Półświatek/Rozdział IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Stanisław Antoni Wotowski
Tytuł Półświatek
Podtytuł Powieść sensacyjna na tle zakulisowych stosunków Warszawy
Wydawca Wydawnictwo „Najciekawsze Powieści”
Data wyd. 1931
Druk Zakłady Drukarskie Wacława Piekarniaka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ IV.
Bagno stolicy.

Fred, wypadłszy z domu przy ulicy Koszykowej, biegł przed siebie na oślep, nieprzytomny... Długo może biegałby w ten sposób po ulicach i raz jeszcze zabrnąłby nad brzeg Wisły, aby chłodnym wiatrom zwierzyć się ze swego smutku i rozpaczy, gdyby go nie spotkała niespodziewana przeszkoda...
Bo oto, kiedy tak pędził, nagle mocna dłoń pochwyciła Freda silnie za ramię, a młody dźwięczny głos wesoło zawołał tuż nad uchem:
— Dokąd to, kolego? Urządzasz istne wyścigi! Pozabijasz przechodniów!
Fred, nieco oprzytomniawszy, przystanął. Ujrzał przed sobą roześmianą twarz Janka Bartmańskiego, towarzysza z ławy szkolnej.
— Spieszę się... — mruknął,
— Spieszysz się? Możesz chwilę zaczekać! Tyle czasu nie widzieliśmy się!
— Kiedy...
— Wcale cię to nie cieszy, żeśmy się spotkali?
Fred pojął, że w rzeczy samej jest niegrzeczny dla przyjaciela i postarał się ukryć swe wzburzenie.
— Ależ naturalnie... — wybąknął uprzejmym już tonem.
— Skoro tak, to nie puszczę cię prędko! Musisz opowiedzieć, co się u ciebie dzieje...
Janek Bartmański był o parę lat starszy od Freda. Znali się od dzieci, zamieszkując w jednym domu i później wspólnie uczęszczając do szkół. Po ukończeniu gimnazjum, Bartmański studjował zagranicą i powróciwszy do kraju, od roku już zajął samodzielne stanowisko w jakiemś handlowem przedsiębiorstwie. Zamożniejszy od Freda lubił bawić się i nie gardził ani wesołem towarzystwem ani kieliszkiem — podczas gdy poważny z natury i wiecznie zapracowany Fred za podobnemi rozrywkami nie przepadał i nie mógł sobie na nie pozwolić. Choć więc rozłączyło ich życie, ilekroć się zetknęli, w wspomnieniach odżywały dawne dzieje, a przy tej sposobności Bartmański usiłował na lumpę wyciągnąć przyjaciela. Przeważnie bezskutecznie i spotkanie kończyło się tylko dłuższą pogawędką. Nie dawał jednak za wygraną i twierdził, że kiedyś rozrusza „sensata“, a filuterne spojrzenia, jakie rzucał i obecnie w jego kierunku, świadczyły, że nie poniechał tych zamiarów.
— Pędzisz pewnie do pracy? — mówił dalej. — Praca nie zając, nie ucieknie... Napewno możesz mi poświęcić godzinkę... No, pół godzinki... Bądźże druhem... Zajdźmy do kawiarni...
— Do kawiarni?
Fred teraz dopiero oprzytomniał i szeroko rozwartemi ze zdziwienia oczami spoglądał na dawnego towarzysza.
— Do kawiarni? Dobrze! — Tę niespodziewaną zgodę wyrzucił z siebie tak nagle, że aż zdumiał się Bartmański, spodziewając się dłuższego oporu. Lecz uradowany, nic nie dał poznać po sobie.
— Nareszcie... Zacny z ciebie chłop... Idziemy...
Ująwszy
przyjaciela pod ramię, raźno ruszył naprzód. Fred dawał się ciągnąć bezwolnie, a w myślach rozważał, czy lepiej się nie cofnąć... Zgodził się towarzyszyć koledze pod wpływem nagłego porywu gniewu, jaki go ogarnął. Dalej miał biegać po ulicach Warszawy, rozpaczać, szaleć za dziewczyną, która tego nie warta? Tfu, do licha... On, człowiek mocny, musi opanować się, otrząsnąć, wyrwać z serca tę miłość... Z Bartmańskim łatwiej zapomni... Nie... Nie cofnie się już... Postara się ogłuszyć, upić weselem i gwarem wielkiego miasta...
