Pieśń białego domu/Historja chłopca i dziewczynki/III

<<< Dane tekstu >>>
Autor Aleksander Szczęsny
Tytuł Historja chłopca i dziewczynki
Pochodzenie Pieśń białego domu
Wydawca J. Mortkowicz
Data wydania 1915
Drukarz Drukarnia Naukowa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała opowieść
Pobierz jako: Pobierz Cała opowieść jako ePub Pobierz Cała opowieść jako PDF Pobierz Cała opowieść jako MOBI
Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron


III.

Chłopiec odjechał, a kiedy ojciec nazajutrz wrócił z miasta, dziewczynka dowiedziała się wiele z tego, co rodzice rozmawiali przy stole.
— To bardzo zdolny chłopak — mówił o nim ojciec — poznałem tych, którzy go kiedyś w zimie na ulicy spotkali, kształcą go oni teraz swoim kosztem, a nauczyciele przepowiadają im podobno, że kiedyś będzie z niego doskonały muzyk. „Chłopiec umie grać to, co się myśli“, — zapytuje dziewczynka — czy każdy to potrafi? Pamiętasz, ojcze, jak grał nam „ogród“ — to było bardzo ładne — i dziewczynka wyciąga lewą rękę jakby trzymała w niej skrzypce, a prawą porusza niby smyczkiem. La-la-la — śpiewa sobie przytem, co ma wyobrażać, że chłopiec gra „ogród“. Po obiedzie dziewczynka idzie do kuchni, gdzie woźnica akurat przyniósł wodę w wiadrze. Mój drogi, mój kochany — prosi go jak może — zrób mi małe skrzypce. I małe skrzypce z sosnowej deseczki wkrótce są wystrugane, bo przecie panienka tak o nie prosiła. Na struny kucharka dała kawałek białej nitki, smyczek też już jest gotów.
Teraz zaczyna się lekcja. Pan jest chłopcem i ma grać na skrzypcach. Ale pan widocznie nic nie myśli, bo grać wcale nie umie. Skrzypce wypadają mu z rąk a on sam jest taki zły i sztywny, że lekcja prędko zniechęca dziewczynkę.
Niedługo przychodzi jej inna myśl do głowy. — Mamusiu, czy każdy może grać łatwo to, co myśli? — zapytuje matki. — Ja też chciałabym grać. — I dopóty prosi, aż sprawa zostaje zdecydowana. Dziewczynka będzie się uczyła grać na fortepianie. Matka umie grać na nim i nieraz w zimowe wieczory, dziewczynka tańczyła z lalkami w salonie, przy dźwiękach jakiegoś wesołego walczyka. Ale wtenczas nie myślała nigdy, co to jest muzyka. Czasami gdy fortepian był otwarty, sama naciskała palcami klawisze, bo ją bawiły huczące struny. Teraz to zupełnie co innego; na skrzypcach można grać to, co się myśli, o fortepianie dziewczynka tego nie wie. Więc przed lekcją pyta ciekawie matki — czy ty, mamo, też grasz to, co myślisz?
Matka nie odpowiada odrazu. Gra ona oddawna i pewno nieraz chciała wypowiedzieć to, co myśli. Ale matka wie, że to jest ogromnie trudno, nie chce więc zniechęcać córki. Wie, że często chciała wygrać najcięższe swoje myśli, które teraz po zapytaniu przypominają jej się po kolei. Matka milczy, ale dziewczynka patrzy na nią pytającym wzrokiem.
— Ma się rozumieć, że grać to, co się myśli, można na każdym instrumencie, ale trzeba do tego grać doskonale. Niekażdy potrafi to tak jak chłopiec na swoich skrzypcach, bo nie każdy ma talent, to jest jakąś nadzwyczajną zdolność, z którą się już urodził. — Zobaczysz, mamo — mówi na zakończenie dziewczynka — jak ja się łatwo grać nauczę — i lekcja zaraz potem się zaczyna.
Dziewczynka siada na dużem wykręcanem krzesełku, które dla niej trzeba było bardzo wysoko podnieść, aby dostała rękoma do klawiszy, a matka ją uczy, jak trzeba trzymać ręce przy graniu. Matka gra łatwo, struny dźwięczą jakby same. — Matko, czy teraz już co odpowiadasz? — zapytuje znowu dziecko. I dowiaduje się, że takie granie nic jeszcze nie znaczy, lecz służy tylko do wprawiania palców, aby trafiały szybko we właściwe klawisze.
