Pękły okowy/Część pierwsza/XX

<<< Dane tekstu >>>
Autor Maciej Wierzbiński
Tytuł Pękły okowy
Wydawca Śląskie Zakłady Graf. i Wydawnicze „POLONIA“ Sp. Akc.
Data wyd. 1929
Druk Śląskie Zakłady Graf. i Wydawnicze „POLONIA“ Sp. Akc.
Miejsce wyd. Katowice
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
XX.

— Czy jest pan Wiktor Kuna w tartaku? — pytał głos z willi dyrektora Kuhny przez telefon.
— Jestem na twe usługi, Matyldo.
— Przyjechała przed kwadransem Emma i nakazuje ci niniejszem przez moje usta, abyś stawił się tutaj jaknajprędzej.
— Oh...
— Co to znaczy to „oh“?
— To znaczy, że się nie stawię na ten apel...
— Nie? — zabrzmiało radosną nutą.
— Nie! Powiedz jej... Powiedz, że... muszę zaraz pojechać do Bytomia i bawić tam pewną Angielkę, która przybyła, by służyć nam pomocą w pracy plebiscytowej.
— Czy to prawda?
— Mniejsza o to, czy to prawda, czy nie. Powiedz tak Emmie i wyraź jej moje ubolewanie z tego, że nie mogę spędzić w jej towarzystwie dzisiejszego wieczora.
— Dobrze. Jestem bardzo z tego rada. Do widzenia!
Odłożywszy słuchawkę, Wiktor wyszedł zaraz z kantoru tartaku do swego mieszkania na piętrze i począł chodzić po pokoju jak zwierz w klatce. Wreszcie padł w fotel, ukrył twarz w dłoniach.
W jego nerwach odzywało się przywiązanie do tej kobiety, ciągnął go do niej magnes... Szamotał się w sobie. Powiedział sobie wszakże kategorycznie: nie! i nie chciał zgiąć karku w jarzmo poniżającej go miłości.
Zerwał się na nogi. Przeraził się na myśl, że Emma, lubo strasznie nań teraz zagniewana, a może właśnie dlatego, że obrażona, zjawi się u niego w mieszkaniu. Pogada kilka minut z Matyldą i panią dyrektorową, skróci swą wizytę, upozoruje swój wyjazd i pryśnie do tartaku. A on nie chce już widzieć jej wcale! Więc... trzeba przed nią uciekać.
Pośpiesznie począł ubierać się tak, jak wymagało tego czekające go spotkanie pod Murckami. Wdział kubrak skórzany, wziął broń i dosiadł swego motorowego bieguna.
Było dopiero wpół do szóstej. Na lazurze niebios pospały się olbrzymie balonowe obłoki, otulone w lśniące puchy śniegów, dołem podcienione rdzawo szaremi smugami. Zawisły przed oczyma rozhoworu światowego, by uzmysłowić mu skończenie doskonały spokój, nasączony pogardą dla rzeczy ziemskich i zdawały się pouczać dzieci ziemi, że chcąc osiągnąć ten stopień doskonałości, trzeba wzbić się wysoko ponad prochy codzienności i rozwinąć skrzydła w eterycznej krainie niebotycznej, wolnej myśli.
Spokój podziałał na Wiktora, niby dobra ręka matki. Siadłszy na murawie pod lasem, pogrążył się w wypoczynkowy stan ducha. Ukołysały się w nim wzburzone czynniki psychofizyczne i przenikało go zadowolenie, iż uciekł i odniósł nad swą słabością zwycięstwo, iż zerwał ostatecznie pętlicę, na której trzymała go niegodna zaufania i serca kobieta. A jednocześnie zerwała się nić, jaka przez nią łączyła go ze światem niemieckim.
Postanowił zobaczyć się w Murckach z „rejonowym“, przekonać się, czy nie zepsuło się nic w zorganizowanej tam formacji i wsączyć w spiskowców przekonanie, że zbliża się godzina akcji orężnej. Bo nie wątpił, że bardzo ważną rolę w kwestji losów G. Śląska odegra broń.
Jadąc powoli przez las, rzucał okiem na prawo i lewo, chcąc zapoznać się z terenem przewidywanego spotkania z partją zbirów a mianowicie ujrzeć punkt zborny: leśniczówkę.
Ukazała się o staję od drogi po przez sztachety kilku wysokopiennych drzew, które pozostały siekierą nietknięte na skraju karpowiska, wrzynającego się dość znacznym czworobokiem w las.