Tymczasem Bartmański, jakby obawiając się, że Fred jeszcze się rozmyśli, plotł bez przestanku to i owo. I o wspomnieniach dzieciństwa i o obecnych swych przygodach. Wreszcie, gdy znaleźli się przed wejściem jednej z modnych kawiarni, pchnął go lekko do środka.
— Idź pierwszy, bo zwiejesz...
Ale Fred nie zamierzał „wiać“... Rozebrawszy się w szatni, zajął miejsce przy stoliku, a kiedy Bartmański obstalował czarną kawę i koniak, wychylił kieliszek złocistego trunku do dna.
— No... no — uśmiechnął się kusiciel — czynisz postępy...
— Ot, dziś z gustem piję...
— A może, odludku, nauczyłeś się odwiedzać lokale publiczne?.. Choć nigdy cię nie spotkałem...
— Przysięgam... Po raz pierwszy jestem w wielkiej kawiarni.
— Tem bardziej chwalebne, żeś dla mnie uczynił wyjątek... Napijmy się wobec tego po koniaczku...
Fred wypił i następną kolejkę, poczem roztargnionym wzrokiem powiódł po natłoczonej strojnym tłumem wielkiej sali. Pełno tam było szykownych kobiet o nieco wyzywającym wyglądzie, mężczyzn, ubranych nienagannie, z minami angielskich lordów.
Bartmański, który spojrzenie Freda przypisał ciekawości, jął usłużnie objaśniać:
— Interesują cię sąsiedzi... Słusznie.. Kawiarnia jest nieocenionym terenem dla obserwacyj... Ja lubię się bawić, ale jednocześnie lubię czynić spostrzeżenia... A nigdzie bardziej, niźli tutaj, nie wypływa na wierzch zakulisowa strona życia stolicy...
— Hm... no... tak... — bąknął Fred, aby coś odpowiedzieć.
— Patrzysz na te wytworne panie i sądzisz, że to są niedostępne damy?.. Spozierasz na panów, mniemając, iż to hrabiowie i dygnitarze, lub co najmniej dyrektorzy banków... Tymczasem... W większości masz tu przed sobą kokoty, hochstaplerów, niebieskich ptaków. Kawiarnia jest dżunglą, w której żerują, łapią naiwnych, szukają „frajera“... Kobiety, aby móc się sprzedać, lub go naciągnąć, grając na zmysłach... Mężczyźni, aby zawlec ofiarę do domu gry, upić i wykorzystać jej nieprzytomność, ostatecznie wyłudzić drobną pożyczkę... Pomiędzy temi paniami, a panami zachodzi jedna różnica... Kobiety „nabierają“ tylko mężczyzn — mężczyźni mężczyzn i kobiety... Bo nie wahają się oni, służąc damulkom pomocą, ciągnąć później zyski z nierządu... Nie świat to, który tu widzisz, a półświatek...
— Ohydne! — mruknął przez zęby Korski.
— Ohydne? Niewątpliwie... Tem więcej, że z tej całej bandy, zawodowe kokoty są jeszcze najuczciwsze...
— Więc te panie?
— Przeważnie, tak zwane „przyzwoite kobiety“...
— Niemożliwe! Po tem coś powiedział?
