Od szczytu do otchłani/Część druga/Rozdział III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Od szczytu do otchłani
Podtytuł Wspomnienia i szkice
z 40 ilustracjami
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1925
Druk Zakł. Druk. F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część druga
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
ROZDZIAŁ TRZECI.
WIDMA ŚMIERCI.

O zbliżającem się niebezpieczeństwie coraz częściej przypominać nam zaczynały listy anonimowe. Groziły nam śmiercią z rąk reakcjonistów, anarchistów, lub donosiły o zapadłym już na nas wyroku śmierci w Petersburgu. Niektóre listy wyznaczały terminy napadu na nas. Chodziliśmy uzbrojeni, Własienko ze swoją grupą spełniał obowiązki „gwardji przybocznej“.
Terminy naturalnie mijały i żadnego napadu na nas dotąd nie dokonano, natomiast spostrzegłem, że byłem śledzony bacznie. Jakieś osobniki nieodstępnie chodziły za mną, czaiły się pod płotem przeciwległego domu, rozpytywały kucharza i lokaja o mnie i o tryb mojego życia; pewnego razu wieczorem, siedząc przy biurku, nagle podniosłem głowę i w oknie ujrzałem bladą twarz, pilnie mi się przyglądającą. Porwałem za rewolwer. Odpowiedział mi stłumiony krzyk i tupot nóg uciekającego człowieka. Ani chwili nie wątpiłem, że pewnego wieczora mógłbym dostać kulą przez okno.
Stało się to wkrótce, gdy siedziałem w swojem biurze: coś brzękło, jakgdyby kto cisnął kamieniem w okno. Podszedłem i ujrzałem dziurkę w szybie. Naprzeciwko, na ścianie bielił się odłupany tynk. Kula przebiła szkło i ugrzęzła w ścianie. Zamachu dokonał widocznie niebardzo wprawny strzelec.
Naturalnie, mógł się znaleźć lepszy, a wtedy pomiędzy dziurami w szybie i murze mogłaby być jeszcze jedna — w mojem ciele.
Podobny zamach zdarzył się też w domu Lepeszyńskiego. Jednak „piątka“ nie przerywała swoich czynności.
Podczas jednego z posiedzeń zostałem wywołany przez jakiegoś pana, którego bilet wizytowy mi wręczono. Ponieważ woźny oznajmił, że pan ten ma bardzo pilny interes, wyszedłem i skierowałem się na parter, gdzie znajdował się pokój przyjęć.
Była już dziesiąta wieczór. W pokoju, gdziem przyjmował zwykle interesantów, nikogo nie zastałem. Dyżurny urzędnik powiedział, że jakiś pan czekał tu na mnie, lecz przed chwilą wyszedł na ganek, aby wypalić papierosa.
Wyszedłem na ganek, lecz nikogo nie było. Rozglądając się uważnie, dojrzałem kilka postaci, ruszających się wśród krzaków, rosnących na placyku przed gmachem klubu kolejowego, gdzie się odbywały posiedzenia naszego rządu. Zrozumiałem odrazu, jakiego miałem gościa, więc, przygotowawszy w kieszeni rewolwer do strzału, poszedłem ku czającym się postaciom. Nie wiem, co zaszłoby na placyku, wśród przyprószonych śniegiem krzaków, gdyby nie Własienko, który, dowiedziawszy się o mojem wyjściu, wypadł z dwoma pomocnikami i z krzykiem pędził w moją stronę. Nieznajomi w największym popłochu zaczęli uciekać, gonieni przez Własienkę i jego ludzi, lecz wkrótce dotarli do małych straganów i baraków przekupniów i tam się skryli.
Własienko powrócił wściekły i przysięgał, że w jednym z uciekających poznał anarchistę Iwanowa. Gdy w komitecie opowiedział o wypadku, zaczął nalegać, aby pozwolono mu zaaresztować znanych już nam działaczy grup reakcyjnych, gdyż spodziewał się natrafić wśród nich na Iwanowa, który był agentem policji politycznej.
