Ojciec Goriot (Balzac, 1938)/Od tłumacza

<<< Dane tekstu >>>
Autor Tadeusz Boy-Żeleński
Tytuł Od tłumacza
Pochodzenie Ojciec Goriot
Wydawca Biblioteka Boya
Data wyd. 1938
Druk Zakłady Wydawnicze M. Arct S. A.
Miejsce wyd. Warszawa
Tytuł orygin. Le père Goriot
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


OD TŁUMACZA

Bohaterem Ojca Goriot jest dla mnie nie Goriot, ale Vautrin. Co więcej, Vautrin jest może centralnym punktem tego kilkudziesięciotomowego poematu o energii, jakim jest Komedia ludzka Balzaka. Jest on tej energii, jeżeli nie najsilniejszym skupieniem, to w każdym razie jej najprostszym, najbardziej bezpośrednim wyładowaniem. Bez postaci Vautrina poemat ten nie byłby zupełny. W owej zaciętej walce wszystkich przeciw wszystkim, jaką jest społeczeństwo Balzaka, gdzie, aby zwyciężyć lub aby się bronić, każda jednostka rozwija tyle chytrości, wytrwałości, talentu, nie mogło braknąć przedstawiciela grupy ludzi, którzy zbyt niecierpliwi lub zbyt mało odporni na pokusy, zrywają ze zwykłym szlakiem mniej lub więcej krętych i ostrożnych dróżek, i walą naprzełaj poprzez to, co przyjętym jest nazywać moralnością społeczną. Dlatego Vautrin jest figurą nawskroś balzakowską, mimo że równocześnie posiada on pewne zabarwienie Romantyzmu[1], pewne cechy epoki, która, po rehabilitacji „kurtyzany“, będzie się starała podnieść zbrodniarza do wyżyn posępnej poezji. „Ja jestem wielkim poetą“, powiada Vautrin w owej oszałamiającej rozmowie z młodym Eugeniuszem. I to jest prawda; jeżeli poezją nazwiemy ten pierwiastek boskiego szaleństwa, którego tylko drobna cząstka wyraża się w mowie wiązanej, a którego olbrzymie ilości spalają się w czynie; tę iskrę, która błyszczy zarówno w oku natchnionego pisarza jak w oku gracza śledzącego ostatnie obroty kulki na rulecie; która przyświeca ścisłym obliczeniom pierwszych pionierów awiatyki, cierpliwie przygotowywanym planom zwycięskiego wodza albo śmiałego włamywacza — wówczas Vautrin, tak jak go maluje Balzac, jest wielkim poetą. Co więcej — rzecz bardzo znamienna — na tle tak bardzo ziemskiego świata balzakowej Komedii, ten zatwardziały zbrodniarz jest jedynym może czystym idealistą: ten człowiek stanowiący wcielenie brutalnej energii czynu jest jedynym może naprawdę marzycielem...
Jednym z przywilejów geniuszu Balzaka jest zdolność mitologizowania powszedniej egzystencji. Umie on, nie wychodząc z granic codziennej możliwości, doprowadzić ją do temperatury wrzenia; sprawić, iż, niby kipiący płyn w kotle czarownicy, pozwala czytać w swej głębi tajemnicze runy życia. Takim mitem jest Vautrin; jednym z tych, które tylekroć nęciły zarówno poezję ludową jak i największych pisarzy: mitem o kuszeniu szatana, który, wzamian za zaprzedanie duszy, roztacza oczom człowieka obraz wszystkich bogactw i rozkoszy ziemi, mówiąc: „jeżeli zechcesz, to będzie twoje“. I znowuż — z ową podziwu godną sztuką, na którą nieraz zwracałem uwagę — Balzac przedstawia dwie różne sceny takiego kuszenia: jedna, gdzie wymowa kusiciela rozbija się — coprawda w połowie tylko i przy pomocy okoliczności — o trzeźwy instynkt życiowy młodego Rastignaka; druga, gdzie ten poeta występku spotka się z drugim poetą, poetą rozkoszy, równie słabym i bluszczowym jak on sam jest hartowny i silny: z Lucjanem de Rubempré[2]. Dopiero znalazłszy to jakby dlań predestynowane medium, Vautrin będzie mógł urzeczywistnić ścigane przez całe życie marzenie inkarnacji samego siebie w drugą istotę, będącą wyidealizowaną projekcją jego tęsknoty, jego tworem, dzieckiem, tak jak posąg jest tworem dłuta rzeźbiarza a wyśniona postać tworem wyobraźni poety.