— Powojenne zepsucie i bieda, a właściwie wygórowane wymagania w strojach zrobiły swoje. Kiedy zarobki męża nie wystarczają, kobieciątka bez żadnych zasad moralnych i skrupułów radzą sobie, jak mogą — byle na świecidełka i zachcianki starczyło. Oczywiście, wszystko z bajecznem zachowaniem pozorów, pod znakomitą, że się tak wyrażę pokrywką... Och, jakże obraziłaby się podobna laleczka, gdyby ją nazwano kokotą... Ona kokotą? Ależ nigdy... Ona może mieć tylko finansowe tarapaty, lub długi, z których ją wyratuje przygodny przyjaciel, za co przecież jakoś musi mu się zrewanżować... Ona nierządnicą? Przepraszam, ona jest uczciwą mężatką... Chodzi do kawiarni, bo pragnie się rozerwać... Coś tam czasem się zdarzy, ale przecież ma męża... A ci mężowie... Bardziej zepsuci i zgangrenowani, patrzą przez palce na wybryki swych połowic, zadowoleni iż szykowna żona nic ich nie kosztuje... Inni zapracowani i życiowo naiwni, odgrywają rolę przysłowiowego małżonka z noweli Maupassanta, który zachwycał się zabiegliwością swej pani, znoszącej do domu cenne futra i klejnoty, rzekomo kupowane okazyjnie za grosze... O, bo taka laleczka jest bajecznie przebiegła... Niechaj przypadkiem w kawiarni, w towarzystwie męskiem napotka ją pan mąż... Wnet mu się wyłże... Umówiłam się z przyjaciółką, nie przyszła... Chciałam zaczekać... Nie było miejsca, ten pan był na tyle uprzejmy, że zaofiarował mi je przy swoim stoliku i ochronił od nieprzyjemnych zaczepek gburów... Podziękuj mu, kochanie... I małżonek dziękuje... Zresztą, te damy potrafią się urządzić inaczej... Od czegóż są pośredniczki i domy schadzek...
— Domy schadzek?! — jakimś głuchym głosem powtórzył Fred i machinalnie wypił nowy kieliszek.
— Oczywiście... Nie są one na tyle naiwne, aby często po kawiarniach zawierać znajomości... Jedno, drugie spojrzenie wystarczy... Resztę podejmują się załatwić różne właścicielki dwuznacznych firm i pensjonatów...
Palce Freda wpijały się coraz bardziej kurczowo w blat marmurowego stolika, a twarz stawała się czerwieńsza. Lecz Bartmański, nie widząc tej nagłej zmiany, rad z wykładu, perorował dalej.
— Wyjaśniłem ci, jak umiałem wszystkie tajemnice naszej Warszawki... Nie przoduje ona w zepsuciu, bo w innych stolicach to samo się dzieje w znacznie mocniejszym stopniu... Bierz Paryż, Wiedeń, Bukareszt, nie mówiąc już o słynnym z rozpusty Berlinie, gdzie za czasów największej biedy, żony hofratów, niemal jawnie sprzedawały swe córki... Każde wielkie miasto ma swe bagno... Lubię w nie czasem się zanurzyć... Zanurzę się, ale żadna z takich bezdusznych kukieł na dłużej nie przykuje mego serca... Zaręczam... O, bo są leszcze inne kobiety... Szlachetne, prawe, uczciwe, dla których praca i domowe ognisko nie przestały być pustem dźwiękiem...
— Wszystkie baby jednego djabła warte! — nie wiedzieć kiedy gwałtownie wyrwało się Fredowi.
Bartmański zdumiony spojrzał na przyjaciela. Usta Freda krzywił grymas niesmaku, policzki płonęły, oczy błyszczały nienaturalnie. Zaczynał się nieco domyślać.
— Czyżby cię spotkał zawód miłosny? — zapytał cicho.
Korski przygryzł wargi i nie dał natychmiast odpowiedzi. Jak każda natura mocna, nie lubił się wywnętrzać, dzielić się z innemi swym bólem. Wolał go w sobie przetrawić. Lecz obecnie... Nerwowe podniecenie i koniak uczyniły swoje... I te napomknienia o domach schadzek... Jeden Bartmański mógł go zrozumieć i mu doradzić...
— Tak, Janku — wymówił z trudem. — Przeżyłem dziś wielką przykrość... Więcej, niż przykrość. Aby o niej choć na chwilę zapomnieć, przyszedłem tu z tobą, do kawiarni...
Bartmański nie tylko szczerze lubił Freda, ale miał i dobre serce. W lot pojął, iż to o rzeczy poważne chodzi.