W parę dni później, pracując w domu, poczułem wyraźny zapach dymu. Zawołałem służącego i kazałem mu sprawdzić, czy się gdzie nie pali. Nie zdołał on jeszcze wyjść z pokoju, gdy ujrzałem kłęby dymu, wydostające się przez szczeliny w podłodze.
Rzuciliśmy się do piwnicy i przekonaliśmy się, że płonie tam duża wiązka gao-lianu, wrzucona przez otwór w fundamencie.
Kilka kubłów wody tymczasem starczyło, aby zagasić pożar, który tylko przypadkowo nie rozrósł się do groźnych rozmiarów.
Daleko gorzej dla nas skończyły się zamachy w innych miejscach. Nieznani zbrodniarze podpalili kilka urzędowych lokali; z wielkim trudem udało się straży ogniowej zlokalizować ogień i obronić od płomieni całą dzielnicę małych, drewnianych zabudowań.
Nazajutrz przybył do mnie policmajster, rotmistrz von Ziegler, i doniósł, że z wiarogodnego źródła otrzymał informacje o postanowionym nowym zamachu na mój dom, wobec czego powinienem się ratować.
Moi koledzy z „piątki“ radzili mi skorzystać z rady policmajstra. Przez parę dni nocowałem u znajomych, rodaków — państwa Romanów, nikomu nie mówiąc, gdzie będę tej nocy.
Był to czas bardzo trwożny, gdyż z Petersburga przyszły wiadomości, że rząd carski już ostatecznie zlikwidował ruch rewolucyjny i zamierzał przystąpić do wyłapania wybitnych jego kierowników, aby rozpocząć sądy nad nimi. Doniesiono nam, że sędziowie ze specjalnemi pełnomocnictwami już wyjechali na Syberję, i że tajne instrukcje zostały już przesłane tym agentom policji politycznej, którzy pracowali na Dalekim Wschodzie.
Te wiadomości spowodowały popłoch, najpierw w „Małym Komitecie“. Robotnicy zaczęli uciekać z Mandżurji, oskarżając nas o to, „żeśmy ich wciągnęli do rewolucji“. Niektóre odłamy „Małego Komitetu“ posłały nawet swoich delegatów do generała Iwanowa, aby zapewnić go o swej lojalności i prosić o obronę. Generał obiecał im pomoc i zgodził się z tem, że cała wina powinna spaść na Komitet Centralny.
Z Moskwy od ukrywającego się już „Związku związków“ nadszedł tymczasem telegram z rozkazem przerwania jawnych czynności rządu rewolucyjnego i przejścia w ukrytą formę organizacji, oddziaływającej na przebieg spraw na Dalekim Wschodzie.
Pamiętam dobrze, jakgdyby działo się to wczoraj, ostatnie posiedzenie naszego komitetu. Zważywszy wszystko i oceniwszy dokładnie stan polityczny Rosji, przyszliśmy do przekonania, że zarówno Centralny, jak i „Mały Komitet“ powinny być rozwiązane. Chodziło teraz o to, aby „Mały Komitet“ zgodził się z naszem postanowieniem, gdyż wiedzieliśmy, że zemsta rządu petersburskiego dosięgnie nas, nie chcieliśmy więc, aby cierpiała większa liczba ludzi i żeby oskarżenie nie miało zbyt uzasadnionych punktów, zaczerpniętych z działalności „Małego Komitetu“. Mieliśmy informacje, że po ucieczce niektórych czynnych członków tego komitetu, zagarnęły w nim władzę elementy anarchiczne i zbrodnicze i z chwilą naszego ustąpienia poprowadzą taką politykę, która krwią zaleje cały olbrzymi kraj i pociągnie za sobą zemstę rządu petersburskiego.
Była godzina druga w nocy.
„Piątka“ nasza radziła nad sposobem, w jaki udałoby się najskuteczniej przerwać działalność całego komitetu. Nagle coś mnie tknęło. Przyszło jakieś jeszcze niejasne postanowienie, lecz silne i pełne woli. Powiedziałem kolegom, że zaraz to uczynię, i wyszedłem.
