<<< Dane tekstu >>>
Autor Andrzej Strug
Tytuł Ostatni film Evy Evard
Pochodzenie trylogia Żółty krzyż
tom II
Wydawca Gebethner i Wolff
Data wyd. 1933
Druk Drukarnia Zakładów Wydawniczych M. Arct, Sp. Akc.
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron

X

— Może zrobimy przerwę na pół godziny? Pani jest zmęczoną?
— Nie czuję żadnego zmęczenia, ale jeżeli pan potrzebuje odpocząć...
— To nie należy do pani
— Wiem o tem, ale grzeczność za grzeczność...
— Nie jesteśmy tu poto, aby prawić sobie grzeczności!
— Panu majorowi przeszkadza moje dobre wychowanie? Niestety, taką już jestem...
— A więc, zarządzam przerwę na trzydzieści minut, zezwalam posłać ordynansa po herbatę i sandwicze.
— Panie majorze...
— Proszę?
— Dziękuję za łaskawe zezwolenie, ale wolałabym filiżankę kawy i parę sucharków.
— Nie jestem tu od dyskutowania, co pani woli na drugie śniadanie. O swoich gustach powie pani ordynansowi.
— Proszę się nic gniewać, sądziłam, że rozporządzenie pańskie dotyczy wyłącznie tylko herbaty i sandwiczów, wszak jestem pod jurysdykcją wojskową...
— Pani Evard, ma pani pół godziny odpoczynku, proszę się przez ten czas opamiętać. Przypuszczam, że gdy podejmiemy rozmowę na nowo, zechce pani wreszcie wyjść z roli damy światowej, która nie raczy dostrzegać powagi swego położenia...
— Ach, panie majorze... Radabym bardzo nastroić się na powagę, ale cóż, zadaje pan pytania, które mnie śmieszą... Domaga się pan ode mnie spowiedzi z całego życia... To jest mocniejsze ponad całe moje opanowanie.
Audytor wojskowy major Lejard gonił resztkami sił i już dwukrotnie w ciągu śledztwa prosił o zwolnienie go z ciężkiej służby a wzamian o odkomenderowanie na front. Odmówiono stanowczo i nakazano jaknajprędzej zamknąć dochodzenie. Łamał się pod ciężarem zadania, ta straszna kobieta poprostu pastwiła się nad nim. Nie działały na nią żadne groźby ani najchytrzejsze zasadzki, ani okazywanie dokumentów, które ją obciążały bezwarunkowo. Nigdy nie traciła przytomności umysłu w obliczu najstaranniej preparowanych niespodzianek, zachowywała spokój i całkowitą swobodę, z każdego zarzutu tłomaczyła się jasno i logicznie i tak prawdopodobnie, jakby rzeczywiście była niewinną. Gdy jej przedstawiono dowód nieodparty działania na szkodę siły zbrojnej Francji w ścisłem porozumieniu z Niemcami, nie uniosła się gniewem ani oburzeniem, lecz zaznaczyła poprostu.
— To jest zmyślone i podrobione w kontrwywiadzie niemieckim z polecenia generała Sittenfelda, żeby mnie zgubić — wiadomo z jakich pobudek. Proszę mi powiedzieć w jaki sposób trafiło to do aktów sądu wojennego armji francuskiej?
— To sprawa poufna, rzeczą sądu wojennego jest ocena dróg, któremi docierają podobne dokumenty. Oczywiście pochodzą one od osób, posiadających absolutne zaufanie władz wojskowych.
— A więc osoba absolutnego zaufania, która doręczyła ten dokument, jest na służbie niemieckiej. Proszę mnie z nią skonfrontować, mniejsza o moją sprawę, ale za jednym zamachem wykryje się jedna więcej agentka niemiecka — już ja jej dam rady...
— Dlaczego pani mówi — agentka?
— Tak sobie.
— To jednak ciekawe...
— Gdybym powiedziała — agent — pana majora zaciekawiłoby to również, jakże ja mam wkońcu mówić?