— Nie umiem nalegać! — wyrzekł z współczuciem w głosie. — Ani nie chcę się wdzierać, nieproszony, w twoje tajemnice... Lecz, jeśli mógłbym ci być pomocny...
Korskiemu najciężej tylko było się zdecydować na pierwsze słowa. Teraz postanowił opowiedzieć wszystko.
— Może nie posłyszałbyś z moich ust tego wyznania — wyrzucił z siebie nerwowo — gdyby nie twoje opowieści o tajemnicach Warszawki... Niestety, i ja się zetknąłem z jedną z podobnych „tajemnic...“
— Ty?
— Tak... Chwilami porywa mię pasja, a chwilami mam wrażenie, że serce pęknie z żalu...
— Ależ, Fredzie — dziwił się Bartmański coraz bardziej — zawsześ był taki stateczny, trzeźwo patrzący na życie... Omotała się lalka?
— Ona nie była lalką! — z rozpaczą zawołał. — O to chodzi... Rozumna, przyzwoita dziewczyna na pozór... A później...
— Później? Jeśli chcesz mi opowiadać, to opowiadaj od początku...
— Właśnie zamierzałem... Mniej więcej miesiąc temu zawarłem przypadkowo znajomość z pewną panną... Oczywiście jej nazwiska nie wymienię... Zamieszkiwała wspólnie z ciotką, pędząc życie więcej, niźli skromne... Poza nauką i książkami nic ją nie obchodziło... Była najszczęśliwsza, kiedy mogła siedzieć w domu i rozprawiać o filozofji i literaturze.... Wyobraź sobie ja... tak, ja musiałem ją wyciągać do kina, lub cukierni... Wydawała się zgoła odmienna od niewiast współczesnych, mało obchodziły ją zabawy i stroje... Słowem kobieta pracy, idealny towarzysz, wymarzona żona...
— I ona?.. — zagadnął zaintrygowany Bartmański.
— Zaczekaj... Wnet wszystkiego się dowiesz... Wyznam ci szczerze, że zakochałem się w niej, niczem smarkacz... Tem mocniej, że po raz pierwszy w życiu... Choć nie powiedziała mi tego wyraźnie, wydawało mi się, że nie jestem jej obojętny... Niestety... Ze zdziwieniem zauważyłem od tygodnia, iż zmieniła się nie do poznania... Zazwyczaj wesoła, nagle stała się zamyślona, smutna... Nie śmiałem nalegać, lecz dziś, kilka godzin temu, zdecydowałem się wyjaśnić sytuację...
— Wyjaśniłeś?
— Rozegrała się pomiędzy nami więcej niźli dziwna scena... Spostrzegłem u niej na stole książkę, traktującą o samobójstwie, jąłem prosić, aby mi wytłomaczyła powód swego przygnębienia... Nie odrzekła na to ani słówka, lecz nagle jej ramiona oplotły moją szyję... A później równie niespodzianie odepchnęła od siebie i z gniewem kazała odejść...
— Histeryczka? Nic nie rozumiem... Lecz cóż to ma wspólnego z owym brudem życia, o jakim wspominałeś?
— Jeszcze nie skończyłem... Jak oszalały wypadłem z jej domu i długo błąkałem się po ulicach... Wreszcie postanowiłem powrócić, aby rozmówić się z nią raz jeszcze...
— Słusznie...
— Gdym zbliżał się do domu, w którym mieszka, spostrzegłem, iż wychodzi z bramy... Zazdrość targnęła mem sercem i choć się jeszcze tego wstydzę, postanowiłem ją śledzić... Wsiadła w taksówkę, wskoczyłem do następnej... I wiesz, dokąd się udała?
— Dokąd? — Bartmański uważnie chwytał każde słówko Freda.
— Do Helmanowej! — krzyknął ten niemal głośno z rozpaczą. — Do Helmanowej... „Salon mód Helwira“... Rozumiesz, co to znaczy?...
Bartmański aż podskoczył na krześle,
— Do tej przeklętej rajfurki? Żartujesz chyba... Skromna, uczciwa panna?...