Stalowo pomalowany domek wtapiał się w tło ciemnego, szarozielonego świata drzew. Wiodła do niego nikła drożyna pod murem świerków. Obok niej leżało na karpowisku kilka zwałów długich jak maszty pni oraz sążeń drzewa opałowego.
Nie zatrzymując się długo nad tym, tak interesującym go obrazkiem, Wiktor puścił się dalej i wkrótce spoczął w domku Alojzego Buły, od którego dowiedział się, że zajmujący tę leśniczówkę Niemiec odznaczał się buńczucznym hakatyzmem. Wtajemniczony w plany porucznika Buła wywnioskował, że ów leśniczy należał do organizacji szpiegowskiej i dlatego wybrano jego domostwo na ognisko zasadzki.
Do wojaczki skłonny chłop zdradzał chęć wzięcia udziału w tej nocnej wyprawie na szwabską bojówkę, lecz porucznik lękał się, by nie pociągnęło to fatalnych dla Buły następstw, gdyby leśniczy lub kto inny rozpoznał go wpośród partyzantów Nawoja.
Gdy zapadł wieczór, Wiktor, pozostawiwszy u Buły swój motocykl, udał się z nim do pobliskiej, na wylocie z osady tej położonej gospody. Spotkali tam dziesiętnika i trzech młodych górników, w których porucznik mógł był podejrzewać zakonspirowanych powstańców. Słuchali ciekawie wywodów Kuny, którego tylko dziesiętnik znał z twarzy, a on nastrajał słuchaczów na wojacką nutę.
Lecz wcześnie opuścił z Bułą to towarzystwo, chcąc odwiedzić jeszcze innego zaufanego człowieka na przedmieściu. Puścili się szeroką ścieżką w noc dość jasną i cudną w koronie roziskrzonych gwiazd.
Nagle gwałtowny rozgwar wylał się na pola z gardła uliczki i urągliwe wycie zaalarmowało porucznika i Bułę. Wynurzyła się z poza ostatnich domków miejskich ciemna masa kilkunastu ludzi, którzy niby stado czupurnych, wojowniczych kogutów wyskakiwali, miotali się, szarpali kogoś, dzikie wydając krzyki. Ciskali się na dwie czmychające chyżo sylwetki kobiece, jechali na ich grzbietach, wymachiwali kijami nad ich głowami.
— Haut sie, die verdamten Polern!! Schlag sie nieder! Das Sauvolk! Haut los!...
Buła szarpnął Wiktora za rękaw.
— A dyć to Bramowska. Wraca do domu z zebrania kobiet polskich. Na ta jej freliczka zawzieni sie. Żeby ich pokrenciło, te kłaki!
— Oh, pierona!...— mruknął pod nosem do siebie, porucznik, widząc, że szczuplejsza z dwu ściganych kobiet, snać kułakiem zdzielona, wywróciła się na ziemię. Zagotowała się w nim wściekłość. Odruchowo pochwycił kamień, o który uderzył butem, i puścił się kłusem naprzód, niby zwierz z groźnie zwieszonemi rogami.
Powalona na ziemię kobieta zerwała się na nogi żwawo i uciekała co tchu, lecz banda runęła lawiną na obie kobiety i obie padły na ziemię. W tej chwili kamień, duży niby bochen chleba, wpadł w pośrodek bojówki a w ślad za nim wskoczył w nią lamparcim skokiem młody junak. W mgnieniu oka wydarł gruby kosztur z rąk najbliższego Niemczaka i grzmotnął nim na oślep niby siekierą. A Buła poszedł za jego przykładem i pod wściekłemi razami jeden i drugi bursz nakrył się nogami.
Rozbili zciżbioną zgraję, która wnet rozpierzchnęła się w pomroku. Pozostało na placu trzech, widocznie mocno podchmielonych Orgeschowców. Wygrażali im więcej klątwami, aniżeli swemi maczugami. I oni jednak drapnęli, przepadli w ciemności, gdy porucznik i Buła natarli na nich chwacko.
Przez ten czas wyzwolone z opresji kobiety mogły były uciec już daleko. Wszelako sylwetki ich widniały o kilkanaście kroków. Gdy Kuna zbliżył się do nich, ujrzał, że jedna z nich, młodsza, jasno-ubrana, słaniała się na ramię swej przysadzistej, po wiejsku odzianej towarzyszki, jakby mdlejąc. Pochwycił ją za ramię i pospołu z włościanką poprowadził powoli ku czerniącej się w pobliżu zagrodzie. A Buła postępował obok nich, rozmawiając z włościanką, którą okazała się rzeczywiście działaczka górnośląska, Bramowska, wracająca z agitacyjnego zebrania kobiet.
