Piętnastoletni kapitan (Verne, tł. Tarnowski)/Część 1/7

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juliusz Verne
Tytuł Piętnastoletni kapitan
Wydawca Nowe Wydawnictwo
Data wyd. 1930
Druk Grafia
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Marceli Tarnowski
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


ROZDZIAŁ 7.

Przygotowania do połowu.

Pragnienie polowania było do tego stopnia w całej załodze silne, że nawet pani Weldon nie śmiała protestować. Niepokoiła ją jednak zbyt mała osada.
Lecz kapitan Hull uspokoił ją pod tym względem.
— Nie po raz pierwszy mi się zdarza wyruszać na połów w jednej tylko łódce i wynik był zawsze pomyślny. I niech mi pani wierzy, że nam nic nie zagraża. Pewne ryzyko jest, oczywiście, lecz niebezpieczeństwo towarzyszy każdemu naszemu krokowi przecież?...
Pani Weldon, uspokojona słowami temi, nie sprzeciwiała się więcej, zwłaszcza iż nie mogła wiedzieć przecież, że kapitan nie zupełnie szczerze jej wszystko powiedział. Wyprawa bowiem na wieloryba w jednej tylko łodzi — była zawsze bardzo ryzykowną. Jedno wadliwe uderzenie wiosłem wtedy, — groziło nieuchronną zgubą.
W dodatku, wobec małej liczby majtków, kapitan był zmuszony sam przyjąć udział w wyprawie, pozostawiając dowództwo statku — piętnastoletniemu dziecku!...
Cofać się jednak już było nie sposób.
— Dicku! — rzekł do młodego chłopca odprowadzając go na stronę — oddaję statek pod twoją opiekę. Pamiętaj, iż na twej głowie będzie teraz bezpieczeństwo żony naszego chlebodawcy i jego małego synka. Mam jednak całą nadzieję, iż moja nieobecność nie potrwa zbyt długo.
— Dołożę wszystkich sił, ażeby podołać zadaniu — odpowiedział poważnie młody chłopiec.
Dick miał niekłamaną ochotę wziąć udział w łowach, zdawał sobie jednak doskonale z tego sprawę, że na łodzi — silne ramię jest przedewszystkiem pożądane, gdy znów na statku tylko on jeden z całej załogi był zdolen w pewnej choć mierze do zastąpienia kapitana.
Nakoniec przyszła chwila odjazdu; czterech majtków zajęło miejsce przy wiosłach sternik Howick ulokował się na swem zwykłem miejscu, t. j. przy rudlu, kapitan Hull wreszcie stanął na przodzie łodzi, z harpunem w ręku.
Pogoda zdawała się sprzyjać wyprawie, morze było spokojne doskonale się nadające do manewrowania łodzią.
Rzuciwszy okiem na łódź, dla sprawdzenia, czy wszystko jest w niej w porządku, kapitan raz jeszcze przywołał do siebie Dicka.
— Dicku — powiedział — żagle pozostawiłem ci w takim układzie, że będziesz mógł manewrować statkiem bez większych trudności. Brałem pod uwagę słaby wiatr, jaki mamy od dość już dawna; gdyby się on zmienił wszelako nagle, to Tom i jego towarzysze są już dosyć dobrze oznajmieni z rzemiosłem majtków i będą zdolni niewątpliwie dać ci pomoc w każdym wypadku.
— Możecie jechać spokojnie, panie kapitanie — odpowiedział na te słowa Tom stary — my wszyscy z radością i z największą starannością spełnimy każden rozkaz pana Dicka Sanda i ręczymy za porządek na statku.
— Widzisz, Dicku, jakich mieć będziesz wiernych i chętnych pomocników — mówił dalej kapitan — pamiętaj tylko o jednem, iż tobie nie wolno opuścić teraz, jako jedynemu odpowiedzialnemu kapitanowi, statku pod żadnym pozorem. Jeżeliby połów nasz zmusił łódź do zbytniego oddalenia się od statku, to podążaj za nami, gdybyśmy nie wrócili przed nocą, pozapalaj latarnie na masztach. A gdyby okazała się potrzeba bliższego podpłynięcia ku nam, dam ci wtedy znak, przez podniesienie w górę tej oto bandery.
— Wszystkie, twe rozkazy kapitanie, będą z pewnością wypełnione, bądź spokojny o to. Nie spuszczę zwłaszcza z oka waszej łodzi — odpowiedział Dick.
— Ufam ci w zupełności, Dicku, znam przecież twą przedsiębiorczość, ostrożność i rozwagę. Gdyby było inaczej, nigdy bym się nie zdecydował na opuszczenie statku. I wiedz, że ciężkie obowiązki masz do spełnienia teraz, wiedz i to również, że w obecnej chwili jesteś absolutnym panem na statku, na którym wszystko twoją wolą dziać się teraz winno. Jesteś niewątpliwie pierwszym w dziejach kapitanem, mającym piętnaście lat życia.
