzeba, tak że ona o tem sama wiedzieć nie będzie. Ja ich tu wszystkich na wylot znam, wiem o czem i jak mówić do każdego z nich, i jak go skaptować. Nikt lojalniejszych nie ma uczuć nademnie, dałem tego dowody, jak to panu Radzcy wiadomo... nieraz z narażeniem się osobistem... ale ja moich przekonań nie taję. Warchołom potrafimy solidarnością zamknąć usta. Wszystkie projekta przejdą... — byle coś w oddaleniu obiecać dla kraju, lub choćby dla kilku pojedyńczych osób... Ja zawsze pośredniczyć będę gotów — a co się tyczy mnie samego... mam przyrzeczenie...
Dornbach nieprzyzwoicie ziewnął, hrabia spojrzał nań. Widocznem było, że jeśli słuchał, to, co najwięcej, jednem uchem.
— Spodziewam się, dodał hrabia — że na ufność zasłużyłem. W razie potrzeby, dla zoryentowania się mogę dać notatkę o kolegach.
Radzca się obejrzał, głową niby kiwnął i ziewnął jeszcze przeraźliwiej niż raz pierwszy.
Junctis viribus — to powinno być godłem naszem — mówił dalej Panter — dźwigniemy Austryę do dawnej potęgi, to tylko kwestya czasu.
Radzca uśmiechnął się niedowierzająco i pyknął, kto wie czy nie porównał Austryi do tego cygara, które i śm... i palić się nie chciało.
— Wy?? spytał krótko.
— Z wami wspólnie — rozumie się — dodał hrabia z zapałem.
— Trudno — chociażby i junctis viribus, szepnął radzca — trudno.
— Winniśmy w to uwierzyć i do tego dążyć.
— Wiara się nie narzuca.
— Ale ja ją mam! bijąc się w piersi — zawołał Panter.
— Bardzo mu jej winszuję.
— A radzca? czyżbyś jej nie miał?
Na łaskotliwe to pytanie, Niemiec pokiwał głową nic nieodpowiadając.
— W najgorszym razie, szepnął Dornbach na wpół do siebie — to co niemieckiego przyjdzie do Niemiec — trudno!! konieczności fatalnej opierać się niepodobna.
— Ale jej przypuszczać nie należy.
— Tak! tak! poprawiając się ironicznie rzekł Dornbach. I półuśmiech sceptyczny wykrzywił mu usta.
Prawdopodobnie lojalnością swą musiał go hrabia znudzić, gdyż się podniósł, pożegnał go grzecznie, zabrał swój przyodziewek i spiesznie się wyniósł z pokoju.
Panter dokończył kremu, obejrzał się, przypomniał snać Troińskiego i uczuwszy potrzebę przyswojenia go, poszedł z kawą czarną przysiąść się do jego stolika.
Ale tu widok nieznanego mu rycerza i dwóch jeszcze słuchaczów, zawiązał mu usta. Pan Ernest Zielonowski siedział uparcie, hrabia go ignorował, nie bardzo mu się też chciało wdawać z Paschalskim i Rżewskim, bo mu w tej chwili nie byli na nic potrzebni. Odciągnął zręcznie Troińskiego na stronę — biorąc go za guzik.
— Mówiłem długo i obszernie z radzcą Dornbachem — szepnął — to człowiek wpływowy! Wyciągnąłem schwarz-gelberowi trochę much z nosa! Oh! oh! ja ich znam... nie potrzeba lepiej! nie pierwsza to moja kampania! Powinniśmy tylko iść solidarnie, trzymając się za ręce, a zrobimy co zechcemy... Pan dobrodziej jesteś młody i postępowy, oczywiście — ja starszy i konserwatysta — ale wierzaj mi pan, konserwatyzm, mój przynajmniej, nie wyłącza postępu. Ja młodych lubię i postępem się nie brzydzę.
Pochylił się do ucha Troińskiemu.
— Niemcy nas w kaszy nie zjedzą — damy sobie z nimi rady, ale się musimy trzymać ostro. To są — osły!
Rozśmiał się sam z dosadnej swej kwalifikacyi. Troiński jakoś się nie spieszył z odpowiedzią.
— Byleśmy tylko pozory lojalności zachowali — dodał — zresztą koncesye otrzymamy... muszą je dać — ja w tem.
— Jakie koncesye? szydersko spytał Troiński — koncesye? na co? komu?