Ale Balzac zanadto silnie tkwił korzeniami w ziemi, aby nawet ta zawrotna fantazja mogła go od niej oderwać. Jego Vautrin, to nie jakiś zdawkowy „demon“ z melodramatu[3]. Ta potężna postać, która, niby ów szatan w olbrzymiej płaskorzeźbie Vigelanda, pozostaje w pamięci jako środkowy punkt balzakowej Komedii, nie obnosi po świecie maski byronowskiego Kaina. Ów czart paryski urodził się pono w Turenii, w ziemi rodzinnej Balzaka, tej która wydała również Rabelego i Kartezjusza: wyssał z tej gleby nieubłaganą logikę jednego, a wściekłą werwę drugiego pisarza. A przedewszystkiem, w jego niezmożonej furii życia, w przewalaniu się myśli, ostrości i brutalności spojrzenia, poznajemy w nim samego Balzaka. I, zaprawdę, niepojęte, zdumiewające jest, iż ten napozór najbardziej objektywny z pisarzy potrafił równocześnie indywidualnością swoją obdzielić Dawida Sechard z Dwóch poetów i — Vautrina!
Eugeniusz Rastignac, to beniaminek Komedii ludzkiej. Spotykamy go w niej ciągle, w całym szeregu powieści. Idzie przez życie pewnym krokiem, sprytnie, zręcznie, gdy trzeba bezwzględnie, dochodzi do majątku, do władzy, poważania. W wyścigu tym, gdzie raz po razu któryś z jeźdźców, wysadzony z siodła, kręci kark lub wali się w rów, on należy do tych niewielu którzy dojdą do mety. W Ojcu Goriot posiada on jeszcze ten wdzięk młodości, którym uwodzi samego Balzaka; w innych powieściach przedstawia się tym czym jest: naturą arcytrzeźwą, której nigdy skrzydła nie będą przeszkadzać w chodzeniu po ziemi: człowiekiem wybitnie zdolnym a miernym zarazem, dość zawistnym, niezbyt skrupulatnym... niezłym chłopcem zresztą, lepszym od wielu innych.
Jeden jest jeszcze rys w Vautrinie, zasługujący na szczególną uwagę. Galernik ten jest fanatykiem przyjaźni. Aby ocalić przyjaciela, wziął winę jego na siebie i dostał się na galery, skazując się tym samym na śmierć cywilną i wiekuistą walkę ze społeczeństwem. Na galerach związał się z jakimś korsykańskim opryszkiem, którego uwolnił i z którym uciekł. W tej chwili, gotów jest oddać się ciałem i duszą Rastignakowi; później, uczyni z siebie pomost, aby Lucjan de Rubempré mógł dojść do świetności i majątku. Otóż ten anioł poświęcenia niewrażliwy jest na kobiety; i to psycho-fizyczne tło genialnie wyzyskane jest przez Balzaka dla wlania prawdy i życia w postać Vautrina. Homoseksualizm męski w swojej trywialnej formie jest czymś dość obrzydliwym; natomiast przeidealizowany, pchnięty o kilka szczebli wyżej, skoro mocen jest skojarzyć całą tkliwość i poezję serca jaką stwarza miłość do kobiety, z ową spójnią duchowego pobratymstwa, harmonijną ciągłością intelektualnego obcowania, jakiej namiętna miłość do kobiety — oparta zazwyczaj na prawach kontrastu (Alcest — Celimena!), kryjąca zawsze pierwiastek walki dwóch płci i często raczej zbliżona do nienawiści niż do przyjaźni — dać nie może, tam wytwarzać on musi owo najpełniejsze, najwyższe nasilenie uczucia, tego samego które tryumfowało nad inną miłością w dawnej Grecji i na którego chwałę śpiewa hymn Symposion platoński. To ściśle realne, głęboką ludzką prawdą przepojone podłoże każdej najbardziej romantycznej chimery odróżnia zasadniczo Balzaka od współczesnej mu twórczości Romantyków.