— I ja przez chwilę sądziłem, że oszaleję!... Lecz nie może być najlżejszej wątpliwości... Poszła do niej dobrowolnie, poprzednio umyślnie zerwawszy ze mną... Boże, jak ja cierpię! Ot, masz prawdziwy brud życia... Spotkałeś mnie właśnie, gdym stamtąd złamany powracał... Nie... to okropne...
Zaległo milczenie...
Podczas gdy Fred ciężko wsparł głowę na ręce, aby skryć kręcące się w jego oczach łzy, Bartmański wiódł z roztargnieniem wzrokiem po sali, a palce odruchowo błądziły po stoliku. Znać było, że nie tylko współczuje przyjacielowi, ale zastanowiła go ta cała dziwna historja.
— Nadzwyczajne! — mruknął wreszcie. — Jesteś niedoświadczony, ale nie mogłeś się tak dalece pomylić, aby sprytną kurtyzanę przyjąć za skromną panienkę. Pozatem jej tryb życia i ta rozpacz, kiedy się rozstawała z tobą... Z drugiej zaś strony... Studentka i dom schadzek?.. Skąd ona tam znalazła drogę?.. Nic nie rozumiem...
— Ja mniej jeszcze! — szepnął Fred zduszonym głosem.
— Czekaj! — zawołał nagle Bartmański, jakby go nagle uderzyła pewna myśl. — Czy ty wiesz wszystko o Helmanowej? Czy wiesz w jaki sposób chwyta w swe sieci ofiary?
— Chwyta ofiary?
— Tak... Miałem szczęście być kiedyś w salonach tej damy i wiele mi opowiadano... Ohydna baba i doprawdy się dziwię, że jej wszystko dotychczas uchodzi na sucho. Jeśli pragnie kogoś omotać, to oplątuje naprzód finansowo... Pcha w niewyraźne kombinacje, a później szantażuje... Albo uczynisz, co zechcę, albo będziesz skompromitowana na zawsze...
— Och, z jaką chęcią ukręciłbym szyję tej megerze! — z nienawiścią zabłysły oczy Freda.
— Otóż jedyne przypuszczenie, jakie mi się nasuwa — dalej rozważał Bartmański — jest to, iż twoja znajoma, zapewne naiwna dziewczyna, w niewytłomaczony sposób dostała się w szpony rajfurki i daremnie pragnie się z nich uwolnić... Niezwykle ambitna, wstydzi się, że w podobnej matni się znalazła, a nawet doszła do przekonania, iż jej ciebie kochać nie wolno...
— Ależ ja służyłbym jej radą, pomocą...
— Właśnie, tego pragnie, zapewne, uniknąć... Obawia się podejrzeń, jakie mogłyby paść na nią i ją w twoich oczach zohydzić...
— Zohydzić?
— Naturalnie! Toć wystarczyło tego, żeś widział jak wchodziła do mieszkania Helmanowej, a już pędziłeś po ulicach, niczem warjat, — zwiąc ją w duchu prawdopodobnie zepsutą i przewrotną istotą... Nie dziwię się. Znajomość z właścicielką „Helwiry“ rzuca cień na każdą kobietę... A tu mogą mieć miejsce dwa wypadki.
— Jakie?
— Będę mówił szczerze i przepraszam z góry, jeśli moje wnioski mogą cię dotknąć...
— Mów! — rzucił krótko Fred, nieco ochrypłym z podniecenia głosem.
— Albo twoja znajoma nie uczyniła nic niewłaściwego, a Helmanowa stara się ją tylko w swe sieci uwikłać a ona boi się o tem komukolwiek zwierzyć..
— Albo...
— Albo też w jej przeszłości istnieje coś, jakiś lekkomyślny romans, nieopatrzny krok, o czem wie Helmanowa i najbezczelniej wykorzystuje tę okoliczność, chcąc biedaczkę pochwycić w swe szpony...
— Boże! — zawołał z nowym przypływem rozpaczy Korski, w którego wyobraźni zarysował się niezwykle jaskrawo obraz Hanki, w objęciach innego mężczyzny — Boże, jakie to straszne... A ja ją tak miłowałem!.. Bodaj więcej nad siostrę, nad matkę!.. Lenka już jest lekkomyślna, lecz nigdyby nie zabrnęła w podobną sytuację, by zależeć od takiej Helmanowej...