Zatelefonowałem do domu i wkrótce przyjechał mój stangret, Mikołaj, młody, sprytny chłopak, z wózkiem zaprzężonym w białego „Nizama“. Kazałem mu jechać do „Małego Komitetu“.
Minęliśmy śpiące miasto i zaczęliśmy się zagłębiać w labirynt wąskich uliczek dzielnicy warsztatów kolejowych. Zatrzymałem się przed długą, starą szopą, gdzie się odbywały posiedzenia „Małego Komitetu“. Kazałem Mikołajowi, aby patrzał w okno i, gdy zdejmę kapelusz, zaczął szybko chodzić pod oknami i wykrzykiwać różnemi głosami.
Okna szopy były oświetlone, przez mętne szyby ujrzałem kilkunastu robotników, siedzących przy stole i hałaśliwie rozprawiających. Wśród nich spostrzegłem miejscowego prezesa „Związku narodu rosyjskiego“.
Szarpnąłem drzwi i wszedłem do izby.
Moje zjawienie się było tak nieoczekiwane, że wszyscy porwali się na równe nogi i stali w jakiemś osłupieniu.
Trwało to parę chwil, aż stojący po drugiej stronie stołu człowiek, w czapce nasuniętej nisko na oczy, porwał leżący przed nim rewolwer i dał do mnie ognia. Kula gwizdnęła gdzieś blisko i ugrzęzła w ścianie.
Uratował mi życie Mikołaj. Zaczął bić pięściami w ramy okien, biegać i krzyczeć na rożne głosy, czyniąc wrażenie tłumu ludzi.
Wszyscy skamienieli na nowo.
— Aresztować tego człowieka! — zawołałem, wskazując na draba, trzymającego w ręku rewolwer. — Dom jest otoczony moimi ludźmi i nikt się stąd nie wymknie.
Dwóch robotników schwyciło człowieka w czapce, wyrwało mu broń z ręki i starannie zaczęło związywać ręce paskiem z rzemienia. Mikołaj tymczasem szalał na dworze. Chwilami rozlegały się jego okrzyki „hurra“, a bardzo umiejętnie wywoływał złudzenie kilku głosów, krzyczących prawie jednocześnie.
Pewnym krokiem podszedłem do stołu i powiedziałem głosem stanowczym:
— Siadać! Związek związków rozkazuje likwidować wszystkie organizacje rewolucyjne. Centralny komitet już nie istnieje. Komitet robotniczy powinien być natychmiast rozwiązany. Piszcie postanowienie, które wręczycie mi, a jutro ten, kto się obawia odpowiedzialności, niech ucieka jak najdalej.
W milczeniu napisano podyktowaną przeze mnie deklarację, podpisano ją i opatrzono pieczęcią „Małego Komitetu“. Gdy dokument był już w mojej kieszeni, zwróciłem się do tego, który strzelał do mnie, i kazałem mu się zbliżyć. Wtedy poznałem anarchistę Iwanowa.
— Teraz — powiedziałem, zwracając się do wszystkich — pozostańcie w izbie i nie wychodźcie, bo moi ludzie gotowi zrobić wam co złego, a ty pójdziesz ze mną. Ruszaj za mną!
Wyszedłem, mając za sobą Iwanowa, który chronił mnie od możliwego strzału ztyłu. Wsadziłem go do wózka i kazałem uśmiechającemu się Mikołajowi jechać co koń wyskoczy do Komitetu Centralnego.
W pół godziny później Iwanow siedział już w areszcie policyjnym, gdzie miał się nim zaopiekować pułk. Zaremba.
Zdziwienie „piątki“ nie miało granic, gdy pokazałem dokument, podpisany przez „Mały Komitet“. Posiedzenie tej nocy odbywało się w prawem skrzydle ogromnego gmachu kolei wschodnio-chińskiej, gdzie się mieścił telegraf, ponieważ musieliśmy porozumiewać się z różnemi miastami Dalekiego Wschodu.
