Podróż do Bieguna Północnego/Część I/Rozdział XXIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Juljusz Verne
Tytuł Podróż do Bieguna Północnego
Data wydania 1876
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Drukarz Józef Sikorski
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Voyages et aventures du capitaine Hatteras
Podtytuł oryginalny Les Anglais au Pôle Nord
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Indeks stron

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY.

Przygotowania do zimowiska.

Półkula południowa zimniejsza jest od północnej pod tym samym stopniem szerokości jeograficznej; lecz temperatura nowego lądu jest jeszcze o piętnaście stopni niższą od temperatury innych części świata, a w Ameryce, okolice znane pod nazwą „bieguna zimnego,“ są najgroźniejsze pod tym względem.
Średnia temperatura roczna jest tam dziewiętnaście stopni niżej zera na termometrze Celsiusza. W tym względzie doktór Clawbonny zgadzał się na objaśnienie tego faktu przez wielu uczonych, którzy utrzymują, że najstalej w okolicach północnej Ameryki panującym wiatrem jest południowo-zachodni. Wieje on z oceanu Spokojnego, przy temperaturze równej i znośnej; lecz aby się dostać na morza północne, muszą przebywać niezmierzone przestrzenie Ameryki, pokryte śniegami, przez co oziębiają się i dlatego zupełnie zimne przybywają na ostatnie krańce ziem północnych.
Hatteras znajdował się przy zimnym biegunie, dalej jak wszyscy jego poprzednicy; był zatem przygotowanym na zimę straszną; którą przepędzić wypadało na okręcie otoczonym ze wszech stron lodami i wśród ludzi na pół zbuntowanych. Położenie to widział jasno i nie uląkł się go bynajmniej.
Najprzód korzystając z doświadczenia Johnson’a i przy jego pomocy, poczynił wszystkie przygotowania do zimowiska. Według jego rachunku Forward zapędzonym został o dwieście pięćdziesiąt mil od ostatniego lądu znanego, to jest od Nowej Kornwalii; na ogromnej przestrzeni lodowej sciśnięty był i otoczony ze wszech stron jakby w jakiem łożu granitowem, z którego żadna siła ludzka wyrwać go nie była wstanie.
Nigdzie nie było ani kawałeczka czystej wody, na tych morzach ujętych zimą podbiegunową, pole lodowe ciągnęło się jak okiem dojrzeć można było, a nie przedstawiało gładkiej powierzchni. Przeciwnie, góry lodowe piętrzyły się na ściętej płaszczyznie i ogromniejsze z nich osłaniały go tak, że zaledwie tylko południowo-wschodni wiatr do niego dochodził.
Gdyby zamiast lodów były skały, zieloność zamiast śniegów, bryg mógłby był stać sobie spokojnie na kotwicy w pięknej zatoce, osłonięty od najgwałtowniejszych wiatrów. A tutaj, co za widok smucący, jaka natura zmartwiała, jaki bolesny widok!
Jakkolwiek bryg silnie był lodami ściśnięty i nie poruszał się wcale, zawsze jednak w przewidywaniu gwałtownego puszczania lodów, lub nie spodzianego przyboru wody w morzu, kapitan kazał zarzucić kotwice. Johnson dowiedziawszy się, że Forward był u bieguna zimnego, ściślej jeszcze przygotowań do zimowiska przestrzegał.
— Dopiecze nam do żywego ta zima; mówił do doktora; kapitan wybornie trafił, utkwiwszy w najprzykszejszem miejscu na całej kuli ziemskiej.
Doktór w głębi duszy uradowany był myślą, że zimę przepędzi u zimnego bieguna; za nic w świecie nie chciałby opuścić tej sposobności.
Osada zajęta była najprzód robotami zewnętrznemi; żagle pozostały przy rejach, zamiast być zwiniętemi, jak to czynili wszyscy żeglarze poprzednio tam zimujący; owinięto je tylko w pokrowce, a lód sam im zrobił nieprzemakalne okrycie. Nie spuszczano również masztów, mogących służyć za doskonałe obserwatorya; tylko liny podręczne odjęto.
Potrzeba było koniecznie obrąbać lód na około statku, który cierpiał od parcia odłamków przylegających po obu stronach i ciężarem swym przygniatających boki statku; zagłębiony był w wodzie więcej niż zwykle. Robota to była i długa i trudna. Nareszcie po kilku dniach pracy, spodnia część okrętu została uwolnioną z więzienia, z czego też i skorzystano zaraz, dla zrobienia potrzebnych naprawek, choć w ogóle statek będąc dobrze zbudowanym bardzo niewiele ucierpiał, tylko obicie zwierzchnie z blachy było całkiem prawie zniszczone. Okręt wyswobodzony z krępujących go więzów, podniósł się na dziewięć blizko cali; wtedy zajęto się powycinaniem w lodzie ukośnych krawędzi zastosowanych do kształtów statku; lód łączył się pod okrętem, co zabezpieczało go od gwałtownego parcia lodów na powierzchni.