Och, jakże Fred był daleki od prawdy. Lecz Bartmański nie podchwycił tego porównania. Po cóż? Nie miało ono nic do rzeczy, a zestawienie osoby siostry Korskiego, którą znał oddawna, z domem schadzek wydawało mu się równie niemożebne, jak i Fredowi. Zerknął tylko na salę, w obawie czy kto nie podsłuchuje ich nazbyt ożywionej rozmowy, poczem zapaliwszy nowego papierosa, rzekł na zakończenie:
— Oto jakie logiczne przesłanki wysnuć można z tej całej historji...
— No tak! — wyszeptał namiętnie Fred. — Lecz co dalej czynić?... Walczyć, czy też zapomnieć?
— Pytasz o radę? — wymówił Bartmański po chwili zastanowienia. — Rada tu ciężka i odpowiedzieć ci na to może tylko własne przekonanie i własne sumienie...
— Więc?
— Jeśli twoja znajoma całkowicie zasługuje na to, a z twych słów wynikałoby, że szlachetna z niej, tylko nieszczęśliwa dziewczyna, ja osobiście wiedziałbym, jak postąpić... Ty, jednak, może należysz do liczby tych mężczyzn, którzy nie przejdą do porządku dziennego nad skazą w życiu kobiety...
— Skaza w życiu kobiety? Przejść do porządku... — mamrotał Fred, tocząc z sobą ciężką duchową walkę. — A nuż ona więcej zepsuta, niźli się wydaje?... Nie, niemożebne... Omotała Hankę łajdaczka... Wszystko to straszne, okropne... Lecz moim obowiązkiem spieszyć na ratunek... Tak, nawet wbrew jej woli, wyrwę ją z tego...
Bartmański z widocznem zaciekawieniem śledził wewnętrzne przełamywanie się Freda. Posłyszawszy ostatnie słowa, zawołał:
— Oto decyzja, godna prawdziwego mężczyzny!.. Twoim obowiązkiem wyrwać biedactwo z macek wstrętnej rajfurki... Nie bacząc nawet na przeszłość... A gdyby ta przeszłość była tak straszna, że przekreśliłaby twą miłość, spełnisz zawsze dobry uczynek...
— Masz słuszność! — rzekł tym razem mocno Korski, powziąwszy postanowienie. — Odwiedzę ją jutro i oświadczę wręcz, nawet narażając się na największy gniew, iż wdarłem się w jej tajemnicę... A później postaram się ocalić.
Obaj zamilkli.
Fred układał w głowie pewien plan, a delikatny z natury Bartmański, nie chciał niepowołanem słówkiem, przerywać zadumy przyjaciela. Rzuciłby jeszcze nie jedno pytanie, lecz obawiał się go urazić, lub wydać niedelikatnym. Wreszcie Korski odezwał się pierwszy:
— Nie miej mi za złe, że cię opuszczę, ale męczy mnie obecnie ten gwar i zgiełk kawiarni... Sam rozumiesz, w jakim znajduję się stanie ducha, a w samotności pragnąłbym przemyśleć to i owo... Kiepski dziś ze mnie towarzysz do zabawy...
Lecz Bartmański nie zamierzał go zatrzymywać.
— Całkowicie pojmuję, Fredzie! — wymówił ciepło, mocno ściskając rękę Korskiego. — Pojmuję, co się z tobą dzieje i współczuję serdecznie... Nigdy nie śmiałbym nalegać... Nie żałuj, żeś przyszedł... Ta spowiedź dobrze ci zrobiła... Podzielić się z kimś oddanym swą troską, to jakby zepchnąć ze swych bark połowę tej troski... A wiesz, żem ci prawdziwie życzliwy... Tylko...
Korski pojął.
— O dalszym przebiegu wypadków nie omieszkam cię w najbliższej przyszłości powiadomić...
— Może przydam się na co...
Fred raz jeszcze uścisnął dłoń przyjaciela i szybko skierował się do wyjścia.
