Pieśń wiosenna (Korczak)

<<< Dane tekstu >>>
Autor Janusz Korczak
Tytuł Pieśń wiosenna
Pochodzenie Koszałki opałki
Data wydania 1905
Wydawnictwo Księgarnia Powszechna
Drukarz Piotr Laskauer i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały zbiór
Pobierz jako: Pobierz Cały zbiór jako ePub Pobierz Cały zbiór jako PDF Pobierz Cały zbiór jako MOBI
Indeks stron
Pieśń wiosenna.


Jest w duszy ludzkiej jedna srebrna struna, na której jeden mistrz tylko, jedną pieśń doroczną wygrać potrafi. Mistrzem tym jest Wiosna; pieśnią tą jest Miłość...

Siedziałem na ławce w alejach i patrzałem na lękliwe główki zielonych świeżą, jasną zielenią — listków. Patrzałem na żwawą krzątaninę ludzi i ptasząt — i taka rzewność opanowała mą duszę, że pragnąłem całować wróbelki i ludzi...
Może ja to niedość poetycznie opisałem, bo to nie moja specjalność, w każdym jednak razie czułem wielką życzliwość dla wszystkiego, co żyje i rusza się na świecie...
Usiadł obok mnie na ławce człowiek o bardzo niemiłej powierzchowności. Opasły, o twarzy bezmyślnej, zmysłowej, mocno sapiący, z oczami bez wyrazu.
I poczułem nagle, że go kocham.
— Panie — rzekłem — nie wiem, czy pan mnie zrozumie. Widzi pan: oto słońce spływa ciepłemi promieniami i natura budzi się do życia. A wraz z tym nowym życiem wkradła się do mego serca miłość. Jesienią możebym na pana nie zwrócił uwagi, ale teraz oto kocham pana. Cóż z tego, że masz niemiły wyraz twarzy; jeżeli jesteś pan głupi i zły, to nie twoja w tem wina. Daj mi dłoń swoją i opowiedz mi o swojej żonie i dziatkach, zwierz mi się z trosk swych i smutków.
— Ależ ja pana nie znam — rzekł nieznajomy, odsuwając się i chwytając za boczną kieszeń marynarki.
Dostrzegłem ten ruch nieufny, i gorycz zalała mą duszę.
— Ach — powiedziałem z wyrzutem — masz mnie pan za złodzieja kieszonkowego; tak mi odpłacasz za me szczere, z serca płynące wyrazy?
— Szczere, czy nie szczere, a ja z obcemi ludźmi nie wdaję się w poufałe gawędy.
Wstał i poszedł.
— Biedny! — pomyślałem i łzy stanęły mi w oczach...
Po chwili jakaś wiekowa dama zajęła miejsce obok mnie na ławce.
«Ta mnie zrozumie» — pomyślałem.
— Pani — zacząłem. — Masz siwe włosy. Kocham cię za ten kontrast, który stanowi biel twoich włosów z zielenią wiosny. Kocham cię, pani, za te zawody, które w życiu przeżyłaś, za ten spokój, który maluje się na twem obliczu.
(Na obliczu matrony malował się żywy niepokój).
— Pani, mam do ciebie prośbę: ucałuj me czoło i pobłogosław mnie. Zdaje mi się, że twój pocałunek uczyni mnie dobrym, a twoje błogosławieństwo wskaże mi prawą drogę życia i zabezpieczy od pokus. Powiedz mi: «synu, bądź cierpliwy i mężny».
Matrona drżącemi wargami dotknęła mego czoła i, wzniósłszy dłoń drżącą, rzekła drżącym głosem:
— Synu, bądź cierpliwy i mężny.
— O tak! — zawołałem radośnie — będę cierpliwy i mężny, matko moja. Prawda, że pani pozwoli mi nazywać się matką?
W tej chwili zbliżyli się do siwej damy mężczyzna młody i kobieta — zapewne małżeństwo.
— Ach! jak to dobrze, że jesteście — krzyknęła radośnie staruszka. — Chodźcie, chodźcie ztąd... Do widzenia panu.
