<<< Dane tekstu >>>
Autor Klemens Junosza
Tytuł Po burzy
Pochodzenie Obrazki szare
Wydawca Salomon Lewental
Data wyd. 1890
Druk Salomon Lewental
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


VII.

Ulica była piérwszorzędna, dom okazały, państwo Steinhaus zajmowali apartament na piéwszém piętrze, na dole znajdował się tak zwany kantor, w którym załatwiano rozmaite interesa finansowe, mniéj lub więcéj ryzykowne, ale zawsze korzystne, bo szef domu „Steinhaus et Comp.“ miał nos i lubił się chwalić z tém przed ludźmi. Wiedział co kiedy kupić, co sprzedać, prowadził dom okazale, a chociaż parokrotnie mówiono o nim, że się chwieje, jednak pogłoski nie sprawdziły się i firma istniała.
Pani Władysława wchodziła powoli po wygodnych schodach na piérwsze piętro.
Była godzina piérwsza w południe.
Na odgłos dzwonka otworzył drzwi służący w dość zakurzonym fraku i zapytał.
— Do kogo pani ma interes?
— Chciałabym się widziéć z guwernantką państwa Steinhaus.
Służący spojrzał na nią uważnie.
— Zdaje mi się, że wyszła — rzekł — ale pójdę zobaczę...
Po chwili powrócił.
— Guwernantka wyszła z panienkami, ale zaraz wróci. Niech pani pozwoli do salonu, sama pani Steinhaus o to prosi i także zaraz przyjdzie.
— Nie chciałabym saméj pani trudzić, bo mam tylko do guwernantki interes.
— Ale proszę! proszę! — odezwał się głos z sali — dlaczego pani nie ma spocząć? Panna Zofia zaraz przyjdzie. A może pani ma jakie sekreta dla panny Zofii?
— Nie mam jéj do powiedzenia nic takiego, czegobym wobec pani powtórzyć nie mogła — rzekła z powagą pani Władysława. — Osobiście prawie jéj nie znam i proszona jestem tylko, aby zakomunikować jéj niektóre wiadomości od krewnych.
— Ach! więc pani nie tutejsza?
— Mieszkam w Warszawie.
— Przepraszam, że ja panią tak wypytuję, ale rozmaicie bywa, a mając dobrą nauczycielkę, nie chciałabym jéj utracić.
— Nie rozumiem pani; nie mam ani kantoru stręczeń guwernantek, ani nie potrzebuję nauczycielki do własnych dzieci, gdyż mam tylko jednego chłopczyka.
Pani Steinhaus zmierzyła mówiącą od stóp do głów i przegląd ten widocznie wypadł dla pani Władysławy dość korzystnie.
Małżonka finansisty dopytywała o nowinki warszawskie, o teatr, opowiadała przytém o swojém nadwątloném zdrowiu, zamiarze wycieczki za granicę do wód, co wprawdzie bardzo drogo kosztuje, ale przy jéj bogactwach nie sprawi wielkiego kłopotu.
Upłynęło z półgodziny na takiéj pogadance, a tymczasem Zosia z dziećmi wróciła ze spaceru.
— Teraz — rzekła pani Steinhaus — może pani zobaczyć naszą nauczycielkę... Jan! — zawołała na służącego — zaprowadź panią do guwernantki.
Pokoik Zosia zajmowała maleńki, pokoik ponury, z jedném oknem, wychodzącém na podwórze.
Wizytę przyjęła z pewném niedowierzaniem, a nawet jakby z niechęcią, ale szczere, serdeczne odezwanie się pani Władysławy wnet rozbroiło dziewczynę. Piérwsze lody zostały przełamane, znajomość zawarta.
— Pani przejeżdża zapewne przez Kalisz? — zapytała Zosia.
— Nie! przybyłam tu naumyślnie i jedynie do pani.
— Jedynie do mnie?
— Tak jest, naumyślnie i jedynie do pani...
Zosia zrobiła wielkie oczy.