Po drodze niechcący dość mocno potrącił jakiegoś wyelegantowanego młodzieńca i nie zauważywszy tego nawet w swem podnieceniu, wybiegł z kawiarni.
Lecz jeśli Fred go nie spostrzegł — tamten aż obejrzał się za nim, a w oczach odbiło się zdumienie.
— On tu?... Szkoda, że umówiłem się z Mary. Wartoby ustalić nazwisko...
Owym młodzieńcem, wkraczającym z pewną, a pańską miną na salę — był nikt inny, niźli świetny pan Tolo.
Powracał właśnie z Długiej, umówiwszy się w kawiarni z pewną niewiastą, z którą łączyły go różnorodne interesy. Wiedział, że ta osóbka czekać nie lubi, a śledząc Gliniewską, spóźnił się prawie o pół godziny.
Ujrzał ją zdaleka i szybko począł się przeciskać poprzez stłoczone stoliki.
— Jesteś? — zawołała z gniewem. — Chciałam już odejść...
— Widzisz, Mary... — począł tłumaczyć, siadając obok na krzesełku. — Zatrzymały mnie naprawdę pilne sprawy...
— Et, znam te sprawy... Partja bilardu, albo latanie za spódnicą...
— Zapewniam...
— Znów łżesz, swoim zwyczajem...
Wypowiedziawszy te słowa, towarzyszka Tola, z widocznem zniecierpliwieniem zapaliła papierosa. Śmiało można było ją nazwać bardzo ładną dziewczyną, zdala nawet uderzała jej uroda, prawidłowe rysy i delikatna cera, wielkie czarne oczy, włosy, niczem skrzydła kruka, z poza karminowych warg połyskujący rząd białych ząbków.
Wytworny, acz skromny ubiór nie przypominał wrzaskliwego kokociego szyku. Lecz kto przypatrzyłby się pannie Mary bliżej, szczególniej gdy nie panowała nad sobą, ten spostrzegłby w pięknych oczach złe błyski, a wokół ust grymas dziwnie okrutny — wnet wyniósłby inne wrażenie. Bo Mary, mimo swych lat dwudziestu, zdążyła już przejść przez niejedno i wszystko było jej dobre byle dojść do celu — zdobycia pieniędzy.
— Łżesz! — powtórzyła twardo. — I niech się skończy ta zabawa.
— Jaka zabawa?
— Jeśli zgodziłam się na twoją znajomość z Helmanową, to myśląc, żeś chłopak mądry i potrafisz zrobić dobre uderzenie... A ty co? Pętak zwyczajny... Złapie parę groszy i przehula z kolegami, a później wiecznie chodzi goły... Jeszcze mnie prosi... Pożycz, Mary... A tu takie czasy podłe, że każdyby za dwa złote psa do Krakowa z Warszawy pogoni...
— Poczekaj, Mary... — jął tłomaczyć...
Nie dała mu dokończyć zdania.
— Na co mam czekać? Dosyć czekałam... Rozumiem, że moim obowiązkiem było ci pomóc, kiedyś wyszedł z więzienia i zdychał z głodu... Ale teraz... Jak nie chcesz sam — gwizdnę na ciebie i poszukam naprawdę cwaniaka...
Tolo skrzywił się lekko. Niezbyt lubił, gdy mu wspominano o starej przygodzie, zakończonej półrocznym pobytem w celi. Zato, że komuś gdzieś w dancingu zginęła złota papierośnica? Właśnie ten pobyt wstrzymywał go od szybszej „roboty“ z Helmanową. Ale Mary, która była nieocenioną pomocnicą, należało koniecznie uspokoić.
— Najprzód sytuacja nie przedstawia się tak tragicznie — szeptał nachylony przez stolik. — Tylko ty nie dajesz mi dojść do słowa... Wyciągnąłem z baby setkę, co mi się dotychczas nie zdarzyło... A spóźniłem się, bom wywąchał ciekawą sprawę...
Tu powtórzył o przygodzie z Gliniewską. Nie trafiło to bynajmniej do przekonania jego towarzyszce.