Najgorsze były oczy oskarżonej, major od pierwszego przesłuchania był pod ich opętaniem. Jasne, przejrzyste, mieniące się w zielonkawo modrym połysku, były — mniejsza o to — przepiękne, ale ich główne niebezpieczeństwo polegało na wpływie magnetycznym, jak to dla siebie po swojemu nazywał major. Z jej oczu wyzierała prawość najczystsza, uraza dotkniętej czci i niezawiniona krzywda. Pod samem jej spojrzeniem bez żadnych słów chwiały się w umyśle majora zarzuty, poszlaki, dowody. W głębokiem, rzetelnem przeświadczeniu drwił z całej historji o intrydze niemieckiej, zmyślonej przez genjalną aferzystkę, drwił, dopóki nie spojrzał w te oczy. One wywracały w nim zdrowy sąd, w ich promieniu gubił cały krytycyzm i, o dziwo, baśń o demonicznym pruskim generale zdawała mu się prawdopodobną, nawet faktycznie prawdziwą, wreszcie stawała się jedynem wytłomaczeniem i jedyną podstawą strasznego oskarżenia — Eva Evard była niewinną!
Gdy wychodził z magicznego zasięgu jej oczu, wracał mu rozsądek i suchy zimny objektywizm zawodowca, który nie podlega wrażeniom, jeno patrzy w fakty, w dokumenty i w przyczynki zawarte w aktach — wówczas ta sama Eva Evard stawała się wyrafinowaną zbrodniarką, a dowody jej winy były więcej niż dostateczne.
Na następnem posiedzeniu powracały wszystkie wahania. Major Lejard był dość inteligentnym prostakiem, więc stwierdziwszy omamienie, któremu podlegał, unikał spojrzenia oskarżonej i przez cały czas badania starał się nie odrywać oczu od papierów. Rychło zmuszony był spostrzec, że głęboki, wyrazisty głos oskarżonej, jej dziwny sposób mówienia, zmiany i odmiany tonacji, niespodziewane zwroty w kolorycie dźwięków jej mowy, nawet lekko obcy akcent — usposabiały go dla niej przychylnie i „oskarżona Evard“, jak się pisało w protokułach, znowu stawała się niewinną ofiarą szatańskiej niemieckiej kabały, a generalny zakonspirowany „świadek“ oskarżenia, cieszący się zaufaniem i poparciem wysokich figur w Drugiem Biurze sztabu generalnego, niejaka pani Lamande, którą major przesłuchiwał parokrotnie, była wstrętną, sprzedajną kreaturą, bezczelną prowokatorką niemiecką, pozostającą na usługach obu stron i nasłaną do Paryża umyślnie, żeby oskarżyć i zgubić Evę Evard na rozkaz generała Sittenfelda.
Major Lejard, wzorowy służbista, doświadczony, zahartowany i zasłużony w wielu głośnych procesach o szpiegostwo, broniąc się od tych czarów postanowił sobie jako prostak i zatwardziały zawodowiec traktować „oskarżoną Evard“ zwysoka, szorstko i nawet brutalnie, chcąc się tem nastawić na właściwy tor, albowiem oskarżona wedle przekonania jego bezpośrednich przełożonych oraz potężnego gniazda wtajemniczonych z Drugiego Biura była bezwzględnie winną i zasługiwała na najwyższy wymiar kary.
Teraz dopiero między podsądną a inkwizytorem zaczęła się prawdziwa wojna, Eva nie darowała mu ani jednej przyczepki, ani jednego grubjaństwa, nie przepuściła mu najmniejszego potknięcia się, żadnej niezręczności. Górując nad nim nieskończenie inteligencją i kulturą nie tylko z łatwością odpierała jego ciosy, ale parując sama zadawała dotkliwe rany i gdyby obecny przy badaniach stenograf-protokulant porucznik Gervais notował również i utarczki, staczane niejako na marginesie sprawy, zachowałby dla potomności przedziwny dokument humoru i dowcipu, wspaniałe repliki Evy, jej błyskotliwe cięcia, sztychy i ukłucia, pełne werwy i zjadliwości. Nawet ku końcowi posiedzeń, gdy przeciwnik, bity i ośmieszany w ciągu kilku godzin, był już nieprzytomny ze zmęczenia i brnął ku przerażeniu protokulanta w bezprzykładne głupstwa, nigdy nie zabrakło jej energji ani najtrafniejszego zatrutego słowa.