Szybko się oddalili, przyczem matrona coś im żywo opowiadała. Potem wszyscy troje obejrzeli się, ogarnęli mnie pełnym współczucia wzrokiem, pokiwali smutnie głowami, i poszli dalej.
Nie mogłem mieć wątpliwości: sądzili, że jestem nerwowy.
I gorycz zalała mą duszę, i łzy stanęły mi w oczach...
Po chwili siadł na mej ławce młodzieniec lat dwudziestu kilku, o żywych rozumnych oczach, niedbałych ruchach, niedbale ubrany — jeden z tych, którzy mi najbardziej do gustu przypadają.
— Czy zechce pan ze mną porozmawiać? — zacząłem tym razem już ostrożniej — pan jest sam i ja jestem samotny. Nie wymieniajmy swych nazwisk, bo i po co? Oto wiosna, słońce, zieleń młoda, wróbelki... Wiem, że jedne uczucia grają teraz w naszych sercach. Gdy się widzi to młode życie, gdy się widzi tyle blasku, trzeba koniecznie kochać. My mieszkańcy miast, tak mało przestając z naturą, zasypani gryzącym pyłem ulicznym, otuleni trującym oddechem fabryk — zatraciliśmy poczucie życzliwości dla ludzi. Ja gorąco pragnąłbym tak szczerze porozmawiać z kimś, znaleźć w sercu bratnim oddźwięk bratni...
— Tak — przerwał mi młodzian — to wszystko bardzo piękne, co pan mówi, ale ja mam zwyczaj dobrze poznać człowieka, zanim mówić z nim zacznę. Nie wiem, kto pan taki, czy modernista, czy secesjonista, czy biały, czy czerwony.
— Ach, tak... Ja jestem w kratkę — rzekłem z bolesną ironją.
— A ja się boję ludzi w kratkę — rzekł.
Wstał i poszedł.
I gorycz zalała mą duszę.
«Więc na to, by ktoś życzliwie dłoń ci uścisnął — niedość być człowiekiem o miłującym sercu; więc na to trzeba wywiesić koniecznie szyld swoich przekonań i upodobań artystycznych, społecznych, politycznych i wszelkich innych. Jak bardzo odbiegliśmy, a może dopiero dobiegamy do tego okresu, gdy słońce tulić będzie bratnie serca ludzkie».
I łzy stanęły mi w oczach.
I przez łzy zobaczyłem chłopaczka, pięcioletniego może, który mi się przyglądał.
— Jak się nazywasz malutki? — zapytałem.
— Janek — odpowiedział malec.
— Powiedz mi, Janku — nawiązałem rozmowę — czy ty także masz w swym małym serduszku kasztę, gdzie ludzie, jak czcionki drukarskie, posortowani są podług kolorów, zabarwień i odcieni?...
— Mój tatuś ma taką samą laskę, jak pan — odpowiedział malec.
— O dziecię — mówiłem — to naiwne zdanie starczy mi za odpowiedź. Ty dzielisz ludzi tylko na dobrych i złych, których odróżniasz proroczą intuicją dziecka. Ale przyjdzie życie i nauczy cię...
— Mamusia wyrzuciła mademoiselle, bo ona poszła i nie wróciła na noc — zaszczebiotał Janek.
— Tak, moje dziecko, tak.
I taka żałość ogarnęła mną, żem malca pocałował w czoło.
W tej chwili zbliżyła się ku nam niewiasta.
— Janek, chodź mi zaraz... Jakiem prawem pan mi dziecko liże?
— Pocałowałem je w czoło.
— To jest brutalna niedelikatność obce dziecko całować... Zarazisz mi pan dzieciaka i unieszczęśliwisz na całe życie!
Janek dostał w kark, mnie łzy w oczach stanęły. I mimo goryczy, która duszę mą przepełniła — przyznałem matce słuszność. Ona mnie nie zna...
Usiadła obok mnie dziewczyna upudrowana.
— Czy można do pani przemówić? — zapytałem.
— Oj, oj! — odparła i przysunęła się bliżej.