Toż samo trafnie odczute psycho-fizyczne tło znajduje się i w postaci samego ojca Goriot. Goriot, wedle tego jak Balzac maluje jego przeszłość, to typ fizycznie silny, który, straciwszy w pełni szczęścia ukochaną żonę, poprzysiągł sobie zostać bezwzględnie wiernym jej pamięci: całą swą zdolność uczuciową przenosi na ubóstwiane córki. Stąd to uczucie ojcowskie ma w sobie coś anormalnego, coś z niezaspokojonego płciowego przedrażnienia, z fetyszyzmu, coś z niezdrowej erotycznej podniety w zaprzątaniu się życiem miłosnem córek[4], ze starczej lubieżności wreszcie. Tylko że tutaj, to doskonałe i bardzo prawdziwe ujęcie tła na którym osadzony jest charakter Goriota, szkodzi samej postaci w tym co Balzac zamierzył z niej uczynić: kiedy go przedstawia jako „Chrystusa ojcostwa“, kiedy zeń czyni rodzaj króla Lira w surducie i bez korony, który rozdał niebacznie królestwo i kończy wygnany na barłogu. Ten wybitnie erotyczny charakter jego ojcostwa sprawia, iż — nie usprawiedliwiając zresztą ich bezwzględności finansowej — buntujemy się przeciw zbytniemu potępianiu Delfiny i Anastazji: ten typ uczucia ojcowskiego przekracza granice w których córka może i powinna mu odpowiedzieć, i nie byłoby dziwu, gdyby budził w kobiecie instynktową reakcję i odrazę. Rys ten nie pozwala sympatiom naszym dość żywo opowiedzieć się po stronie ojca Goriot i utrudnia znalezienie oddźwięku dla patetycznej sceny jego konania. To, i jeszcze może drugi szczegół, ten już osobliwie aktualny. Odczytajmy uważnie biografię starego Goriot w czasie Rewolucji. Ależ ten starowina, którego Balzac uważa za zwierciadło uczciwości, to był niegdyś najgorszego gatunku spekulant żywnościowy, „krwią ludu“ utuczony paskarz nad paskarze! Kiedy indziej uszłoby to może naszej uwagi[5], ale dzisiaj jesteśmy tak przeczuleni na tego rodzaju przestępstwa!
Wogóle, gdy mowa o „etyce“, można, pod tym względem, wyczytać w Ojcu Goriot dziwne rzeczy. Młody Rastignac znajduje się rzucony w Paryż, mając ledwo tyle środków, aby żyć nędznym studenckim życiem u „mamy Vauquer“; tymczasem, nęci go faubourg Saint-Germain, dokąd nazwisko i koligacje dawałyby mu prawo wstępu; świat największego wykwintu i zbytku. Biedny student przedstawia się u swej kuzynki, wicehrabiny de Beauséant, z domu Klary de Bourgogne, mającej królewską krew w żyłach, i naiwnie oddaje się pod jej opiekę. Wicehrabinę wzrusza ufność młodego chłopca, połączona z jego śmiałą gracją Cherubina: gotowa mu jest dać w rękę talizman do zdobycia wszystkiego czego mu trzeba. Oto jak: w rozmowie padło nazwisko pani Delfiny de Nucingen, żony bogatego bankiera, „która wychłeptałaby wszystko błoto między ulicą św. Łazarza a ulicą de Grenelle“, aby się dostać do salonu wicehrabiny. Pani de Beauséant da Eugeniuszowi to upragnione zaproszenie dla bankierowej; za tę cenę, student uzyska u niej wszystko co zechce: „Jeżeli mi ją przedstawisz, staniesz się jej beniaminkiem, będzie cię ubóstwiać. Kochaj ją, jeżeli zdołasz po tym: jeżeli nie, posłuż się nią. Wpuszczę ją raz lub dwa razy, na wielkim balu, kiedy będzie tłum; ale nigdy nie przyjmę jej w dzień. Odkłonię się jej, to wystarczy... Stań się człowiekiem którego wybrała, kobiety szaleć będą za tobą... Będziesz miał powodzenie. W Paryżu powodzenie jest wszystkim, to klucz do władzy...“ W tym duchu mówi wicehrabina de Beauséant bardzo trzeźwe zresztą i trafne rzeczy, po czym kończy tak: „Daję ci swoje nazwisko, jak nić Ariadny, abyś wszedł w ten labirynt. Nie pobrudź go — rzekła podnosząc głowę i obrzucając studenta spojrzeniem królowej — oddaj mi je czyste...“