— Rozumie się — krajowi!!
— A! myślałem, że na koleje i banki — rzekł śmiejąc się złośliwie młodzieniec — bez tych się obejść możemy.
— A! tak, zapewne — odparł hrabia — zapewne — chociaż i te nie są do pogardzenia. Gdy się zbogacają indywidua, kraj na tem zawsze zyskuje. Z nieprzyjaciela co się da udrzeć — to dobre.
— Jakto! z nieprzyjaciela? zapytał Troiński, z nieprzyjaciela?
Panter się za język ukąsił i rozśmiał.
Lapsus Linguae.
Z tym Troińskim nie szła jakoś rozmowa. Wyściskawszy go więc, captando benevolentiam, hrabia zamyślał odchodzić, gdy Paschalski się rzucił ku niemu i odprowadziwszy do drzwi, rzekł w progu:
— Przepraszam pana hrabiego, miałbym słówko — ale na osobności, w jego mieszkaniu.
Twarz Pantera zdradziła niepospolite zakłopotanie, skłonił się jednak i prosił z sobą na górę.
Paschalski wszedł dając sobie tony spoufalonego z wielkim światem człowieka.
— Panie hrabio, rzekł z cicha, gdy się znaleźli w mieszkaniu jego, ludzie jesteśmy — mniej więcej z jednego — z jednej — z jednych! — sfer towarzystwa.
— Mniej więcej, z naciskiem podchwytując powtórzył hrabia — tak — mniej więcej.
Niezważając na to złośliwie powtórzenie, Paschalski otarłszy twarz, po obiedzie jakoś transpirującą zbytnio, mówił dalej:
— Możemy być otwarci z sobą — Jouons-cartes sur table. Pan hrabia przyspieszyłeś tu przyjazd swój dla Słomińskich... ja to wiem. — Otóż ja otwarcie mu powiem, że i ja przybyłem za niemi.
Czekał na odpowiedź, Panter cokolwiek zmięszany obcesowością milczał.
— Jeżeli się z sobą nieporozumiemy, nawzajem sobie przeszkadzać będziemy.
— Mów pan dalej — ozwał się hrabia — poważnie i z góry jakoś traktując gościa — nie dobrze sobie zdaję sprawę z tego...
— Dla wszystkich może być tajemnicą stan starego Słomińskiego, ale dla nas — dla mnie i dla pana hrabiego, nią nie jest.
— Nie-ro-zu-miem — odparł bardzo powoli wyraźnie Panter.
— Jeżeli my temu nie zapobieżemy, to go brat, najczulszą otaczając opieką, wsadzi do czubków, a gdyby mu się to nawet nie udało, przynajmniej majątek zagarnie w opiekę...
Quo titulo?
— Czyż ja to, panu hrabiemu mówić potrzebuję? śmiejąc się zapytał Paschalski.
— Nie-ro-zu-miem — powtórzył hrabia.
— Słomiński, krótko mówiąc — jest mente captus.
— Pierwszy raz słyszę — odparł zimno hrabia...
Paschalski niecierpliwie ramionami ruszył.
Mów to pan komu chcesz, ale nie mnie.
Hrabia zmilczał poważnie, podniósł do góry głowę i zimno rzekł:
— Przypuściwszy tedy, że rzeczy stoją jak pan je wystawiasz — cóż dalej?
— Ja się z tem nie taję, że o rękę panny konkurować myślę, aby ją od stryjaszka ratować.
— A! a! rzekł szydersko Panter — ale nie wzbroniono panu starać się choćby o jedną z arcyksiężniczek, jeżeli chcesz tak bardzo dostać harbuza...
— Harbuz — to moja rzecz.
— Pytam się co mnie te wszystkie historye obchodzić mogą? rzekł hrabia podpierając się w boki.
— Pan hrabia masz te same zamysły.
— Ja?? ja? a któż to panu powiedział?
— Instynkt nieochybny, który wskazuje współzawodnika czy nieprzyjaciela...
Panter się dziwnie uśmiechnął, obie ręce włożył w kieszenie i usta wydął.
— Mój panie Paschalski — rzekł dumnie, nadzwyczaj by to było ciekawem żebyśmy się my mogli spotkać na wyścigach do jednej mety — ale — cóż się na świecie nie zdarza. Gurowski żeni się z królewną? a księżna S... S. — idzie za furmana! Przypuściwszy, że może być współzawodnictwo... jakże rozwiązać tę sprawę? na węzełki?