W białym, niskim, po miejsku umeblowanym pokoiku Bramowska zajęła się poturbowaną agitatorką a swoją lokatorką. Na nią to głównie skierowała się wściekłość bojówki. Uderzono ją w głowę tak, iż, wszedłszy do mieszkania, dziewczyna czuła się jeszcze oszołomioną. Zerwano jej z głowy rogówkę wieśniaczą i poszarpano, podarto na plecach ładną, wielkomiejską sukienkę, jaką włożyła na zebranie, aby kobiety wiejskie nie orzekły, że owa frelka z wielkiego świata stolicy bagatelizuje je i ma za chelkę-pętelkę.
Nad tą sukienką załamały ręce gospodyni i jej córki. Panna musiała przejść do swego pokoiku i przebrać się. Pojawiła się przy stole jeszcze trochę zajściem tem rozstrojona.
Usadziwszy przy stole swego sąsiada i porucznika, pani Bramowska nalała w kubki „kiszki“ czyli zsiadłego mleka i podsunęła gościom wędlinę, mówiąc do porucznika:
— Broniła się jak mogła. Ale co takiemi pionstkami można poradzić, kiej dzikie robactwo opadnie nieboraczkę? A jo sama przeonaczyłam sie, kiej mnie ejden orchol w bok szturnoł.
Jasnowłosa panna czuła się zawstydzona swą porażką. Siedziała potulnie, niby trusiątko, przysłoniła oczy długiemi rzęsami i nie spojrzała na gości ani razu.
— Już dobrze, nic tak strasznego!... — rzekła do Bramowskiej śpiewnie i, chcąc zrehabilitować się w pojęciu tych, co wydzierali ją z pod maczug Orgeszowców, dodała:
— Spotkało mnie to nie pierwszy raz. Ale w Oleśnie wyszłam jednak z tego chlubniej...
— W Oleśnie — podjęła Bramowska — panna Jadwinia niosła sztandar polski w łomcugu narodu, co święcił 3-go maja. Te orchole na pochód napadli i chcieli wydrzeć sztandar pannie Jadwini, ale broniła go tak, że aż się wszyscy dziwowali. Broniła do krwi. Sińce krwawe miała i na szyi jom skaleczyli, te djoble najduchy. Oderwali kryke od sztandaru, ale panna Jadwinia sztandaru polskiego nie dała. Nie dała! Tako to Polka!
Szczere uwielbienie dla dzielnej dziewczyny brzmiało w głosie zasłużonej społecznicy. Położyła dłonie na płowych włosach panny pieściwie i przytuliła jej głowę do piersi. A ona podniosła się i objęła ją ramieniem. Ucałowały się serdecznie.
Obrazek ten siostrzanej miłości zapadł się w pamięci porucznika. Coś dziwnie ujmującego było w ruchach tej dobrze zbudowanej, zgrabnej dziewczyny. A lica jej pachniały zda się młodością i śnieżna szyja mówiła o piękności ciała, wyrastając w całej okazałości z wyciętego, szafirowego swetra.
Porucznik nie spuszczał wzroku z urodziwej panny i łowił każdy dźwięk jej głosu, gdy z nadzwyczajną słodyczą mówiła do gospodyni:
— A oni mnie zawsze bronią...
Była bardzo kobieca w tej chwili, przytulna.
— Słyszałem o tej napaści bojówki na pochód w Oleśnie! — ozwał się Wiktor. — Opowiadano w Komisariacie Bytomskim o tem i o... zapewne o pani. O pannie Orzelskiej z Warszawy.
Rumieniec zamigotał na twarzy panny. Zerknęła dużemi, chabrowemi oczyma na porucznika, zmieszała się i zwiesiła głowę. A on ciągnął:
— Nie przypuszczałem, że będę miał przyjemność poznać tak dzielną Polkę... Jestem Wiktor Kuna.
— Dzielność moja wątpliwa — odparła panna Orzelska — bo tylko dzielności panów zawdzięczam, że na tem się skończyło. Muszę panom podziękować za ten akt rycerskości.
Podniosła się i, trochę stropiona, wyciągnęła rękę do porucznika, który, jakby ogromnie zaszczycony, cmoknął ją w paluszki, nie wiedząc, jak się to stało. Potem panna uścisnęła mocno rękę Buły, mówiąc:
— Trzeba było odwagi nielada, by wypowiedzieć wojnę tak licznej i pijanej zgrai. Panowie nie ulękli się kilkunastu Niemców...
— My są Górnoślązaki! — wyrzucił butnie Buła.
— I pan także Górnoślązak? — spytała panna Jadwiga Wiktora.