We wszystkich tych robotach, doktór czynny przyjmował udział; zręcznie bardzo odgarniał śniegi, humorem swoim zachęcał majtków do pracy, uczył innych i sam się przytem uczył. Chwalił zabezpieczenie okrętu lodem od spodu. — Bardzo dobry to pomysł, powtarzał.
— Gdyby też nie to panie Clawbonny, rzekł Johnson, tobyśmy się nie utrzymali. Teraz już bez obawy możemy wznieść ścianę ze śniegu, aż do wysokości pokładu, a ponieważ materyału nam nie brak, zrobimy go sobie na dziesięć stóp szerokim.
— Wyborna myśl! zawołał doktór; śnieg jest złym przewodnikiem ciepła, a zatem nie przepuści na zewnątrz temperatury ze środka statku.
— To prawda, powiedział Johnson, zabezpieczymy się i przeciw mrozom, i przeciw dzikim zwierzętom, którym może przyjść ochota odwiedzania nas. Zobaczysz panie Clawbonny, że robota nasza wspaniale po ukończeniu będzie wyglądać; w tej massie śniegu wyrobią się jeszcze i schody, jedne na przód, drugie na tył okrętu prowadzące. Wyżłobiwszy schody, oblejemy je wodą, która pod wpływem mrozu w lód się zamieni, stwardnieje jak skała i utworzy pyszną komunikacyę.
— Wybornie, odparł doktór; jakie to szczęście że mróz tworzy śnieg i lód, które mogą od niego osłaniać. Gdyby nie to, byłoby się nieraz w kłopocie.
W rzeczy samej postanowiono, aby statek znikł pod grubą warstwą lodu mającą ochraniać jego temperaturę wewnętrzną. Przez całą tedy długość pomostu wniesiono nad nim przykrycie z grubego płótna napojonego smołą i przykrytego warstwą śniegu; płótno zwieszało się na boki okrętu i takowe przykrywało; pomost został pokryty śniegiem, na półtrzeciej stopy grubo; śnieg udeptano i ubito, więc stwardniał; a gdy nań posypano jeszcze warstwę piasku, utworzył się rodzaj jakby drogi bitej bardzo trwałej. Zyskano wybornie osłonięte miejsce do przechadzki.
— Gdyby, mówił doktór, można było jeszcze dodać do tego kilka drzew, sądziłbym, że jestem w Hyde-Park’u, lub w jednym z wiszących ogrodów Babilonu.
W niewielkiej od brygu odległości, wyrobiono otwór i codzień rano lód naokoło niego wyrąbywano, utrzymując tym sposobem jakby studnię, mogącą w każdej chwili dostarczyć wody, na przypadek pożaru, lub do kąpieli zalecanych ludziom osady ze względów hygienicznych. Dla zaoszczędzenia paliwa do ogrzania wody, postanowiono czerpać ją z jak największej głębokości, bo tam jest cieplejsza niż pod wierzchem; użyto zaś do tego przyrządu obmyślanego przez Francuza, — Franciszka Arago, — cylindra opatrzonego podwójnem dnem ruchomem.
Zazwyczaj na zimę usuwają się z pokładu wszelkie przedmioty niepotrzebnie tam leżące, w celu zyskania większej przestrzeni; przedmioty te składają się w magazynach na lądach przybrzeżnych. Forward, jako stojący wśród ogromnego pola lodowego, pozbawionym był tej dogodności.
Przedsięwzięto co należało, aby wnętrze statku zabezpieczyć od dwóch najszkodliwszych pod tą szerokością wrogów, to jest zimna i wilgoci; pierwsze sprowadza zazwyczaj drugą; można znieść zimno, ale trudno ścierpieć wilgoć; tej więc jeszcze potrzeba było zapobiedz koniecznie.
Forward będąc przeznaczonym do żeglugi po morzach północnych, był też wybornie urządzony i przygotowany do zimowiska; główna sala bardzo oględnie była zbudowana, bo uniknięto w niej kątów, w których się wilgoć najpierw zbiera. Przy zniżonej temperaturze warstwa lodu osiada na ścianach, a szczególniej w kątach, a topniejąc ciągłą podtrzymuje wilgoć. Gdyby sala ogólna mogła była być okrągłą, byłaby najdogodniejszą; ale i tak urządzona przewiewnie, opatrzona dużym piecem, dającym dostateczną ilość ciepła, powinna była być dogodną do mieszkania. Ściany obite były skórami jeleniemi, a nie materyą wełnianą, bo wełna ma własność zatrzymywania w sobie wilgoci.