Czy to satyra? Ależ nie! Balzac, który z wicehrabiny de Beauseant czyni jedną z najszlachetniejszych postaci[6] swojego świata, rozumie tę apostrofę najzupełniej serio; a oto dalsze dowody:

Rastignac znajduje się na rozdrożu; mimo protekcji pani de Beauséant, niemniej posiada ledwie 1200 franków na roczne wydatki, podczas gdy Vautrin, w nieubłaganym exposé budżetowym, udowodnił mu, iż, aby żyć w błyszczącym świecie Paryża, potrzeba mu ich co najmniej 25.000. Vautrin kusi Rastignaka zbrodniczym planem uczynienia z ubogiego kopciuszka, Wiktoryny Taillefer, milionowej dziedziczki i nawpół byłoby mu się to już udało, gdyby nie to, że Rastignac posiada talizman w miłości wspomnianej już bankierowej, Delfiny de Nucingen. Jakoż, widzimy w Ojcu Goriot, iż Delfina dostarcza mu środków na pierwsze potrzeby światowego życia; w innych zaś utworach Komedii ludzkiej bankier Nucingen[7] pozwala, przy swoich milionowych oszukańczych operacjach, dobić się majątku usłużnemu przyjacielowi żony. Otóż, posłuchajmy, jak Balzac maluje walkę wewnętrzną, w której Rastignac decyduje się nie korzystać z dyskretnego morderstwa popełnionego przez Vautrina, ale rzucić się w miłość Delfiny, na drogę, która jego trzeźwemu instynktowi życiowemu wydaje się mniej karkołomną:
Długa przechadzka, jaką odbył student, miała w sobie coś uroczystego. Uczynił poniekąd obrachunek sumienia. Jeżeli pasował się z sobą, zgłębiał się, wahał, bądź co bądź uczciwość jego wyszła z tej twardej i straszliwej dyskusji wypróbowana niby sztaba żelaza, która oprze się wszystkim próbom. Przypomniał sobie zwierzenia, jakie ojciec Goriot uczynił mu wczoraj, przypomniał sobie mieszkanko wyszukane dlań blisko Delfiny; wyjął na nowo list, odczytał go, ucałował.

...Wyjął zegarek, oglądając go z zachwytem.

— Wszystko mi się uśmiecha! Kiedy dwoje ludzi kocha się serdecznie, na zawsze, mogą sobie pomagać, mogę to przyjąć. Zresztą, wybiję się, to pewna, i będę mógł oddać stokrotnie. Niema w tym związku zbrodni, ani nic coby mogło przyprawić o zmarszczenie brwi najsurowszą cnotę...

Niech mnie nikt nie posądza o małostkową szykanę ani o męską zawiść. Nie mam nic przeciwko temu, że Rastignac dostał od Delfiny de Nucingen zegarek, mieszkanko umeblowane jak cacko i prawdopodobnie nieco pieniędzy na drobne wydatki w oczekiwaniu aż bankier zapewni mu trwalsze podstawy bytu; owszem, bardzo mi jest sympatyczne to co ona mówi mu, serdecznie, po prostu, po kobiecemu, wówczas gdy Eugeniusz (bez wielkiego przekonania zresztą) wzdraga się z przyjęciem:

— Dzieciaku! jesteś na wstępie do życia, spotykasz zaporę nieprzebytą dla wielu ludzi, ręka kobiety otwiera ci ją, i ty się cofasz? Ależ ty się wybijesz, czeka cię wspaniała przyszłość, powodzenie wypisane jest na twoim pięknym czole. Czyż nie będziesz mi mógł oddać wówczas tego, co ci pożyczam dzisiaj? Czyż niegdyś damy nie dawały swoim rycerzom zbroi, mieczów, kasków, drucianej koszulki, koni, iżby się mogli potykać w ich imię na turniejach? Otóż, Eugeniuszu, to co ja ci ofiaruję, to broń naszej epoki, narzędzie niezbędne komuś kto chce być czymś w świecie...

