<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Ojciec Prokop
Podtytuł Kartka ze wspomnień
Wydawca Emil Skiwski
Data wyd. 1895
Druk Emil Skiwski
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.

Dzień był majowy; Wisła w blaskach od słońca. Statek, szybko z prądem płynący, mącił ruchliwe fale rzeki, w powietrzu uwijały się rybitwy i jaskółki.
Wybrzeża Wisły, jak okiem zasięgnąć, przyodziane były w wiosenną szatę zieloności; na polach uwijali się ludzie, wszędzie znać było życie i ruch. Statek omijał szczęśliwie liczne mielizny, a malownicze widoki zmieniały się przed oczami podróżnych, jak w panoramie.
Minęliśmy Bielany, Jabłonnę, Nowy Dwór, ogromne mury twierdzy i po kilku godzinach jazdy, statek zatrzymał się pod Zakroczymiem.
Przeszedłszy przez łąki i przez typowe, wyłącznie prawie przez żydów zamieszkałe miasteczko, zatrzymałem się przed klasztorem kapucyńskim.
Taki tam ubogi kościołek, jak w Lubartowie, takaż furta i kurytarze i refektarz, tacy sami zakonnicy dobrzy, uprzejmi, gościnni.
Ojciec Prokop chory był wtenczas i nie opuszczał celi, przyjmował jednak tych, co przychodzili go odwiedzać.
Wszedłem.
Siedział na fotelu, w grubym habicie zakonnym, przepasany sznurem; na kolanach trzymał tekturę, na niej papier i tak, siedząc, pisał. Obok na krześle znajdował się kałamarz i kilka książek; na podłodze leżały kartki rękopisu, zapisane dużemi literami, wyraźnie.
Cela, większa nieco od zwykłych cel kapucyńskich, wybielona świeżo, jaśniała czystością, na ścianie wisiał krucyfiks i kilka obrazów religijnej treści, przez otwarte okno wpadał prąd świeżego wiosennego powietrza.
Świątobliwy starzec wyglądał bardzo mizernie, zdawało się, że dni jego są już policzone, że lada chwila wielka jego dusza nas opuści.
Na wysokiem czole rysowały się zmarszczki, ascetyczna twarz była woskowej bladości, długa biała broda spadała na wątłe piersi, tylko oczy, pełne rozumu i łagodności, miały blask młodzieńczy.
Ręka, w której trzymał pióro, była mała, wychudła i jakby przezroczysta.
Przyjął mnie z dobrotliwym uśmiechem i ożywił się, gdym wspomniał o Lublinie, o dawnych czasach, o dziadku.
— Tak, tak — rzekł — anibym cię poznał, tyle czasu... Dziadek twój już dawno nie żyje, modlę się nieraz za spokój jego duszy. Pan Mateusz Brodowski... zacny był człowiek... Muszę ci też opowiedzieć, w jaki sposób się z nim poznałem. Właśnie tylko przybyłem do Lublina, jako gwardyan; byłem jeszcze dość młody, trochę prędki, może zaprędki. Wypadło święto, w kościele odbywało się nabożeństwo uroczyste, a ja z zakrystyi zwracałem uwagę na kościół, czy wszystko jest w porządku. Patrzę, w konfesyonale siedzi jakiś staruszek, człowiek świecki. Nie podobało mi się to. Posyłam zakrystyana mówiąc: „Poproś tego pana, by usiadł gdzieindziej.” Nic to nie pomogło, jegomość miejsca nie opuścił. „No — spytałem zakrystyana — mówiłeś?” — „Tak jest.” — „A cóż on na to?” — „Rzekł: Powiedz księdzu gwardyanowi, żem ja już w tym konfesyonale siedmiu gwardyanów przesiedział, a nie tracę nadziei, że i ósmego przesiedzę.” — Zapytałem Ojców, kto to jest? — i powiedziano mi, że to zacny przyjaciel naszego zgromadzenia. Tegoż dnia po południu poszedłem go przeprosić i stosunki nasze były jak najlepsze.
Wspomnienia ożywiły zacnego zakonnika, rozmowa płynęła łatwo i swobodnie.