Mieliśmy pracować przez całą noc, gdyż chcieliśmy zlikwidować wszystkie nasze sprawy na całym terenie.
Przed świtem oderwały nas od pracy gwizdki i krzyki nocnych stróżów. Rzuciliśmy się do okna. Oczy nasze uderzyła łuna. Wybiegliśmy z sali, zamierzając wyjść na podwórze, aby się dowiedzieć, gdzie wybuchł pożar. Jednak drzwi były zatarasowane. Udało nam się je wysadzić, lecz wtedy straszny widok przedstawił się oczom naszym. Z piwnic ogromnego gmachu i z okien parteru ze świstem i hukiem wydobywały się długie języki płomieni. Gęste, zabarwione na szkarłatno, kłęby dymu unosiły się nad całym gmachem zarządu kolejowego. Przejść przez podwórze już nie mogliśmy, bo ogień szalał wszędzie. Innem przejściem dostaliśmy się na boczną ulicę a stąd wyszliśmy na plac. Tu zebrał się już olbrzymi tłum, trwożnie huczący, jak zaniepokojony rój pszczół w ulu.
Ogromny gmach, zajmujący około dziesięciu akrów ziemi, płonął cały, gdyż był podpalony jednocześnie w różnych miejscach. Płomienie już się wydobywały z dachu, a przez okna widać było szalejący wewnątrz budynku ogień.
Gorączkowo pracowała straż ogniowa i wezwani saperzy. Od gmachu odrywały się kawałki rozpalonego kamienia i z trzaskiem, podobnym do wystrzałów karabinowych, rozpryskiwały się w powietrzu. W jednem miejscu jakieś osobniki napadły na grupę urzędników kolejowych i zaczęły bić ich i plondrować kieszenie.

Ranny żołnierz w gao-lianie.

Odrazu ruszyła tam policja i Własienko ze swoimi ludźmi. Schwytano kilku bandytów. Okazali się byłymi aresztantami więzienia kryminalnego, a w kieszeniach u niektórych znaleziono listy prezesa charbińskiego „Związku narodu rosyjskiego“. On to uplanował pogrom kolejowców, korzystając z paniki przy pożarze.
Cała praca straży ogniowej ograniczona była do umiejscowienia ognia w gmachu kolejowym i niedopuszczenia go poza jego obręb.
Widziałem, jak się wyginały stalowe belki na górnych piętrach i jak spadały nadół całe sale wraz z meblami i szafami, pełnemi papierów.
Trzy dni palił się gmach, aż pozostały tylko mury z kamieni, a wewnątrz stosy zgliszcz, ruiny z pomieszanych belek, resztek mebli, stosów opalonych papierów, zakopconych cegieł i dymiących się jeszcze desek.
Kto i poco wzniecił ten pożar? Był to odruch Rosjanina, tego mieszańca poganina słowiańskiego z krwawym koczownikiem azjatyckim, odwiecznie niosącym ze sobą mord i pożogę.
Nikt nigdy nie dowiedział się o przyczynie i winowajcach pożaru, chociaż rząd carski usiłował oskarżyć o to Komitet Centralny i jego kierowników z naszej „piątki“. Lecz nie udało się to nawet żandarmom i sądom krwawego Mikołaja II, bo było to oskarżenie bez żadnych podstaw, ani logicznych, ani też historycznych.
A więc skończone!
„Mały Komitet“, rozwiązany przeze mnie, przyczaił się, nastraszony niechybną odpowiedzialnością, która miała spaść na wszystkich kierowników ruchu. Jednak w tajnych drukarniach wydawano coraz to nowe broszury, oskarżające Komitet Centralny o to, że pociągnął do rewolucji masy robotnicze i naraził je na odpowiedzialność. Wiedzieliśmy, że broszury te pochodzą ze źródeł działających pod maską organizacyj robotniczych, lecz kierowanych przez monarchistów i policję polityczną.