Ale, mimo wszystko, uważam, że, w tej sytuacji, owa „sztaba żelaza która oprze się wszystkim próbom“, to „zmarszczenie brwi najsurowszej cnoty“, grzeszy cokolwiek brakiem gustu.
Rozwiodłem się szerzej nad tym punktem, ponieważ, jak już miałem sposobność wspomnieć, ów brak smaku tworzy nieraz uderzające skazy na dziele Balzaka. Pod tym względem, dziwnie przywodzi mi on na pamięć innego genialnego pisarza, którego utwory roją się od takich nieporozumień: Jana Jakóba Rousseau. Odczytajmy Nową Heloizę, przypomnijmy sobie Wyznania, ów tercet Jana Jakuba z Mamusią i Klaudiuszem Anet, gdzie też tak dużo mówiło się o cnocie[8]. I spotkanie to nie wydaje mi się przypadkowe: mam wrażenie, że to pomieszanie pojęć, to ciągłe uderzanie w ton podniośle etyczny w sytuacjach które mniej się do tego nadają, to charakterystyczna cecha owego „wychowania“ czerpanego w objęciach kochanki-matki: potwierdzi to w duchu każdy, kto miał w życiu bodaj jedną „mamusię“, chroniącą go miłosiernie od tego aby się „nie dostał w złe ręce“. Otóż, Balzac przeszedł również tę edukację, a odegrała ona w jego życiu tak doniosłą rolę, iż musiała wywrzeć niemały wpływ na kształtowanie się jego umysłowości. Mamusią jego była, wspomniana już na innym miejscu, pani de Berny[9].
Jeszcze jedną uwagę przywodzi mi na myśl zbliżenie tych nazwisk: Balzaka i Russa. Zdawałoby się napozór, iż nie może być dwóch odleglejszych krańców niż subiektywizm autora Wyznań a obiektywizm twórcy Komedii ludzkiej; a jednak, kiedy Jan Jakub powiada, na początku swej spowiedzi: „Imam się przedsięwzięcia, które dotychczas nie miało przykładu i nie będzie miało naśladowcy“, byłbym niemal skłonny dodać: prócz Balzaka. Zaiste, on może jeden w bezwzględnej, bezwstydnej nieraz szczerości nie zawahał się wyspowiadać biednej natury ludzkiej z jej najbardziej tajemnych odruchów i uczuć, których zazwyczaj literatura, nawet skądinąd brutalna, nie dopuszcza do swego salonu; a spowiedź tę umożliwiła mu taż sama właściwość którą dzieli ze swoim wielkim poprzednikiem: brak smaku. Nie wyrzekajmy na tę wadę: bez niej, Komedia ludzka nie byłaby tym czym jest.
Zwracam tu przeto bez ceremonii uwagę na skazy jakie mnie uderzają na dziele Balzaka, w tym przeświadczeniu iż nic mu one nie szkodzą. Nie są to nawet właściwie skazy, ale jak gdyby narośle na tym potwornym kształcie, dzięki którym staje się on tym bardziej niezwykłym i drażniącym. Balzac nie uwodzi czytelnika, ale go gwałci; nie harmonią podbija, ale bestialską siłą; otóż, w mało którym z jego utworów siła ta przejawia się tak pełno, tak tryumfalnie co właśnie w Ojcu Goriot. Powstałe w pierwszej fazie jego wielkiej twórczości, z niezmęczonych jeszcze ani trochę soków duchowego organizmu pisarza, dzieło to stanowi jedną z najpotężniejszych erupcyj tego geniuszu. To ów Balzac z pomnika Rodina.

Kraków, w sierpniu 1919.