Więc dziewczynka się wprawia, wprawia się codzień, niedługo będzie mogła już opowiadać na fortepianie, a teraz uczy nieposłuszne palce. Lalki siedzą obok niej na krześle i śmieją się po cichu z jej gorliwości, słońce zagląda przez firankę i woła: — chodź do ogrodu! — a fortepian opiera się klawiszami i nie chce ustępować. Jest on duży i ciężki, stoi oddawna nieruchomo w rogu pokoju, a za nim na wysokiej podstawie rozłożysta palma. O, z nim trzeba się liczyć; czterech ludzi wnosiło go tu kiedyś, cóż więc dla niego znaczy takie jedno małe dziecko. Przytem fortepian jest już teraz stary i zgryźliwy. Małe, fruwające cichutko jak kawałki żółtej bibułki, mole zagnieździły się w jego wnętrzu i zjadają powoli delikatną skórkę, którą oklejono młoteczki mechanizmu, a czarny kolor świadczy o jego posępnem usposobieniu. Nieraz też w nocy fortepian stęknie głucho. To jakaś struna odzywa się sama.
Teraz kiedy dziewczynka gra, widzi w czarnej ściance fortepianu, swoją własną twarzyczkę. Ciemna jest ona i daleko się chowa w odbiciu, a obok niej brzęczy profitka na pustym lichtarzu. Ach jakże ciężko jest grać na dużym starym fortepianie!... Ale któregoś dnia lekcja wyjątkowo się nie udaje. Nieposłuszne palce przeskakują jeden przez drugi, w pokoju robi się coraz goręcej a jedna natrętna mucha siada ciągle na spoconem czole.
Dziewczynka kiwa się w tył i naprzód dla zachęty, ale ciągle musi przerywać to, aby spędzić z czoła natrętną muchę, albo odrzucić na plecy krótkie, sztywne warkoczyki. Nagle dziewczynka ogląda się, i spostrzega, że obok na fotelu siedzi dzisiaj tylko pan. Damy dworskiej i starej lalki niema, bo leżą w drugim pokoju na stole, gdzie mama szyje im nowe sukienki.
I oto dziewczynka widzi, że pan się śmieje, jak ten, kto się cieszy z czyjegoś kłopotu. Dziewczynka nie lubi go od dość dawna, bo zawsze jest sztywny i nadąsany, więc też teraz wstaje po namyśle pocichutku z krzesełka, zabiera pana i wychodzi na podwórze. — Trzeba coś z nim zrobić, aby mi nie przeszkadzał — brzydki złośnik! — myśli sobie i idzie z nim przez podwórze, nic nie widząc, że matka zaciekawiona przerwaniem lekcji, wygląda za nią przez okno.
Tuż za podwórzem przy jego ogrodzeniu, jest mała kacza sadzawka. Stoją nad nią dwie duże wierzby a połowę wody i kawałek brzegu zarosły gęste wysokie trzciny. Po sadzawce za piękną dużą kaczką pływa całe stadko małych żółciutkich kaczuszek. Duża kaczka schyla ciągle szyję i zanurza dziób w wodę, albo zbiera nim jak łyżką zieloniutką rzęsę z powierzchni, a kaczuszki usiłują ją naśladować, piszcząc jak gumowe zabawki.
Nad sadzawką dziewczynka, czując, że ją ogarnia gniew, zatrzymuje się. — Brzydki panie — mówi — niech cię kaczki zjedzą — i ciska go daleko od siebie w trzcinę na brzegu.
Pan zdążył tylko pomyśleć, że nic mu się przecie stać nie może i „szust“, wpadł w zarośla, a dziewczynka zawróciła i poszła do domu, jakby się nigdy nic nie stało. Dalszy ciąg lekcji poszedł znacznie lepiej, a po niej dziewczynka dzień cały była bardzo z siebie zadowolona. Brzydki pan, myślała sobie, on był winien wszystkiemu, dobrze że go już nie widzę.
Tymczasem pan leżał w trzcinie tak, jak go rzucono, oparty głową o najgrubszą z nich i namyślał się. — Ma się rozumieć, że tutaj nie zostanę, wkrótce wszyscy szukać mnie zaczną, a kiedy znajdą, dziewczynka będzie ukarana, myślał sobie i oglądał się naokoło. Nagle stanęła przed nim duża kaczka, a za nią wyszły z zarośla małe kaczątka. — Masz tobie — pomyślał pan, — ten potwór nieokrzesany i brudny, gotów mi jeszcze co złego zrobić, trzeba być grzecznym — i uśmiechnął się do niej pięknie, co oznaczało: — witam panią — Kaczka skinęła głową i byłaby odeszła razem z dziećmi, gdyby pan, gdy się kaczka odwróciła, nie pokazał języka najmłodszemu z kaczątek.