Komitet Centralny, w przeczuciu zbliżających się dni zemsty starego rządu, przestawszy istnieć oficjalnie, zaczął szybko się rozpraszać. Ludzie poczęści wyjeżdżali, poczęści przestawali zajmować się sprawami społecznemi i całkowicie oddawali się swoim czynnościom służbowym.
W ten sposób nagle znikły organizacje kierujące, stare zaś, poderwane w swoim autorytecie i nastraszone rewolucyjnemi zmianami, które tak gwałtownie nastąpiły, nie odważały się jeszcze upominać o swoje prawa. Taka sytuacja odrazu dała się odczuć wszędzie — i po miastach i w armji. Magistraty miejskie i dowództwa zwróciły się do głównych kierowników Komitetu Centralnego z prośbą, aby nie przerywali odrazu swych czynności, regulujących życie Dalekiego Wschodu i pośredniczących pomiędzy różnemi i wrogiemi odłamami społeczeństwa. Naczelne dowództwo zaś nie śmiało brać w swe ręce ewakuacji armji, obawiając się braku zaufania żołnierzy do władz wojskowych.
Życie znowu wołało nas do czynu, a logika szeptała coraz natarczywiej, że gorzko zato pokutować będziemy. Ta obawa spowodowała, że zaledwie kilku dawnych kolegów moich z Komitetu Centralnego zgłosiło się do nowej pracy, a śród nich Nowakowski, Sass-Tisowski, dr. Czaki, von Dreyer i Lepeszyński. Stanęło też kilku nowych ludzi, mało jeszcze nam znanych.
Postanowiliśmy utworzyć „Związek pracujących“ we wszystkich instytucjach prywatnych, urzędach państwowych, przedsiębiorstwach przemysłowych i handlowych. Zarząd tego związku miał ująć w swoje ręce życie kraju.
Masy robotnicze chciały uznać tę nową organizację, lecz agenci monarchistów znowu zaczęli jątrzyć robotników i podburzać przeciwko nam. Wtedy zarząd „Związku pracujących“ wydał deklarację, w której nawoływał wszystkich do pracy i spokoju i oznajmiał, że całą odpowiedzialność za swe czyny przyjmuje na siebie wyłącznie.
Deklaracja sprawiła doskonałe wrażenie, i śmiem twierdzić, że nigdy na Dalekim Wschodzie nie było bardziej spokojnego i produkcyjnego okresu, jak pomiędzy 15 grudnia 1905 a 29 stycznia 1906 r.
Dowiedzieliśmy się na sądzie, przed którym potem stanęliśmy, że nawet żandarmi i prokurator uznali to i w bardzo dla nas pochlebnym tonie donosili do Petersburga, twierdząc, że działalność Komitetu Centralnego, a później zarządu „Związku pracujących“ miała ściśle państwowy charakter, i powołując się na zdanie naczelnego wodza, generała Liniewicza, nie przestającego posiłkować się autorytetem i wpływami tej organizacji.
W Petersburgu naturalnie nie dano posłuchu tym relacjom, a naczelnik żandarmów i prokurator dostali dymisję: co do generała Liniewicza, to ten miał ciągłą, bardzo przykrą korespondencję z ministerstwem wojny i ministrem spraw wewnętrznych.
Życie tymczasem płynęło swojem łożyskiem, a prąd tego życia był równy i spokojny, niczem niezmącony.
Monarchistom zaś i policji politycznej, przysłanej tu z Rosji, chodziło o zamieszki, aby móc rozpocząć swoją ponurą i zbrodniczą działalność.
Obmyślili oni bardzo dowcipny plan.
„Związek narodu rosyjskiego“ nawiązał stosunki z bandami chunchuzów, zawsze grasującemi w okolicach Charbina i innych więcej zaludnionych centrów. Obiecano im pomoc i bezkarność.
Szybko ukazały się rezultaty.
Zaczęły się napady chunchuzów na składy wojskowe i kolejowe.