— Niema tu z czego żartować, panie hrabio — cynicznie odparł Paschalski — ja nie irytuję się przycinkami, pozwalam nawet powiedzieć, że moja izraelska krew (tu ruszył ramionami) propozycyę dyktuje.. Jeśli mi hrabia przeszkadzać nie będziesz, a powiedzie mi się — dam odstępnego,..
Panter całą swą olbrzymią postawą, rzucił się, jak lew zadraśnięty, i mógł nastraszyć silniejszego nawet niż Paschalski — który ani drgnął i wskazał mu nakazująco na drzwi.
— Panie hrabio, odparł zimno Izydor, popatrzywszy tylko na drzwi, jak gdyby inwitacyi nie rozumiał — w życiu pańskiem, niech sobie hrabia dobrze przypomnieć raczy — czy by to był pierwszy przykład odstępnego w tego rodzaju interesie?
Złośliwe to przypomnienie rzucić musiał na pewne — gdyż Panter się zmięszał, drgnął, rękę spuścił — stanął nadęty, i nie odpowiedział nic. Milczeli oba.
— Pan hrabia wie że ja to mówię na pewnym fundamencie — zawołał Paschalski. — Różne się rzeczy ludziom trafiają... Zresztą jest to trochę przedawniona historya — ale dowody ja mam w ręku...
Panter milczał, słysząc tylko ostatnie słowa z przyciskiem wymówione, popatrzył na Paschalskiego.
— Zimno biorąc ludzkie nasze interesa, — domówił Paschalski — bo się one inaczej nigdy jak chłodno i rozważnie brać nie powinny — cóż w tem złego? Czyż to nie spekulacya? nie ryzyko? nie handel??
Rozmowa tak cynicznie i dziwnie rozpoczęta — w tem miejscu przybrała charakter odmienny — po pewnym namyśle gospodarz wziął do okna Paschalskiego i począł z nim coś szeptać na ucho. Zdawało się patrząc na nich, że się porozumiewać zaczęli. Mówili bardzo żywo, chwytając się za ręce... przyskakując i odstępując, — to pierwszy to drugi na kilka kroków odchodził i powracał...
Zbliżali się niekiedy sobie do ucha. Protestował jeden, bronił się drugi, przekonywał pierwszy, tamten głową potrząsał przecząco. Niekiedy słowo urwane buchało, jak z kipiącej wody tryskają krople gorące, to znowu szeptano coś niedosłyszanem mruczeniem. Na chwilę do milczenia zmuszony, namyślał się Paschalski... to hrabiemu zdało się braknąć argumentów...
W końcu hrabia Panter zdawał się osłabiony. Paschalski coraz żywiej nacierając, brał górę — oczy mu się śmiały i świeciły. Naprzemiany potem jeszcze ten malał i uginał się, drugi rosnął. Atleci widocznie godni byli siebie — pasowanie się trwało dobre pół godziny, aż Paschalski wykrzyknął głośno:
— Tak, to rozumiem! zgoda!
Hrabia parsknął.
— A ja tak nie rozumiem i rozumieć nie chcę — odparł śmiejąc się. — Dosyć. — Rad bardzo jestem żeś mi się asindziej wyspowiadał ze wszystkiego, i w wielu rzeczach mnie objaśnił. Będę z tego korzystał, aby zapobiedz i niedopuścić...
Paschalski stanął osłupiały, zmieniła mu się twarz, hamował gniew, który go opanował. Dla niego nie tyle może w tej chwili szło o rzecz samą, jak o to, że został podchwyconym i oszukanym. Człowiek takiej przebiegłości, dać się wziąć jednemu grubemu Panterowi!!
— Seryo? — zapytał oprzytomniając. — Hrabia seryo myślić możesz, iż ja jestem tak głupi, że się wygadam i sparaliżuję sobie plany moje, przez lekkomyślną paplaninę? A! to wyborne! to wyborne!
Począł się śmiać sucho i gniewnie.
— Hrabia sądzisz żeś przebieglejszy odemnie i że mnie starego wróbla weźmiesz... swoją przebiegłością.. Jeszcze by też?? Ale od czegoż by w moich żyłach ta izraelska krew płynęła, którą mnie prześladujecie?? Ruszył ramionami, skłonił się — i wyszedł.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Józef Ignacy Kraszewski.