— Pi-pi-pi, mamo! — poskarżył się ulubieniec — ten strachał pokazał mi język! — Wtedy kaczka zawróciła nagle i zapytała: — dlaczego obrażasz pan moje maleństwa? — To nie pani rzecz! — odbąknął pan; wzięła w nim górę złość i powiedział to głośno. — Ach ty zuchwalcze, jesteś u nas i tak się zachowujesz! — krzyknęła na to stara kaczka, chwyciła pana za ramię dziobem tak, że się rozciągnął jak długi na ziemi i postawiła mu swoją szeroką łapę na twarzy. — Teraz dzieci śmiejcie się z niego! — zawołała na małe, przyciskając złośnika do ziemi, a kaczątka zaśmiały się chórem... Potem kaczki oddaliły się, a pan leżał na ziemi.
— Już mnie szukają, — pocieszał się i usiłował wyprostować obłocone i zgniecione przez kaczkę wąsy.
Rzeczywiście po chwili matka zbliżyła się do kaczej sadzawki, dostrzegła w trzcinie pana i podniosła go z ziemi. Co jej się stało — pomyślała przytem o dziewczynce, — że rzuciła tutaj swoją ulubioną lalkę? Schowam ją i kiedyś jej to przypomnę.
A pan myślał sobie: a co? przeproszono mnie, sama pani po mnie przyszła, wrócę do domu i będę nadal robił swoje. Śmiał on się przytem brzydko, ale matka nie wiedziała, że lalki się śmieją, bo zapomniała już swoje dzieciństwo, więc nie zwróciła na to uwagi, a zresztą miała głowę zajętą gospodarskiemi sprawami.
Poszła do domu, schowała pana do szafy z sukniami w najgłębszy kącik w pustem pudełku od gorsetu, a sama wyszła do drugiego pokoju.

Lato jest piękne, ale czas ucieka jak na skrzydłach i oto upłynęła już więcej niż połowa tej złotej pory roku. Dziewczynka kładzie się wcześnie spać, to też nie może zauważyć, że wieczorem niebo jest jakieś głębsze jeszcze niż przed paru miesiącami. Gwiazdy, które na niem drgają, są takie czyste i łzawe jakby płakały po kimś bardzo drogim. Oto właśnie jedna z nich, wysoko odrywa się od nieskończonego sklepienia, srebrna smuga ciągnie się za nią i gaśnie, a niebo znów drga wszystkiemi dalekiemi ogniami, od których takie poważne myśli przychodzą ludziom do głowy. Po nocach cała ziemia śpi jak zwykle. Ale czasami przechodzi nad nią wiatr i wtedy ożywiają się drzewa. Wiatr jest też inny: nie jest to leniwy, ciepły wietrzyk czerwcowy, od którego łagodnie kołyszą się uśpione liście. Ten, który przychodzi zdaleka, z za lekko omglonego horyzontu, jest poważny, jak człowiek dojrzały. Potrząśnięte przezeń drzewa, choć nie straciły jeszcze ani jednego liścia, szumią wolno i doniośle, i poważny ich głos biegnie daleko nad zamknięte domy. Czasami na niebie zjawi się chmura. Zmęczona całodzienną podróżą, przesuwa się wolno, aż póki do wędruje do księżyca, i wtedy światło jego z ukosa, jak z za zasłony, pada na rozległe płaskie pola, ćmi się na nich i rozjaśnia, aż póki chmura dalej przepłynie. Takie są noce ku końcowi lata... A kiedy troszeńkę już późniejszy ranek zaświta, i obudzą się ptaki, wszystko wraca do dawnego wyglądu, tak jakby się nic nie zmieniło na ziemi. Ale noc wie, że lato ma się już ku końcowi.
Tymczasem muzyka jakoś dziewczynce nie idzie. Od czasu, kiedy pozbyła się pana, nic się nie poprawiło. Z początku coprawda, zdawało się, że nieobecność pana trochę pomogła, ale później okazało się, że są jeszcze jakieś inne przeszkody. Poprostu dziewczynkę znużył fortepian, który ze swojej strony nic nie chciał, czy nie mógł na to poradzić. Zresztą, jak wiemy, fortepian był starym grymaśnikiem, a z grymaśnikami trudna rada.
Dziewczynka nieraz myślała nad tem, co to jest muzyka. Ale widocznie nie miała talentu, o którym wspominała matka, bo cierpliwość jej zaczęła się wyczerpywać. Przytem tego roku miała pojechać do szkoły do miasta, i trzeba było jeszcze raz powtórzyć to, czego ją matka uczyła w zimie. Wiesz co, mamo, powiedziała któregoś dnia: — nie mogę sobie jakoś poradzić z fortepianem, jak będę starsza, może mi lepiej pójdzie. — I lekcje muzyki się przerwały.
Teraz wróble trzepoczące się w małych kałużach przed domem i czepiające się z hałasem zżółkłych gałązek dzikiego wina, co zwisały naokoło okien salonu, nie słyszały już monotonnych wprawek fortepianowych. Ale te, które zaglądały do stołowego pokoju, zauważyły zato, że matka i dziewczynka siedzą przy sobie całemi godzinami.