Kilka takich składów zrabowano i spalono, a do Petersburga pomknęły doniesienia, że rozbałamuceni przez „Związek pracujących“ żołnierze nie spełniają swoich obowiązków, narażając państwo na niebezpieczeństwo i straty. W innych raportach pisano, że bandy chunchuzów są na żołdzie kierowników „Związku pracujących“, ponieważ ci kierownicy chcą zebrać znaczne sumy pieniężne, aby móc wyjechać zagranicę i tam przeczekać okres likwidacji rewolucji na Dalekim Wschodzie.
W Charbinie chunchuzi napadli na mieszkanie Sass-Tisowskiego i Golcowa, członków naszego Związku, i zabiwszy im żony, zrabowali wszystkie rzeczy i znikli bez śladu.
Podobne napady uczyniono też na kierowników filji „Związku pracujących“ w Chajłarze i Tsycikarze, gdzie zginęło kilka osób. Do mego wagonu, gdym jechał do Władywostoku, na jednej małej stacji, gdzie dokonywałem rewizji spraw miejscowej filji Związku, banda chunchuzów dała kilka salw, przedziurawiła ściany, pobiła okna, nikogo zresztą nie zraniwszy, gdyż w wagonie nikogo nie było. Gdy w parę godzin potem w małej wiosce, znajdującej się przy stacji, robiono rewizję, aresztowano herszta chunchuskiej bandy, a znaleziono go w domu technika kolejowego, czynnego członka bojówki „Związku narodu rosyjskiego“.
Bandy chunchuzów dokonały kilku napadów na mosty kolejowe, napady te jednak były odparte, co nie przeszkodziło monarchistom oskarżyć nas, że „Związek pracujących“ zamierza zburzyć mosty, aby zgubić armję, pozostającą jeszcze na pozycjach w Mandżurji, około Sypingaju. Intrygi tego rodzaju wnosiły do armji rozgoryczenie i niepokój.
Odpowiedzieliśmy na te oskarżenia bardzo energicznie, chociaż zupełnie niespodzianie.
Pewnej nocy policmajster Charbina, rotmistrz von Ziegler, obchodząc z oddziałem swoich ludzi przedmieście Fu-dzia-dziań, przypadkowo natknął się na zbiorowisko chunchuzów w jakiejś palarni opjum. Z podsłuchanych rozmów Ziegler zrozumiał, że bandyci mają zamiar napaść na jeden z banków, dokąd ma ich wpuścić Chińczyk-stróż. Policmajster ze swymi ludźmi wpadł do nory chunchuzów, zaaresztował wszystkich, a śród nich dwóch Rosjan — drobnego przekupnia z bazaru charbińskiego i jakiegoś włóczęgę, należących do organizacji monarchistycznej.
Zatrzymany około banku, stróż-Chińczyk zeznał, że miał rozmowę z jakimiś ludźmi w głównej kwaterze monarchistów.
Cały plan tej intrygi został w ten sposób ostatecznie wykryty. Trzeba było reagować, i to energicznie.
W Charbinie był zwyczaj oddawać schwytanych chunchuzów w ręce chińskiego gubernatora „tao-taja“, który sądził ich i karał więzieniem lub śmiercią na placu w „ja-myniu“.
Porozumiawszy się z naczelnikiem policji rosyjskiej na terenie Mandżurji i z wodzem naczelnym, oddaliśmy bandytów w ręce sądu polowego rosyjskiego, motywując o tem, iż są najemnymi zbrodniarzami nielegalnych i niebezpiecznych organizacyj.
Sąd polowy skazał chunchuzów i trzech agentów monarchistów na śmierć. Wszyscy zostali rozstrzelani, z wyjątkiem jednego chunchuza, który miał dopiero 17 lat.
Po tym wypadku energja chunchuzów osłabia znacznie, tem bardziej, że charbiński „tao-taj“ wcale nie protestował przeciwko procedurze sądowej. Monarchiści na pewien czas też się przytaili, bo przyszli do przekonania, że bynajmniej nie zamierzamy żartować.