  1. Pamiętajmy wszakże, że Ojciec Goriot ukazał się w r. 1834, gdy Jean Valjean, słynna kreacja Wiktora Hugo z Nędzników, datuje się dopiero z r. 1862.
  2. Cierpienia wynalazcy.
  3. Będzie nim niestety, na jakiś czas, w Blaskach i nędzach życia kurtyzany, aby znowu stać się głęboko ludzkim w Ostatnim wcieleniu Vautrina.
  4. Wystarczy przytoczyć ten znamienny ustęp: „Ojciec Goriot odgadywał, że będzie bliższym swej Delfiny, lepiej przyjmowanym, jeżeli Eugeniusz pozyska serce baronowej. Zresztą, powierzył mu jedną ze swoich zgryzot. Pani de Nucingen, której życzył szczęścia po sto razy dziennie, nie zaznała słodyczy miłości...“ Otóż, pani de Nucingen miała poprzednio kochanka i Goriot wiedział o tym; troskę tedy dobrego ojca trzeba rozumieć w znaczeniu najbardziej specyficznym, dla którego bliższe określenie mógłbym znaleźć jedynie w terminologii dra Kurkiewicza...
  5. Dam mały przykład, do jakiego stopnia parę lat wojny przemieściło nasze pojęcia i wrażliwość w tej mierze. Czekając raz na coś w księgarni, przeglądałem machinalnie egzemplarz Rodziny Połanieckich, nieczytanej od niepamiętnych czasów, i nagle, oczom ledwo wierząc, trafiłem na taki ustęp. Autor opisuje przełomowy moment (Tom II, rozdz. 3), kiedy Połaniecki, zbrzydziwszy sobie drobiazgowe groszorobstwo swego Domu handlowego, postanawia rozwinąć skrzydła do szerszego lotu:
    „...zeszłego roku, zbiory w całym państwie były bardzo niepomyślne. Tu i owdzie poczęło się pokazywać widmo głodu, łatwo zaś było odgadnąć, że do wiosny zapasy wyczerpią się w całych okolicach i że klęska głodowa może się stać powszechną. Wobec tego, ludzie świadomsi rzeczy, zaczęli przebąkiwać o prawdopodobieństwie zakazu wywozu zboża zagranicę... Połanieckiego wiadomość ta uderzyła tak silnie, że zamknął się na kilka dni z ołówkiem w ręku, poczem udał się do Bigiela z propozycją, żeby tak rozporządzalną gotowiznę jak i kredyt Domu obrócić na hurtowne zakupy zboża.
    „...było do przewidzenia, że, wobec braku zboża, ceny pójdą w każdym razie w górę — było również do przewidzenia, że prawo ograniczy możność robienia nowych kontraktów z kupcami innych krajów, ale uszanuje kontrakty zawarte przed jego ogłoszeniem; gdyby zaś i to chybiło, podniesienie się cen w samym kraju było rzeczą niemal pewną. Połaniecki wszystko, o ile było w mocy ludzkiej (!!!) przewidział, wszystko obliczył, — i Bigiel, który, mimo swej ostrożności, był człowiekiem, rozsądnym, musiał przyznać, że widoki po wodzenia są istotnie dość znaczne, i że szkoda pomijać sposobności.
    „...główny komisant domu, Abdulski, wyjechał z upoważnieniem czynienia kontraktów w imieniu Domu, tak na gotowe już zboże, jak i na mające przyjść z przyszłych omłotów.
    „W ślad za Abdulskim wyjechał do Prus Bigiel“.
    A oto konkluzja, która stanowi akompaniament do sielanki poślubnej państwa Połanieckich:
    „Po tygodniowym pobycie we Florencji, odebrał Połaniecki pierwszy list od Bigiela w sprawach Domu, a w nim wiadomości tak pomyślne, że przechodzące niemal oczekiwanie. Prawo wzbraniające wywozu zboża z powodu głodu zostało ogłoszone. Ale Spółka miała ogromne zapasy zakupione i wywiezione poprzednio... etc., etc. (T. II, rozdz. 12).