— Zawracanie głowy! — zawołała. — Studentka!!! No i cóż z tego wyjdzie? Masz wrażenie, że obawia się jej Helmanowa? Mogło ci się tylko wydawać... Tak nie zajedziesz daleko...
— Czemu? — bąknął rozczarowany.
— Chcesz — mówiła, skrzywiwszy się ironicznie — nawalić starą, wywąchawszy sekrety?.. Chytrzejsza ona od ciebie i buty zedrzesz, nim coś zrobisz... I co ci da, żebyś nie pyskował? Parę tysięcy... Dla mnie to frajer...
— Ale niema ryzyka...
— Tchórz jesteś! Zaryzykować trzeba...
— Można usiąść!
— Mądry chodzi, głupi siedzi! Uspokój się! Jak się będziesz mnie słuchał, nie grozi więzienie...
Tolo wodził palcem po blacie stolika.
— Więc?
— Dawno ci mówiłam — prawiła teraz gorączkowo — żeś powinien się dowiedzieć, gdzie stara chowa biżuterję... Toć ma podobno brylantów na sto tysięcy... No i forsy kupę... W domu trzyma wszystko... Do banku oddawać się boi, żeby na nią nie zwrócili uwagi. To jakeś ją poznał, myślałam, sam się domyśli i rąbnie... A ten setką się stawia, albo tu gada o głupich interesach...
— Nie tak łatwo, jak ci się zdaje! — mruknął, jakby zastanawiając się nad czemś, bo i jemu ten plan chodził po głowie. — Nie tak łatwo...
— Obawiasz się, że poleci z krzykiem do policji? Najprzód będziemy już daleko... Pozatem nie wiem, czy wogóle da znać... Policja mogłaby się zainteresować jej osobą... Przestraszy się skandalu i wrzasku po gazetach... Będzie milczała...
— Hm... no... widzisz... — bąknął, gdyż Mary nie mówiła nic nowego. — Widzisz. I ja myślę... nie poleci... Dlategom zbierał właśnie przeciw niej dowody, żeby się lepiej jeszcze zabezpieczyć... A gdzie biżuterję chowa? Wiem... w kasie i w tualecie... Tylko...
— Tylko?
— Tylko... Trudno wykonać...
— Trudno?
— Kiedy ją odwiedzam, stale jest w domu... Wie ona dobrze, co o mnie sądzić i na chwilę nie spuszcza z oka... Włamanie nie miałoby sensu... Chyba w nocy...
— Tak, w nocy!
— A jeśli się obudzi i wrzasku narobi?
— Przeraża cię robota na „mokro“?
— Nie... nie... — wymówił niepewnie.
Choć dał twierdzącą odpowiedź, aby zaimponować kochance, pochodzącej ze złodziejsko-bandyckich sfer, przerażała go właśnie ta „robota na mokro“ i za wszelką cenę pragnął jej uniknąć.
— Zastanowię się! — po chwili oświadczył. — W każdym razie trzeba zrobić uderzenie...
Zerknęła nań z pod oka, zapaliwszy nowego papierosa.
— Słuchaj! — rzekła twardo. — Daję ci tydzień czasu i tak samo, jak i ty wystawię się na niebezpieczeństwo... Ale jak po tygodniu znów zaczniesz kręcić...
— Bądź spokojna! — odparł z mocnem postanowieniem w głosie.
Niedługo potem dobrana para, w najlepszej komitywie, pędziła taksówką w stronę knajpy „Pod schodkami“ na Czerniakowskiej. Tam, za zdobytą setkę można było popić i tęgo się zabawić, bez obawy, by kto podsłuchał jakie nieopatrzne słówko.
Zresztą w tej knajpie właśnie mieli być Felek „Malowany“ ze swą „małżonką“ panną Zuzą. Osóbka ta „rąbnęła“ dziś jakiemuś przejezdnemu Amerykaninowi paręset dolarów — wobec czego „zamelinowawszy“ się przed okiem władzy w podrzędnej knajpie — stawiała kolację najbliższym przyjaciołom.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Stanisław Antoni Wotowski.