Po pewnym czasie jednak zwolennicy cara uciekli się do innego sposobu. Porozumieli się ze zbrodniczymi osobnikami, których pełno wszędzie po miastach Dalekiego Wschodu, a których liczne zastępy przyciągnęła z Rosji europejskiej i z Szanhaju — wojna.
Zaczęły się napady na ulicach, rabunki w domach, podpalanie sklepów. Zbrodnie te były dokonywane w sposób bezczelnie śmiały i szybki, a uczestnicy wypraw pozostawali nieuchwytni.
— To już nie chunchuzi działają — mówił nam von Ziegler. — Przypuszczam, że jest w tem ręka Gruzinów, Ormian i innych awanturników z Kaukazu. Poznaję ich system!
Rotmistrz miał najzupełniejszą słuszność, podejrzewając o te sprawki „wolnych synów niebotycznej Kolchidy“[1].
Miałem tego naoczny dowód.
Było to 4 stycznia. Przeszedłszy wiadukt, łączący nowe miasto z handlową częścią Charbina, skręciłem w małą uliczkę, kierując się na plac, gdzie stał dawniej teatr chiński. Uliczka ta miała zaledwie kilka domków, gdzie się mieściły brudne, małe zajazdy, szynki, sale bilardowe, jadłodajnie i inne tego rodzaju przedsiębiorstwa, utrzymywane wyłącznie przez Gruzinów i Ormian. O ile pamiętam, sama ulica nosiła nawet nazwę „Gruzińskiej“.
Była godzina 9-ta przed południem. Uliczka była prawie pusta i tylko przede mną, o jakie sto kroków, szedł człowiek z dużym workiem skórzanym; za nim kroczył żołnierz z karabinem, przerzuconym przez ramię.
Nagle spostrzegłem, że z drzwi jednej jadłodajni wysunęła się głowa Gruzina i znikła. Po chwili drzwi znowu się otworzyły. Jakiś wysoki Gruzin wybiegł na ulicę i zaczął doganiać, idących przede mną, człowieka z żołnierzem.
Narazie nic podejrzanego nie zauważyłem, lecz nagle Gruzin obejrzał się, przystanął na chwilę, a później jednym skokiem wpadł na człowieka, niosącego worek, błysnął nożem, wór porwał i w oczach osłupiałego żołnierza, z szybkością jelenia, pomknął w stronę rynku.
Już skręcał na plac, gdy żołnierz nareszcie oprzytomniał. Spojrzał na leżącego na ziemi zabitego człowieka, którego miał bronić, i rozpoczął pogoń.
Pobiegłem za nim, bacznie śledząc wszystko. Gdy byłem już na placu, ujrzałem Gruzina. Biegł, jak jeleń zdawało się, że nie dotyka nogami ziemi. Żołnierz kilka razy chciał strzelać do niego, lecz, widząc przed sobą cały tłum ludzi, przesuwających się przez plac, nie odważył się tego uczynić, bojąc się zranić przechodniów. Nagle od rogu jednej ulicy uciekającemu drogę przegrodziło kilku żołnierzy. Gruzin w mgnieniu oka przerzucił worek przez płot, a sam błysnął nożem i zaczął biec ku straganom i szopom drobnych handlarzy, wybudowanym na rynku. Wkrótce wmieszał się w tłum i znikł w labiryncie małych, drewnianych zabudowań.
Żołnierza tymczasem otoczono i rozpytywano o wypadek. Opowiedział, że dostał rozkaz, aby towarzyszyć kasjerowi banku do przystani, gdzie miał oddać worek z 300,000 rubli kapitanowi jakiegoś statku. Bandyta zabił kasjera, a teraz szczęśliwie zmylił pogoń.
— Szukajcie worka z pieniędzmi! — wrzasnął wreszcie żołnierz. — W tem miejscu przerzucił go przez płot, na własne oczy widziałem!
Razem z tłumem wszedłem przez małą furtkę na dziedziniec. Tuż przed płotem stała duża balja, w której dwie praczki — tęgie kobiety rosyjskie — prały bieliznę.