    O święta niewinności wielkiego pisarza! Zatem typowa lichwa żywnościowa, połączona z wywozem do Niemiec, zimna i płaska spekulacja, w której słowo głód stanowi jedynie pozycję w rachunku, i to pozycję korzystną i pożądaną, to jest owa obywatelska działalność „wzoru nowożytnego Polaka“, z której wyrosła kolia perłowa pani Maryni Połanieckiej i „służba boża“ w Krzemieniu. Głód dopisał! I Sienkiewicz wybrał, na swoją apoteozę, tę właśnie „działalność“ zupełnie naiwnie i dobrowolnie, mogąc wybrać tysiąc innych. I cała Polska czytała to z nabożeństwem przez 25 lat, i ta książka leżała na stole każdego ziemiańskiego domu! Nie znaczy to, aby i dziś brakło tego rodzaju „nowożytnych Polaków“, ale, zamiast barda któryby ich opiewał, podnosił się głos społeczeństwa, domagający się na nich pręgierza, kryminału i kary śmierci. Niema co, wojna zamąciła znacznie harmonię „służby bożej“ w Polsce!
  6. Rozczulający jest sentyment tego plebejusza o byczym karku do wiotkich utytułowanych bogiń wielkiego świata. Wicehrabina de Beauséant, brzydko puszczona w trąbę przez swego Portugalczyka, nie może mimo tego ciosu odwołać balu, na który wysłała zaproszenia; przebywszy, z nieopisanym hartem duszy, to szczytne męczeństwo, po odjeździe ostatniej karety, daje folgę wreszcie powściąganym łzom. „Łzy te — mówi Balzac — świadczyły, że i najwyżej położone osoby nie znajdują się poza prawami serca, i nie żyją bez trosk, jak to chcieliby wmówić w lud jego dworacy“.
  7. Opisane to jest szczegółowo w utworze p. t. Bank Nucingena. Może jednak Balzac, pisząc Ojca Goriot, nie miał jeszcze ściśle wytyczonego planu dalszego życia Rastignaka i żywił pewne złudzenia co do jego przyszłości?
  8. Toż samo Rousseau na rozdrożu, kiedy się waha czy ma się udać do pani de Larnage, czy wrócić do pani de Warens, i gdzie również cnota zwycięża.
  9. Pani de Berny, córka niemieckiego muzyka, harfisty królowej Marii Antoniny, urodziła się w r. 1777, była tedy o 22 lat starsza od Balzaka. Osoba ta — poza tym matka ośmiorga dzieci — była, jak się zdaje, kobietą pełną uroku, inteligencji, entuzjazmu; naturą szlachetną i tkliwą. Stosunek ten, zrazu przyjazny, potem miłosny, wreszcie znowuż — i już do końca życia pani de Berny — serdecznie przyjazny, odegrał w życiu Balzaka niezmiernie dobroczynną rolę. Pani de Berny, można powiedzieć, wychowała go, okrzesała tego genialnego dzikusa, rozwinęła i ogładziła jego umysł, podtrzymywała w najcięższych początkach kariery pisarskiej jego wiarę w siebie, wreszcie codziennym swoim obcowaniem dała mu w rękę nieocenione skarby, stanowiąc dlań żywą tradycję przedrewolucyjnej Francji i dawnego dworu. Kiedy Balzac rzucił się w gorączkę spekulacji przemysłowych, pani de Berny, zawsze pełna poświęcenia i wiary w jego przyszłość, utopiła w jego fantazjach drukarskich znaczną część majątku. Do ostatniego tchnienia interesowała się najżywiej twórczością literacką Balzaka; wiele rękopisów przybierało swój ostateczny kształt wśród wspólnego czytania i dyskusji z tą niepospolitą kobietą. Trzeba przyznać, ze Balzac nie pozostał niewdzięcznym za tyle oddania; wówczas nawet gdy serce jego zabrała niepodzielnie egzotyczna „nieznajoma“ Ewa Hańska, w listach do niej wyraża się o pani de Berny w sposób nacechowany równie głębokim uwielbieniem dla dawnej kochanki jak naiwną niedelikatnością względem obu tych kobiet równocześnie (Lettres à l’Etrangère, I).





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Honoré de Balzac i tłumacza: Tadeusz Boy-Żeleński.