Stoliczek dziewczynki przysunięto blizko maszyny do szycia, co stoi tuż pod oknem. Matka szyje, a dziewczynka pisze albo czyta. Czasem oddaje matce książkę lub kajet a wtedy wstaje sama i coś mówi, ruszając szybko ustami, bo przez szybę nie słychać głosu. Dziewczynko, dziewczynko! — pukają śmielsze wróble dzióbkami w szybę — wybiegnij do nas choć na chwilę, pobiegaj za nami, pobawimy się chętnie w chowanego, bo coraz zimniej jest na dworze i nie możemy już się tak spokojnie kołysać na gałązkach jak dawniej. A jeżeli ci matka pozwoli, zaprowadzimy cię nawet daleko w pole, tam pod nizkiemi chmurami, mokry od drobnego deszczyku, stoi zapomniany straszek. Wiatr targał na nim całą noc starą kapotę, jego figura zrobiona z kija od miotły, pochyliła się od tego na bok, a czapka kołysze się na końcu drąga, jak pusty garnek powieszony na płocie. — Ale dziewczynka nie słyszy, co mówią wróble.
Matka obraca ciągle kółkiem maszyny, szyjąc jej pierwsze szkolne sukienki, a dziewczynka się uczy. Wreszcie wróble znudzone uciekają do ogrodu; tam między gałązkami pełnemi kolorowych jabłek i gruszek, zapominają prędko o tem, co widziały i gonią się nanowo jak opętane; ćwierkają, skaczą po zżółkłej trawie, a mały promyczek słońca błyska co chwila z za chmur i odbija się w ich ciemnych ciekawych oczkach.

Dzień odjazdu dziewczynki do szkoły coraz się zbliża, blade słońce o tem wie i wróble i duży pies podwórzowy, któremu sama kiedyś to powiedziała, aż wreszcie pewnego wieczoru, kiedy woźnica jak zwykle jadł kolację w kuchni, ojciec kazał mu przygotować nazajutrz duży powóz w drogę do miasta. Tego samego wieczoru dziewczynka przejrzała swoje zabawki. Nie zajmowała się niemi od dłuższego czasu i wszystkie wydały jej się jakieś inne. Tak, jakby sobie zupełnie nic nie robiły z tego, że ona jedzie na długo. Kredens z odklejoną nogą stoi krzywo na podłodze tak jak dawniej, lalki z zamkniętemi oczami leżą tak, jak je ułożyła w żelaznem łóżeczku. Ale cóż to tam się plącze między połamaną kuchenną półeczką i starym wózkiem na dwóch kółkach. Prawda, to skrzypce zrobione przez Macieja. Dziewczynka bierze je do ręki i przypomina jej się chłopiec, a potem pan, ale chłopiec niedobry gra sobie pewno tam daleko w mieście, a nie przyszedł ani razu wtedy, kiedy dziewczynka tak się nad fortepianem męczyła. Więc dziewczynka zaczyna myśleć o panu. Biedak pewno się dawno rozpuścił w kaczej sadzawce. I żałuje go, żałuje grymaśnego pana, bo nic nie wie o tem, że leży on spokojnie w szafie matczynej.
Nadeszło jutro, a z nim dzień odjazdu. Dziewczynka z rodzicami siada do powozu, rzeczy w walizkach są już dawno zapakowane i związane z tyłu. Dziewczynka patrzy teraz z żalem na dom, ogród i pola. Nie będzie ich oglądała tak długo. Pies podwórzowy skacze wokoło niej, kręcąc ogonem, a potem biegnie do koni, i coś im naszczekuje. No, chodź, dziecko, — mówi matka, a dziewczynka rada nie rada, wsiada do powozu, Maciej siada na koźle i zbiera mocniej lejce w ręce, ale starej kucharki jakoś dotąd nie widać. Pobiegła do ogrodu i prosiła, aby na nią chwilę zaczekać. I kiedy już wszyscy w powozie, okryci skórzanym fartuchem od błota, niecierpliwią się na dobre, nadbiega ona zdaleka z koszyczkiem, pełnym czerwoniutkich jabłek. Ojciec bierze koszyk pod swoją opiekę, kucharka się żegna i słucha uważnie, co jej matka mówi, bo rodzice wrócą dopiero za parę dni. Aż wreszcie konie ruszają. Dom zaczyna się oddalać, robi się coraz mniejszy, tylko aleja do rzeki ciągle jeszcze jest widoczna. I wtedy dziewczynka zaczyna płakać: sama nie wie dlaczego, ale płacze głośno, a matka ociera jej twarz chusteczką i raz po raz całuje w czoło.




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Aleksander Szczęsny.