Dirk Sand słowa te przyjął w głębokiem milczeniu. Zarumienił się tylko silnie, a oczy błysnęły mu energją.
— Zuch chłopak! — pomyślał sobie wtedy kapitan Hull — szczęśliwy statek nad którym będzie on obejmował w przyszłości dowództwo.
Mimo to wszystko, mimo całą wiarę w Dicka, kapitan nie bez ciężkiego niepokoju oddalał się od swego statku.
— Szczęśliwych łowów! — wesoło wołała pani Weldon. — Choć prawda! — dodała po chwili ze śmiechem — mąż mówił mi zawsze, że takie życzenia nieszczęście przynoszą właśnie!
— O ile są wypowiedziane przez usta stare i brzydkie — z galanterją odpowiedział kapitan. — Życzenia łaskawej pani przeto pobudzić mogą jedynie do wyładowania. całej energji naszej.
Mały Janek nakoniec rozproszył resztki chmur na czole kapitana.
— Wujku kapitanie — wołał chłopczyna przesyłając rączkami gesty pożegnania — proszę cię, nie męcz zbytnio biednego wieloryba, gdy go łowić będziesz. Delikatnie weź go za pletwy, jak to robi wujek Benedykt, gdy pochwyci motyla.
Słowa te cała załoga przyjęła głośnymi wybuchami śmiechu.
— Panie kapitanie — wolał jeszcze kuzyn Benedykt — o ile wiem, to na skórze tych wielkich ssaków znaleźć można czasami nader rzadkie podobno okazy owadów, jeżeli bym więc mógł prosić...
— Czyż tak jest istotnie? — pełnymi już ustami śmiał się kapitan. — O!... jeżeli tak, to mieć będziesz, panie Benedykcie, pełną swobodę robienia swych poszukiwań, gdy nasz wieloryb znajdzie się już na pokładzie.
Łódź coraz bardziej się oddalała. Wszyscy ostatnie, głośne i z wyrazem wesela, przesyłali pożegnania. Nawet Dingo wsparł się na swych potężnych łapach i wychylił daleko swój łeb olbrzymi po za barjerę pokład okalającą, lecz zamiast szczekać radośnie — posępnie wyć zaczął.
Wycie to przeraziło panią Weldon.
— Dingo! — zawołała — brzydki, niepoczciwy Dingo! To ty w ten sposób żegnasz swych zbawców i przyjaciół? No, szczeknij mi zaraz, tylko głośno, wesoło i radośnie!
Pies nie posłuchał się jednak rozkazu, zwiesił tylko smutnie łeb ku ziemi, potem podszedł ku pani Weldon i lizać zaczął jej ręce.
— Zawył... zły to znak!... O, zły! — mruknął do siebie Tom stary.
Dingo krótko jednak tulił się do kolan pani Weldon, po chwili odskoczył, szerść mu się najeżyła i momentalnie się wyprężył, jakby do skoku.
Pani Weldon odwróciła się natychmiast i ujrzała na przodzie okrętu ukrytego Negora, który opuścił kuchnię, ażeby przypatrzeć się odjazdowi. Dingo, nie zważając na wołania pani Weldon, rzucił się ku niemu z wściekłością. Lecz Negoro nie stracił przytomności, pochwycił szybko dobrze okuty drąg i stanął w obronnej postawie, plecami opierając się o maszt.
Pani Weldon rzuciła się jednak na pomoc portugalczykowi i była na tyle szczęśliwa, że zdołała jeszcze pochwycić psa za obrożę, czem go w szalonym skoku powstrzymała.
Negoro jednego nie wyrzekł słowa, twarz jego tylko blada z żółtawym odcieniem, stała się popielata zupełnie, jakby ją kto popiołem przysypał. Stał jeszcze chwil kilka z harpunem w górę podniesionym, lecz go wkrótce opuścił i wrócił do swej kuchni, do której tyłem się jednak cofał.
Dick Sand, z wyrazem nietajonego niepokoju przyglądał się całej tej scenie.
— Herkulesie — odezwał się głosem powolnym i cichym, jakby rozkaz ten nie chciał przejść mu przez gardło — proszę cię, zwracaj pilną uwagę na tego człowieka. Jest on dla mnie nad wszelki wyraz podejrzany.
— O, nie jest on wrogiem tak bardzo znów groźnym — odpowiedział Herkules, wstrząsając pięścią, którą z pewnością powalićby mógł bawołu, — gdybym tylko zauważył coś podejrzanego, nie wyszedłby on żywy z pewnością z mych rąk.
Na tym ten przykry epizod został wyczerpany. Pani Weldon i Dick znów całą swą uwagę zwrócić mogli na oddalającą, się łódź, która pędzona potężnemi uderzeniami wioseł szybko mknęła, naprzód, od statku wciąż się oddalając.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.