Majora doprowadzała do szału wściekłości spokojna odwaga Evy. Ta kobieta nie znała strachu. Gdy uparcie odmawiała odpowiedzi na pewne pytania, którym przypisywał pierwszorzędną wagę, przytaczał jej paragrafy kodeksu wojennego i przymierzał do jej winy pięć, dziesięć do piętnastu lat więzienia, a gdy to nie pomagało, napróżno pod wielu postaciami w dalekich przypuszczeniach, napomykając pośrednio, lub wreszcie uderzając brutalnie, wprost straszył ją wyrokiem śmierci.
— Panie majorze, przypuszczam, że na sądzie wojennym będę miała do czynienia z zespołem oficerów obdarzonych pewną inteligencją, ale gdyby nawet za odmowę z mojej strony pewnych zeznań wypadało im wydać na mnie wyrok śmierci, to i w tym razie nie zmieniłabym mojego postępowania. Nie życzę sobie opowiadać panu, czy komu innemu o sprawach, które należą tylko do mnie jednej.
— Pani nie chce mówić, bo się pani boi wsypać! Pani się zapiera, pani kłamie swoim uporem! To jasne! Nie pomogą żadne wielkie miny! To milczenie zdradza kim pani jest!...
— Panie majorze...
— Co?!
— Pan krzyczy, jakbym się znajdowała na drugim brzegu Sekwany, gdy tymczasem siedzę tylko po drugiej stronie tego stołu. Czy ten krzyk nie zdradza, kim pan jest?
— Więc?!
— Nic więcej — to tylko chciałam powiedzieć.

Adwokat Evy maître Lourthier długo wahał się i węszył po Paryżu zanim na natarczywe błagania senatora Guillet-Goudona i na wciąż podwyższane kwoty honorarjum zdecydował się wziąć sprawę w swoje ręce.
Opinja ulicy i gazet brukowych była wrogą jego klijentce, zaprzyjaźnione z nią wybitne osobistości były zakłopotane i na prywatne dociekania adwokata wypowiadały się półgębkiem, bardzo ostrożnie, językiem pythyjskim. Deputowany La Frénière odrzucał wprawdzie możliwość szpiegostwa w ordynarnem znaczeniu słowa, ale dopuszczał ze strony Evy błędne i zgubne interpretowanie pojęcia neutralności na terenie nieprzyjacielskim, co zupełnie usprawiedliwiało powszechne oburzenie opinji francuskiej i wkroczenie władz wojskowych. Sam będąc adwokatem, z ochotą podjąłby się obrony w tej sprawie, ale nie pozwalała mu na to jego wybitna rola polityczna, zresztą jest związany dyscypliną swojego klubu parlamentarnego.
— Sprawa w istocie przedstawia mi się błahą, jednak szanowny kolega musi być przygotowany na to, że sąd wojenny w tych czasach z reguły bardzo niechętnie zwalnia oskarżonego, zwłaszcza, gdy zachodzi moment dużego rozgłosu i zainteresowania danym procesem. W toku wojny zagnieździła się tam pewna doktryna, której nie chcę rozważać a tem bardziej sądzić. I jeżeli wkońcu Eva Evard dostanie rok do dwóch, to znaczy, proszę wiedzieć, że będzie to niejako stwierdzeniem jej niewinności a szanowny kolega będzie mógł śmiało uważać, że wygrał sprawę, i to jego przeświadczenie podzieli, jeżeli nie szeroka opinja, to zato cała palestra.
Przyjaciel Evy, duży finansista Gutheline, przelotny podsekretarz stanu w jednym z przelotnych gabinetów w początkach wojny, był oburzony na Evę za jej wyzywające lekceważenie opinji Francji, gdzie doznała tyle gościnności i serca.
— Oto cała jej wina, reszta alarmu to jest głupota władz wojskowych, które wszędzie szukają sprawców naszych klęsk prócz tam, gdzie oni siedzą naprawdę.
— Przyzna pan, że jej aresztowanie jest karygodnym skandalem?