Byłem świadkiem bardzo charakterystycznej dla Rosjan rozmowy:
— Dzień dobry! — rzekł żołnierz do praczek.
— Dzień dobry, żołnierzyku — odparły kobiety.
— Widziałyście worek? — pytał żołnierz.
— Dużo worków w życiu widziałyśmy — zaśmiała się jedna.
— A ten, który tu wpadł? — przerwał żołnierz.
— I ten widziałyśmy.
— Gdzie on jest?

We wschodniej Gobi. Wóz chiński.

— Gdzie był, chcesz zapytać? — parsknęły śmiechem praczki.
— Można i tak... — zgodził się żołnierz.
— Ktoś rzucił jakiś worek przez plot — zaczęły opowiadanie.
— Wiem to! Dalej! — niecierpliwił się żołnierz.
— Jeśli wiesz, to poco pytasz? — odparły kobiety i, zakasawszy rękawy, wzięły się znowu do prania.
— Mówcie! Słucham — poddał się torturom niepewności żołnierz.
— Powiadam, że ktoś przerzucił worek przez płot — ciągnęła jedna z praczek, ruda jak płomień, śmiała i wesoła. — A worek sobie leciał i nagle buch! prosto w balję!
Praczki znowu parsknęły śmiechem, biorąc się pod boki.
— W balję? — szepnął żołnierz i zajrzał w nią mimowoli, chociaż wiedział, że tam nic, oprócz kilku sztuk bielizny, nie było.
— Tak! w balję! — zawołała ruda kobieta.
— A teraz... teraz... to go tam niema? — bełkotał żołnierz, chwytając się za głowę.
— A niema! — potakiwały, zanosząc się od śmiechu, kobiety.
— Dlaczego? — wrzasnął zrozpaczony biedak.
— Powiedział, że nie chce czekać na ciebie, pniu brzozowy, i frunął!
Głośny ryk tłumu zgłuszył śmiech praczek i wściekłe wymyślania żołnierza. Jednak na miejsce wypadku przybył już policjant i, podszedłszy do praczek, głosem surowym zapytał:
— Powiadacie, że frunął? A z kim? Mówcie — no!
Kobiety odrazu spoważniały i po chwili odpowiedziały:
— Była tu z nami jeszcze jedna praczka — Katarzyna Gusiejewa. Ona to wzięła worek i poszła do domu, aby go schować.
Policjant, żołnierz i cały tłum ruszyli do domu, stojącego w głębi podwórza. W pokoju praczek przeprowadzono rewizję, lecz Katarzyny Gusiejewej ani „fruwającego worka“ nikt nigdy więcej nie ujrzał.
Prędko o tym worku w mieście zapomniano, i tylko przeklinały go dwie osoby: czarno ubrana kobieta, odwiedzająca mogiłę świeżo zabitego kasjera, i głupkowaty żołnierzyk, skazany na rok więzienia za złe wypełnianie swoich obowiązków.
Lecz na świecie tak zawsze bywa. Łzy i rozpacz jednej lub kilku jednostek nie wnoszą rozdźwięku w życie społeczeństwa, które po chwili płynie dalej, obojętne i bezwzględne dla każdego zosobna. Jest to prawo natury ludzkiej, kierowanej surową walką o byt. Ludzie są ciągle pod urokiem tej walki, której formy zmieniła cywilizacja, i nie chcą, czy nie mogą jeszcze wyjść na inną, bardziej wzniosłą drogę życia społecznego.
Lecz czas ten nastąpi, niezawodnie nastąpi, a jego przyjście daje się już odczuwać.
Takich śmiałych, wprost bezczelnych napadów w Charbinie zdarzało się mnóstwo, a większość z nich pozostawała niewykryta, podobnie, jak nie wykryto mordercy nieszczęśliwego kasjera, ani miejsca pobytu Katarzyny Gusiejewy, która „frunęła“ razem z workiem pieniędzy, co spadł do jej balji.





  1. Starożytna nazwa Kaukazu.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.