— Panno Zofio, mam ci dużo, a dużo do powiedzenia! Przychodzę z dobrém słowem, z sercem, z pociechą, któréj w twojém położeniu tak bardzo potrzebujesz. Brat mój stał się mimowoli powodem wielu przykrości dla ciebie...
— Istotnie, przecierpiałam bardzo wiele, ale pana Kamińskiego o to nie obwiniam. On chciał jak najlepiéj dla mnie... dla mojéj biednéj matki. Okazał mi tyle życzliwości, tyle dobrego serca, że mu do śmierci wdzięczną pozostanę. Nie jego wina, że źli ludzie...
— To, co pani mówi, dodaje mi otuchy.
— Otuchy?
Tak!... Mam dużo do powiedzenia i, jak powiedziałam, przychodzę z życzliwością i z sercem. Może przeprowadzenie misyi, dla któréj tu przybyłam, wymagało-by pewnéj dyplomacyi, ale wybacz... nie jestem na dyplomatkę stworzona, lubię iść prostą drogą, mówić co myślę i jak myślę.
— Doprawdy, zrozumiéć nie mogę, co pani chce powiedziéć.
— Zrozumiész, zrozumiész pani, tylko poświęć mi chwilę czasu i wysłuchaj. Wszak to do niczego nie obowiązuje. O jedno tylko proszę: szczerość za szczerość. Czy zgoda?
Zosia skinęła głową w milczeniu i patrzyła na mówiącą szeroko otwartemi oczami.
— Przedewszystkiem pani, Zosiu, jeżeli pozwolisz się tak nazwać, weź to na uwagę, że ja nie jestem ci tak obca, jak sądzisz. Niegdyś rodziny nasze były z sobą w bardzo dobrych stosunkach, a brat mój, pomimo znacznéj różnicy wieku, był serdecznym przyjacielem twego ojca... Gdyby nie nieszczęśliwe wypadki, które wszystkimi i wszystkiem tak silnie wstrząsnęły, może spotykałybyśmy się dziś w zupełnie innych warunkach, może-by nas tylko miedza rozdzielała. Stało się. Dziś, ty biedaczko, z żalem wspominasz dawne swoje kąty i tułać się musisz po świecie z nieustanną myślą o choréj matce, o siostrze...
W oczach Zosi błysnęły łzy, pani Władysława mówiła daléj:
— Dziś łączy nas pokrewieństwo niedoli i nieszczęścia, a takie węzły powinny być silne, silniejsze może od innych. Czy znasz dzieje naszéj rodziny, historyę mojego brata?
— Wspominał mi w kilku słowach.
— Wierzę, bo on dużo mówić nie lubi, a zwłaszcza o sobie. I ja nie będę ci opowiadała szczegółowo tego ciężkiego dramatu. Utracił żonę w sposób okropny, w płomieniach. Utracił kobietę, do któréj był szczerze przywiązany i został z dwojgiem dziatek sam jeden. Nie mówię już o stratach majątkowych, nie mówię o osobistych różnych przejściach, jakie znieść musiał. Nie oszczędzało go życie. Biedny człowiek! tyle musiał przeżyć, tyle przeboléć, przecierpiéć — i wierz mi, moja droga, że z téj twardéj szkoły nieszczęść, w któréj niejeden padłby zupełnie złamany, albo puścił się z rozpaczy na bezdroża, brat mój wyszedł czysty i pełen mocy ducha...
Powiedziawszy to, pani Władysława umilkła i po dłuższéj pauzie ciszéj mówić zaczęła:
— Wielkie to były nieszczęścia, ciężkie ciosy, ale, jak ci powiadam, brat mój zniósł je jak na mężczyznę i człowieka z charakterem przystało. W pracy szukał zapomnienia i ulgi i, do pewnego stopnia przynajmniéj, znalazł je. Czas jest lekarzem, który goi najboleśniejsze rany... Mówiłam téż zawsze bratu memu, że jest jeszcze młody, że ma prawo do szczęścia, że wreszcie nowy związek nie ubliży pamięci tamtéj... nieszczęśliwej, że przeciwnie, da jéj sierotom opiekunkę. Brat z początku słuchać o tém nie chciał, ale od niedawnego czasu zmienił zdanie. Znalazł osobę, dla któréj serce jego żywiéj uderzyło.