— Mecenasie, jeżeli Caillaux — sam Caillaux od pół roku już siedzi oskarżony o zdradę — wyraźnie o zdradę, panie mecenasie, to cóż się dziwić, że potrosze wsadzono naszą kochaną panią Evę? Wkońcu nic jej nie zrobią, a pan zyska dużą reklamę i niemałą przyjemność konferowania w murach więziennych z tak zachwycającą kobietą. Ale staje pan do walki z całą opinją — proszę sobie policzyć za to podwójnie a nawet poczwórnie — to bardzo bogata pani, w jednym tylko moim banku ma w depozycie na osiemset tysięcy doskonałych papierów.
Pułkownik de Girelle, „zlimożowany“ jak wiciu jego kolegów po nieszczęsnym 27-ym maja, czyli przydzielony do obozu w Limoges w stan rozporządzalności ministra wojny, człowiek złamany i zgorzkniały, zapatrywał się czarno na sprawę Evy.
— Cokolwiek ona tam wyprawiała w Berlinie, ręczę całym honorem, że czyniła to dla Francji. Ale nasze Drugie Biuro to podziemia hiszpańskiej inkwizycji, to banda łotrów, puszczonych na kraj przez nowego, pożal się Boże, ministra wojny. Ten pan terrorem i represjami na ślepo chce podnieść ducha w społeczeństwie i w armji, no i postrachem utrzymać się przy władzy. Nikt we Francji nic jest pewien dnia ani godziny. Zgroza ogarnie kraj, gdy po wojnie ujawnią się ich zbrodnie! Skażą, skażą napewno największą artystkę świata, najszlachetniejszą przyjaciółkę Francji ku radości zdziczałego motłochu, na którym opiera się Clemenceau... Jest tylko jedna droga ratunku, staraj się pan o wypuszczenie jej za kaucją, bodaj miljona franków, Evę Evard na to stać — i niech natychmiast ucieka, do Szwajcarji byłoby trudno, najłatwiej dostać się górami do Hiszpanji. Oto moja rada, ale obawiam się jednego — że ona nie zechce uciekać, jest za dumna, nadto ceni swój honor i, niestety, zapewne zbyt ufa w przenikliwość naszych sądów wojennych...
— Więc co pan mi radzi — podjąć się obrony?
— Poradzę panu jako człowiekowi, który chce wiedzieć na co się porywa. Powiem — chcesz pan, bierz sprawę, nie chcesz — daj spokój. Ale wiedz, że adwokat, choćby gcnjalny jak, naprzykład, pan. nic nie zdoła i nic nie wskóra przed naszym sądem wojennym, jeżeli ten ma zlecenie zgóry — zasądzić! Ambicja pańska nic może tu ucierpieć, wkońcu sama Eva może się stać potężnym obrońcą swojej sprawy. Gdy stanie przed sądem, gdy się pokaże, gdy spojrzy i przemówi, to z tych dziewięciu czy dwunastu przeciętnych oficerów, stanowiących komplet orzekający, trzy czwarte może zostać do tego stopnia olśnione i porwane, że, nie licząc się z niczem, przegłosuje resztę, składającą się z siepaczy, lokajów i karjerowiczów. To moja jedyna nadzieja...
I adwokat Lourthier podjął się obrony głównie w widokach wielkiej reklamy, jaka przy tak rozgłośnej aferze bez względu na jej wynik wesprze jego osobę, tudzież dla wspaniałego honorarjum, na jakie nie bez skrzywienia przystał senator Guillet-Goudon, który otrzymał od Evy z więzienia notarjalne pełnomocnictwo dla zarządzania jej sprawami majątkowemi. Ale już po pierwszych odwiedzinach u swej klijentki w więzieniu St. Lazare uległ czarowi Evy, którą raz tylko widział na ekranie w wielkiej stylowej szlachetnej kreacji w filmie „Cześć Kobiety“, gdzie Eva Evard również siedziała w więzieniu, stawała przed sądem, ale wkońcu zwyciężyła najczarniejsze intrygi wrogów i wyszła zamąż za swego pięknego ubogiego chłopca, który zresztą na godzinę przed ślubem został miljonerem.
Od tej chwili maître Lourthier całą energję, cały swój niepośledni talent i, rzec można, niemal całą swą paryską duszę oddał obronie.
— Maître Lourthier, pozyska pan sławę światową — podniecał go senator — albowiem twierdzę, że rozgłos, ohyda i zwycięstwo wiekopomnej sprawy Dreyfusa są niczem — twierdzę to — wobec zbrodniczej intrygi, wymierzonej przez jakąś ukrytą mafję przeciwko Evie Evard!