— Także pieron górnośląski! — uśmiechnął się Kuna.
— Ale pan jest oficerem Hallerczyków?
— Skąd to pani wie?
— Wiem... — roześmiała się panna uroczo, a w tym jej uśmiechu dopatrzył się Wiktor czegoś tak typowo polskiego, że poczytał ją całą za objawienie polskości.
— Skąd pani może to wiedzieć?... — wycedził zaintrygowany.
Trzeba było to wytłumaczyć. Nie przyszło to pannie Orzelskiej łatwo. Zakłopotała się, zarumieniła i mówiła swym przedziwnie melodyjnym głosem:
— Zdaje mi się, że krótko po przybyciu wojsk Hallerowskich do Warszawy, będąc w restauracji Hotelu Europejskiego z ojcem, widziałam tam pana. Był pan bowiem w towarzystwie naszego dalekiego kuzyna, Pochwalskiego.
Czy Wiktor był naówczas ślepym, że nie zauważył tak ponętnej, jak różowa róża panny? Nie mógł tego pojąć, lecz rozpłynął się w przyjemności, jaką sprawiło mu to, że ona spamiętała sobie jego fizjognomję. Snać lękając się, by nie wywnioskował z tego, że urodą swą wywarł na nią pewne wrażenie, a więc nie dowiedział się prawdy, panna Jadwiga próbowała się maskować.
— Wtenczas mundur Hallerowski był w Warszawie czemś nowem, że wszyscy przyglądaliśmy się tak popularnym żołnierzom naszym z Francji..
— Pan porucznik — ozwał się Buła — wojował już z Miemcami we Francji i tak mu się to spodobało, że codzień jednego Miemca by zjod. Jo nie szpasuje. Łon jeszczy dzisia pociemku, skiż przyjemności, połknie pare orcholów.
— Jakto? — zdziwiła się panna Jadwiga. — Czy pana czeka jeszcze dzisiaj druga rozprawa z jaką bojówka?
— Być może, być może... — wyrzucił porucznik i urwał.
Umilkł nagle i ona, patrząc w jego tajemniczą twarz, nie miała słowa.
Gospodyni podsunęła im przekąskę, nalała mleka i poczęła ubolewać nad trudnościami, na jakie napotykała wszelka praca agitacyjna. Rozwinęła się rozmowa. Wreszcie Wiktor, rad nie rad, spojrzał na zegarek i podniósł się z krzesła. Gdy na pożegnanie podał rękę pannie Orzelskiej, agitatorka spytała:
— Czy nie mogłabym dowiedzieć się, gdzie i jaką to rozprawę zamierza pan porucznik stoczyć jeszcze dzisiaj z... tą naszą zmorą, z Zycherką czy Orgeszem?
— Pani może o wszystkiem się dowiedzieć... — odrzucił odruchowo, patrząc w jej otwartą, szczerą twarz. — Ale... wyznam pani, że jestem zabobonny i zdaje mi się, że gdybym miał zwierzyć się pani z tego, co mam na myśli, cała sprawa wzięłaby w łeb i nie udałoby mi się to przedsięwzięcie...
— A więc nie pytam się już o nic! — odrzekła żywo panna. — Ale...
On odgadł, co miała na języku i rzekł:
— Jeśli panią ta sprawa zaciekawiła, to... opowiem jej to potem, post factum, o ile oczywiście... karku sobie nie skręcę...
— Pan będzie w niebezpieczeństwie?!...
— Może nie, ale... nigdy nie można wiedzieć.
Zalęknienie stanęło w jej oczach.
Wydała mu się ogromnie dobra. Spojrzał głęboko w błękitną toń jej źrenic i pogrążył się w błogiej niepamięci. Wreszcie ocknął się i mówił:
— Jutro niedziela, to dzień dla nas agitatorów roboczy. Lecz... może pani pozwoli że pojawię się tutaj pojutrze o zachodzie słońca?
— Dobrze! — odparła panna ochoczo i, jakby chcąc upoić go słodyczą swego głosu, dodała: — Czy mam panu życzyć dzisiaj szczęścia? Jedynie w ten sposób mogę spłacić swój dług wdzięczności...
— Bardzo pani łaskawa... — wyrzekł porucznik wysłoneczniony a jednak onieśmielony.
Teraz dopiero uświadomił sobie, że przez długą chwilę tulił w dłoni jej lubą, jedwabistą rączkę. Snać płynął po przez nią prąd dojmującej sympatji, bo Wiktor przycisnął do niej usta, a potem wyszedł jakby przez otęcz ciepła i złota.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maciej Wierzbiński.