— Więc żeni się pan Kamiński? — zapytała Zosia z ciekawością.
— Przynajmniéj marzy o tém... Zmiana, jaka w usposobieniu jego zaszła, zmiana, z któréj ja, jako jego siostra, ucieszyłam się szczerze, datuje się od chwili owéj, kiedy, jeżeli przypominasz sobie pani, jechaliście razem do Warszawy omnibusem pocztowym. Odrazu wzbudziłaś w nim sympatyę, która z czasem zamieniła się w trwałe i poważne uczucie.
— Ja? co téż pani mówi?
— Panno Zofio! obiecałaś słuchać cierpliwie zatém wysłuchaj do końca. Nie będę przedłużała téj rozmowy, powiem krótko... brat mój kocha cię, a ja przybyłam umyślnie, aby ci to w jego imieniu oświadczyć i prosić o twoją rękę. Zostań jego żoną, to człowiek uczciwy i godzien szacunku. Będziesz w nim miała wiernego przyjaciela i towarzysza życia. Twoja tułaczka się skończy, będziesz miała przy sobie matkę, którą on kochać będzie jak własną, siostrę, dla któréj zostanie bratem... Milczysz pani, nie chcesz mi odpowiedziéć...
Zosia miała oczy pełne łez.
— Pani! — odrzekła po chwili namysłu — cóż tu odpowiedziéć?! Dla biednéj nauczycielki, sieroty, jest to los, który można przyjąć z wdzięcznością, témbardziéj, że brat pani umié wzbudzić sympatyę i szacunek.
— Więc przyjmujesz? — zawołała pani Władysława z radością i rzucając się na szyję Zosi — więc przyjmujesz, moja śliczna, kochana siostrzyczko?
— Nie nazywaj mnie pani tém imieniem. Ja wam, to jest i tobie pani i jéj szlachetnemu bratu, z całego serca, z całéj duszy dziękuję, ja wam będę do końca życia wdzięczna, ale... pozwólcie mi pójść własną drogą, pozostawcie mnie własnemu losowi.
— Dlaczego? na miłość Bozką! dlaczego?
— Szczerość za szczerość... wszak o to prosiłaś pani. Gdybym była wolną, nie odrzuciłabym poczciwych serc waszych. Mówią, że miłość na zawołanie nie przychodzi, ale ponieważ żywię dla brata pani głęboki szacunek, więc z całém zaufaniem dałabym mu rękę, gdybym była wolną, jak powiadam.
— Alboż jest inaczéj?
— Tak, pani. Ten, który miał być moim mężem, znajduje się ztąd daleko, bardzo daleko, burza porwała go jak liść z drzewa i uniosła w inne strony. Niewiadomo kiedy powróci ztamtąd, niewiadomo nawet czy powróci, ale sumienie nakazuje dotrzymać mu słowa. Patrz pani, ten maleńki pierścionek, z którym nie rozstaję się nigdy, od niego pochodzi. Sądzę, że nie będziesz pani starała się przekonać mnie, że mogę słowo złamać.
— Biedne dziecko — rzekła pani Władysława z westchnieniem — biedne dziecko! a jeżeli on zapomni, już zapomniał, jeżeli znalazł szczęście w innym związku?
— Zdaje mi się, że nie. Wprawdzie, dawno już listu od niego nie miałam...
— A widzisz!
— Jeżeli zapomniał, to jego rzecz — moja zaś dotrzymać.
Tu Zosia opowiedziała pani Władysławie króciuchną sielankę swéj bardzo wczesnéj młodości, miłość kilku dni słonecznych, które przerwała burza i po któréj rozpoczęło się jednostajne pasmo dni szarych, posępnych, smutnych.