Przepierzenia rozgradzające kajuty starszyzny, zostały usunięte — więc i oficerowie mieli także swą salę wspólną, obszerną, dobrze ogrzaną i przewietrzaną; przy niej również jak i przy pierwszej znajdował się pewien rodzaj przedpokoju, chroniący od bezpośredniej z powietrzem zewnętrznem komunikacyi. Takim sposobem i ciepło nie mogło być utracone, i przechodziło się stopniowo z jednej temperatury do drugiej. W przedpokoju zostawiano odzież śniegiem okrytą i wycierano dobrze nogi, aby żadnego niezdrowego pierwiastku nie wprowadzać do sal mieszkalnych, w których też urządzone były kondensatory pochłaniające wszelkie wyziewy, zanim te w wilgoć przemienić się zdołają; kondensatory te wypróżniane i oczyszczane dwa razy na tydzień, nieraz mieściły w sobie dość znaczną ilość lodu.
Ogień z łatwością regulować się dawał przy pomocy dobrze urządzonych luftów; niewielka ilość węgla wystarczała do utrzymania w salach temperatury na dziesięć stopni. Pomimo to, Hatteras po dokładnem zrewidowaniu swych zapasów przekonał się, że przy największej nawet oszczędności, paliwa nawet na dwa miesiące nie wystarczy.
Ponieważ odzież często musiała być praną, a nie można jej było suszyć na wolnem powietrzu, boby stwardniała na mrozie i pękała, urządzono przeto oddzielną na ten cel suszarnię.
Delikatniejsze części machiny parowej poodejmowane zostały starannie, i złożone w izbie hermetycznie zamkniętej.
Życie na pokładzie Forwarda podciągnięte zostało pod najściślejsze przepisy, zawieszone w sali wspólnej. Ludzie osady wstawać musieli o godzinie szóstej rano; hamaki trzy razy w ciągu tygodnia na powietrze były wystawiane; podłogi obu sal codzień zrana wycierano gorącym piaskiem; gorąca herbata była niezbędnym warunkiem każdej biesiady, a potrawy zmieniały się codzień. Artykuły żywności składały się z chleba, mąki, łoju wołowego i rodzynków do puddingu, cukru, kakao, herbaty, ryżu, soku cytrynowego, suszonego mięsa, wołowiny i wieprzowiny solonej, kapusty i jarzyn w occie zakonserwowanych. Kuchnię umieszczono z daleka od sal wspólnych; nie udzielała wprawdzie ciepła, ani też wyziewów niezdrowych powiększających wilgoć.
Na zdrowie ludzi wielki wpływ wywierają pokarmy; pod tą szerokością geograficzną, jak najwięcej potrzeba spożywać materyi zwierzęcych. Doktór Clawbonny prezydował przy układaniu programu żywności.
— Trzeba z Eskimosów brać przykład, mówił on; ich uczyła sama natura, oni więc mogą w tym względzie być naszymi nauczycielami. Arab lub Afrykanin może poprzestać na kilku daktylach i garsteczce ryżu, ale tu wśród lodów dużo jeść należy. Eskimosi połykają dziesięć do piętnastu funtów oliwy dziennie. Jeśli się to wam nie podoba, to możemy uciec się do materyj obfitujących w tłuszcz i cukier. Słowem potrzeba nam koniecznie węglika, więc go wytwarzajmy. Nie dość na tem że pakujemy węgiel do pieca, nie zapominajmy zaopatrzyć weń i tego pieca który w nas samych nosimy.
Obok tego, osadzie zaleconą była czystość; każdy co drugi dzień musiał brać kąpiel z wody zimnej. Doktór pierwszy z siebie dawał przykład, a choć z początku liczył to do przykrości na które się dobrowolnie narażał, zwolna jednak przyzwyczaił się i zasmakował nawet, w tym środku hygienicznym.
Gdy ludzie wychodzili na roboty, na polowanie lub rekonesanse, strzegli się najbardziej odziębienia jakiej części ciała, a w razie takiego wypadku, co najśpieszniej cyrkulacyę krwi przywracano za pomocą silnego nacierania śniegiem. Prócz tego osada cała dobrze zaopatrzona w odzież wełnianą, miała jeszcze kapoty ze skór jelenich i spodnie ze skór foki, które nie przepuszczają zupełnie wiatru.
Na rozmaitych przygotowaniach upłynęło około trzech tygodni czasu; do d. 10-go października, nic szczególnego nie zaszło.






Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Juliusz Verne.