Na pytanie, jaki jest stan jego zdrowia, odrzekł z przedziwnym spokojem i prostotą:
— Zdrowia nie mam, dogorywam i oczekuję śmierci...
W istocie, ciało jego było wówczas bardzo wątłe, jakby złamane, ale umysł, inteligencya, w pełnej sile.
Rozmawialiśmy o wielu kwestyach ogólnych i przekonałem się, że ten schorowany starzec, ten zakonnik zamknięty w czterech ścianach swej celi, wie doskonale, co się na świecie dzieje, że ani jeden objaw życia ogólno­‑ludzkiego obcy mu nie jest, że ma na wszystko pogląd jasny i serce pełne miłości.
Mówił o literaturze, dziennikarstwie, o nowych w tychże kierunkach, cieszyły go objawy dobre, nad ujemnymi bolał, lecz nie tracił nadziei, że one miną i że kiedyś nadejdzie czas powszechnego dobra i prawdy.
Zalecał, aby się u stóp krzyża gromadzić, na krzyż patrzeć, z krzyża czerpać otuchę i siłę.
Był w jego słowach prostych, niewyszukanych, dziwnie łatwo płynących, ton jakiś serdeczny, który za serce chwytał; był w nich ogień miłości; była siła, nie groźna, lecz taka, która pociąga ku sobie łagodnie. Mówił, jak filozof, jak mędrzec, który pokonał ciało, wykształcił i umocnił ducha w życiu duchowem, w rozmyślaniach, ukrzepił go w krynicy rozumu i wielkiej chrześcijańskiej miłości.
Mówił głosem przyciszonym i osłabionym, bez gestykulacyi, spokojnie; od czasu do czasu popierając zdania wejrzeniem, w którem malowała się dusza. Ogarniał serdecznem uczuciem wszystkie warstwy społeczne, wieśniaków, pracujących na roli, rzemieślników, inteligencyę, całość społecznej rodziny, a o szlachcie tak mówił:
— Któżby chwalić mógł przywileje i kastowość? Jednego Ojca mamy — Boga i wszyscyśmy jego dziećmi. Ta równość, to jeden z najpiękniejszych klejnotów, jakie posiadamy w przebogatej skarbnicy wiary Chrystusowej — ale wszyscy powinniśmy dążyć do szlachectwa. Rozumiesz, że nie o herby idzie, lecz o ducha, o jego uszlachetnienie najwyższe. Mniemam, że w tym wyrazie „szlachectwo,” o ile on się do duszy stosuje, mieści się pojęcie czterech głównych cnót chrześcijańskich. Kto takie szlachectwo posiada, ten jest roztropnym, wstrzemięźliwym, sprawiedliwym i mężnym. Do tego dążyć wszelkiemi siłami należy. Uszlachetniać ducha, kształcić go, silnym czynić i najważniejsza — kochać jedni drugich, a nie tracić ufności w miłosierdzie Boże.
Zauważyłem na twarzy ojca Prokopa zmęczenie, więc pożegnałem go. Krzyż nad moją głową uczynił i szepnął:
— Nie zapominajcież...
Któżby Cię zapomniał, wielka duszo!...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Widziałem go wówczas po raz ostatni, a było to przed sześcioma laty.
Opuściwszy celę autora „Żywotów Świętych,” zwiedziłem kościół, refektarz i prześliczny ogród klasztorny.
Zacni Ojcowie: Benwenuto, Wilhelm, Honorat, Feliks, Bernard, Łukasz, naprzemian, o ile im zajęcia pozwalały, towarzyszyli mi ciągle.
Przyozdabiano ołtarz na uroczystość św. Feliksa i znoszono do kościoła mnóstwo kwiatów; przypominały mi się lata dziecinne i chłopięce, kiedym i ja nieraz takiej czynności pomagał i z wielką powagą a ostrożnością przenosił kwitnące rośliny.
Widziałem kurytarze, ozdobione starymi portretami i chór i ogromną księgę za ołtarzem i zakonników poczciwych i zdawało mi się, że z księgi własnego życia czytam jednę, dawno już zapisaną kartę. Odświeżyły się w pamięci wszystkie wrażenia z owych czasów, z tą tylko różnicą, że już się dobrych Ojców... nie bałem, jak niegdyś...



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.