Eva była klijentką wysoce inteligentną ale trudną, od samego początku śledztwa obrońca napróżno błagał ją, by nie drażniła i nie ośmieszała majora, który wprawdzie nie orzeka w jej sprawie, ale od jego protokułów, od jego raportu zależy w wysokim stopniu opinja sądu.
— Zanim zobaczą i wysłuchają panią muszą przestudjować wszystkie jego papiery, a major Lejard musiałby być zaiste aniołem, żeby nie odbiła się tam jego uraza do pani. Ludzka rzecz... A dalej, czemu pani nie chce wyjaśnić mu okoliczności, dla których generał Sittenfeld znienawidził panią? Jego zemsta stałaby się dla sądu bardziej dopuszczalną, bardziej prawdopodobną, a jak dotąd sfery wtajemniczone, osławieni specjaliści z Drugiego Biura odrzucają stanowczo wszelką możliwość podobnej intrygi.
— Brak im wyobraźni.
— Tak jest, niechże im pani dopomoże!
— Nie mogę, gdyż musiałabym wtajemniczyć ich w moją przygodę z pewnym młodym człowiekiem, o której wiedział cały Berlin, i co po mojej ucieczce było roztrąbione w gazetach. Jeżeli major chce o tem wiedzieć, niech sobie sprowadzi te gazety.
— To nie jego rzecz, to obowiązek obrony, gazety już dawno zamówiłem, tem bardziej nie ma pani powodu być tak drażliwą na tym punkcie.
— Ja nie powiem o tem ani jednego słowa — taka już jestem. Ale wiem, że jest tu osoba zaufania Drugiego Biura, moja główna oskarżycielka, która przywiozła mój osławiony memorjał oraz parę świstków sfałszowanych przez biuro kontrwywiadowcze niemieckie. Ta dobrze zna przyczyny nienawiści Sittenfelda a major napewno ją przesłuchiwał — niech się jej spyta i o to a będzie wiedział.
— Kto go wie, może się i pytał a teraz chce sprawdzić u źródła tamtą wersję... Daleko donioślejszą rzeczą jest, żeby pani nareszcie, nareszcie, droga panj Evard, wymieniła mi nazwisko owej agentki i upoważniła mnie...
— O tem niema mowy!
— Pani wytrąca z moich rąk atut niezmiernej wagi..
— Dałam panu klucz do zrozumienia intrygi...
— Choćbym ją zrozumiał, to cóż z tego, jeżeli mi nie wolno pisnąć słowa, dziękuję za klucz, którym nie mogę nic otworzyć ani go bodaj pokazać komu należy, że go jednak mam!
— Nie mogę zawieść zaufania pewnego życzliwego mi człowieka, który mi to wyjawił w tajemnicy.
— Proszę zatem o nazwisko tego pana, udam się do niego...
— Byłby to nielojalny nacisk z mojej strony. Ten pan, który mnie ostrzegał, jest oficerem i gotówby stawić się przed sądem jako świadek.
— Ależ cudownie!
— Ale po złożeniu zeznania strzeliłby sobie w łeb — ja go znam — gdyż on zkolei zdradziłby tajemnicę, którą wydostał od kolegi pod słowem oficerskiem.
— Prawdziwy galimatjas subtelności! I dlatego pani ma przegrać sprawę! Doprawdy, chyba żaden adwokat na świecie nie miął podobnie absurdalnych kajdanów na rękach i nogach... ukutych z fikcyj, które jednak nie dają mu zrobić żadnego posunięcia, paraliżują cały jego wysiłek! To jest dziwactwo! Pani Evard, to jest fanaberja rozkapryszonej kobiety, zupełnie nie w porę i nie na miejscu!
— Panic Lourthier, to jest mój. punkt honoru! Ten człowiek był mi bardzo oddany, a dowiedziawszy się zawczasu, że mi grozi wstrętny proces o szpiegostwo, choć wierzył niezbicie w moją niewinność, błagał mnie, żebym, nic tracąc jednej godziny, uciekała zagranicę.
— Na Boga żywego!... Czemuż go pani nie usłuchała?!!



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Tadeusz Gałecki.