— Powiedz mi — zacząłem smutnie — powiedz mi, czy ta świeżość budzącej się do nowego życia natury, nie przypomina ci twego dzieciństwa? Gdyś była mała i czysta, gdyś tuliła białe czoło do ust swojej matki? Gdyś nie wiedziała, że są źli ludzie na świecie, że tyle brudu i krzywdy szerokim korytem niesie mętna fala życia? Oto budzi się w duszy twej echo odległych wspomnień i zapomnianych żalów.
— Pewnie, że się budzi — odparła smętnie — ale możeby mi pan tak fundnął kolaję, co?
— Przenigdy — odparłem mrocznie — czyż chcesz, bym smrodliwemi wyziewami garkuchni płoszył błękit mych wiosennych dumań? Przenigdy, jednak gotów ci jestem wybaczyć ten brutalny okrzyk, mącący niezamąconą jasność tych tonów, które wiosna na srebrnej strunie mej duszy wygrywa. O, biedna, upadła istoto, pogrążona...
— Na trajlowanie mnie pan nie weźmiesz, bom nie frajerka... Patrzajcie go...
Wstała oburzona, a odchodząc rzuciła mi w pożegnaniu jeden wyraz:
— Idjota.
I gorycz zalała mą duszę. I wiośnie posłałem wyrzut bolesny.
— O, wiosno, czemu kłamiesz?...
Aż oto usiadło na mej ławce dwoje dziewczątek. Uśmiech krasił im lica, rumieniec umajał wesołe twarzyczki. Rozmowa ich musiała być zwierzeniami, bo szeptały cicho, a zwierzenia były zapewne radosne, bo śmiały się bezustannie.
Jasne promienie słońca, zieleń młodych listków, wróbelki i te dwie wiośniane postacie — tworzyły sielankę.
I w sercu mym głośniej zadzwoniła moja pieśń słoneczna.
— Miłe dziewczątka — szepnąłem nieśmiało — pozwólcie mi skostniałe w szronie życia serce rozgrzać w promieniach waszej majowej swobody. Niech odtają sople życiowych zawodów mej duszy, niech pod czarodziejskim blaskiem młodości waszej zatli się w mym sercu iskierka dawnych nadziei i mistycznych rojeń. Rozmawiajcie głośno, a ja siedzieć będę cichutko i słuchać będę, a może z suchego oka łza rozrzewnienia spłynie i zrosi pofałdowane troską czoło.
Wiedziałem, że łza nie może spływać na czoło, ale wiedziałem także, że nie przysłuchuje mi się czułe ucho przeżytego krytyka, lecz młodość świeża zielonych listków, słońce, wróbelki i... owe dziewczątka.
Patrzały na mnie rozrzewnione, strwożone.
Gdy nagle zbliżył się krokiem zamaszystym mężczyzna w sile wieku i, ilustrując pełne grozy wyrazy, silnym potrząsaniem grubej laski, rzekł:
— W biały dzień, o trzy kroki od rodziców, żeby zaczepiać niedorostków, na to trzeba być cynikiem w najgorszym gatunku. Maniu, Zosiu — wracamy do domu; dosyć tych spacerów...
Załkała srebrna struna ostatnim jękliwym akordem, i skonała moja wiosenna pieśń miłości.
Słońce w dalszym ciągu świeciło na niebie bez chmur, ale już mi ludzie nie byli braćmi, niczyjego serca życzliwego nie pragnąłem...
O pieśni! uczyniłaś mnie złodziejem kieszonkowym, nerwowym, ajentem śledczym, trędowatym, idjotą i cynikiem, bom się garnął do ludzi...
Gdybym był modernistą, zakończyłbym niniejsze opowiadanie tak:
«Czarny kot... Oko Ramzesa... Hydra... Cykuta... Życie... Siedziałem na ławie samotny, jak piorun... Słońce sypało na mnie sadze zwątpienia».
I byłby nastrój.


Janusz Korczak - Koszałki Opałki znak s193.png




Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Goldszmit.