— Więc z niczém odjadę, droga Zosiu — spytała siostra Kamińskiego — nie będę zwiastunką szczęścia dla niego...
— Zawieź mu pani odemnie serdeczny uścisk dłoni, podziękowanie za dobre serce, jakie okazał sierocie, zawieź mu szacunek mój i przyjaźń, ale sama widzisz, że nic więcéj nad to dać mu nie mogę.
Z ciężkiem sercem, a podwójną życzliwością i szacunkiem dla Zosi, opuściła pani Władysława Kalisz i podążyła ku Warszawie, aby zwiastować smutną nowinę bratu.
Zastała go na dworcu kolejowym, gdzie z niecierpliwością oczekiwał na pociąg. Odrazu z wyrazu twarzy siostry poznał, że nic dobrego nie przywozi, przez drogę do domu wysłuchał relacyi spokojnie, nie zdradziwszy nawet jedném westchnieniem ile cierpi.
— Ha, trudno — rzekł całując rękę siostry — widać nie przeznaczono mi szczęścia na téj ziemi. Dziękuję ci Władziu za trudy twoje i bądź zdrowa...
— Odjeżdżasz już? — zapytała.
— Tak! jadę. Czegóż tu mam siedziéć, moja droga, trzeba do domu. Zagrzebać się w gospodarstwie, w książkach, wegetować, aby daléj, aby daléj, aby z dnia na dzień, z roku na rok. O jedną łaskę cię proszę tylko siostro... utrzymuj stosunek listowny z Zosią. Wiedzmy przynajmniéj gdzie jest i w razie potrzeby przyjdziemy jéj w delikatny sposób z pomocą.
Pani Władysława przyrzekła, że to uczyni, a on pojechał.
Przybywszy do domu, zamknął się, przestał bywać w sąsiedztwie, a Kramarzewskiego, którego panna Franciszka z nadzwyczajną misyą wysłała, przyjął tak kwaśno i chłodno, że dziedzic Lipowa postanowił dalszych prób zaniechać.
W okolicy zaczęły krążyć pogłoski, mówiono, że Kamiński zdziecinniał, inni twierdzili, że melancholji dostał, ale ani jedno, ani drugie przypuszczenie nie było blizkie prawdy; on tylko zamknął się w sobie, pracą starał się przezwyciężyć smutek, pracował dużo, dużo czytał i z domu nie oddalał się wcale. Zawiązał téż korespondencyę w celu dowiedzenia się o swym rywalu; nie było to wprawdzie trudne, gdyż w owych stronach odległych miał wielu znajomych i przyjaciół a nawet i krewniaków, ale list w tamtę stronę szedł kilka miesięcy, w najlepszym nawet razie zaledwie za pół roku można się było odpowiedzi doczekać.
Pobyt Zosi w Kaliszu długo nie trwał.
Pan bankier, którego dzieci kształciła, zrobił kilka mniéj fortunnych operacyj, a czując, że mu się chwieje grunt pod nogami, wolał się zawczasu z interesów wycofać. Jakoż wycofał się tak zgrabnie, że wierzyciele nie spostrzegli się nawet, jak zniknął pewnéj nocy, wraz ze swoją rodziną, zabrawszy wszystkie kapitały i pozostawiwszy jedynie ruchomości.
Zosia naraz znalazła się znowu bez miejsca, ale to trwało niedługo. Zapoznała się z jedną rodziną, wyprowadzającą się za chlebem bardzo daleko w głąb Cesarstwa i przyjęła u niéj obowiązek nauczycielki.
Na krótko pojechała do matki, pożegnała ją, oddała jéj wszystkie swoje oszczędności, ucałowała jéj ręce stokrotnie i ze ściśniętém sercem, tłomacząc, że bardzo niedaleko wyjeżdża, opuściła rodzinne strony.
Do pani Władysławy napisała kilka słów serdecznych i potém już nie dawała o sobie znaku życia.
Tak przeszły trzy lata.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Klemens Szaniawski.