<<< Dane tekstu >>>
Autor Ferdynand Ossendowski
Tytuł Postrach gór
Podtytuł Powieść
Wydawca Nakładem Tygodnika „Wiarus”
Data wyd. 1937
Druk Drukarnia Naukowa Warszawa
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Rozdział XXII
SMUTKI I RADOŚCI

Życie ludzkie toczy się dziwnymi nieraz drogami i nikt ich przewidzieć nie może. Jerzy Brzeziński ze smutkiem pogodził się z myślą, że nie uda mu się pozostać w wojsku, gdyż stan zdrowia ojca wymagał jego obecności w Mygli. Ciężko mu było przyjść do tego przekonania. Zdawało mu się, że stanie się jakby dezerterem z wojska, do którego całą duszą przywiązał się i przylgnął.
Wstydził się i bolał nad tym.
Do tych cierpień moralnych dochodziły też inne.
Rozłąka z Bielskim i Jańczykiem, rzewne wspomnienia o wspólnej wyprawie w góry z majorem Rzęckim; szczera wdzięczność dla kolegów-akademików tak poczciwie go „tresujących“ na wszystkie boki, za co niczym również dobrym nie miał sposobności im się odwdzięczyć — gnębiły Jerzego niewymownie.
Ból i tęsknotę swoją bohaterskim wprost wysiłkiem wtłaczał na samo dno serca. Bał się myśleć o tym, co będzie czuł, gdy po raz ostatni zobaczy się z panną Stefą i opuści pożegnawszy trzy miłe istoty mieszkanko pani Karoliny Szemańskiej? Tak! Bał się o tym myśleć nawet. Nie mógł sobie wyobrazić, jak obejdzie się teraz bez możności odwiedzenia dobrych, serdecznych przyjaciółek, które okazały mu tyle serca i zaufania, poświęciły mu bezinteresownie tyle godzin rzetelnej pracy, ucząc go i niemal wychowując.
Czas rozłąki zbliżał się szybko smutkiem i goryczą zatruwając duszę i serce młodzieńca.
Los zesłał mu ulgę.
Pewnego razu kolega pułkowy, inżynier Zielewski odnalazł Jerzego i ogarniając go ramieniem zawołał:
— Dopiero co powróciłem z miasta ze znakomitą dla was nowiną. Wiecie, co się dowiedziałem?! Dyrekcja lasów państwowych zorganizowała kursy dla kandydatów na starszych gajowych i podleśniczych, a za tydzień mają się odbyć egzaminy dyplomowe. Radzę wam stanąć jako ekstern. Przejrzałem program kursów i przekonany jestem, że uda wam się, Jurku, zdać egzamin i zdobyć ten dyplom. Mając go łatwiej już wam będzie pozyskać inny — na leśniczego! Hej, bracie, bierzcie mnie na korepetytora i zaczynajmy szlifować waszą wiedzę!
Powiadomiony o nowym projekcie sierżant Bielski długo się głowił nad tym, jakby to bez uszczerbku dla służby ułatwić rozwiązanie tak ważnego dla Brzezińskiego zadania życiowego, meldował o tym porucznikowi Walczakowi i razem z nim chodził do dowódcy kompanii aż w końcu całą sprawę ujął w swoje ręce major Rzęcki i znalazł najlepsze jej załatwienie.
Dało to możność Zielewskiemu po kilka godzin dziennie, urywając trochę nocy „szlifować“ Brzezińskiego i to tak energicznie, że, jak upewniał wszystkich młody inżynier, „z ucznia jego aż para buchała“. Przez dwie niedziele i dwa dni wypadających świąt „szlifowanie“ Jerzego odbywało się też w mieszkaniu pani Szemańskiej, gdzie panny Stefa i Kazia „polerowały“ znów zdobyte przez Brzezińskiego wiadomości i przerabiały z nim przewidywane pytania, tematy wypracowań i zadania.
Jerzy czuł się „nafaszerowanym“ nauką tak bardzo, że sam drwił z siebie mówiąc, że jeżeliby potknął się i upadł, to pękłby, jak dobrze nadziany indyk lub gęś, wypchana jabłkami.
Nie potknął się jednak i z całym zasobem „nadzienia naukowego“ stanął wreszcie przed komisją egzaminacyjną we wspaniałym gmachu Dyrekcji Naczelnej lasów państwowych.
Wzięto go tam w obroty, prasowano i miętoszono na wszystkie strony, aż wreszcie wystawiono ocenę — „wynik dobry“.
Dyplom został zapewniony.
Tego samego wieczora o rezultacie egzaminu telefonicznie dowiadywał się bardzo przejęty sprawą Jerzego major Rzęcki i długo rozmawiał z przewodniczącym komisji. Ucieszył się bardzo pan major i kazał zawołać do siebie Brzezińskiego, żeby zwiastować mu radosną nowinę i powinszować powodzenia.
Gdy uszczęśliwiony Jerzy wpadł do sierżanta, aby podzielić się z nim swoją radością, Bielski wyściskał strzelca i powiedział:
— Dam wam przepustkę, byście mogli polecieć do swojej panienki i opowiedzieć o wszystkim, tylko za godzinę musicie być w koszarach!
U pań Szemańskich nikt się nie spodziewał przyjścia Jerzego, więc tym większa zapanowała tam radość, gdy sam we własnej osobie przyniósł im upragnioną nowinę, serdecznie dziękując pannie Stefci i Kazi za naukę, pomoc i przyjaźń.
— Tylko za „przyjaźń“, phi! — parsknęła drwiąco, patrząc na Brzezińskiego, Kazia.
Jerzy zmieszał się, lecz spotkawszy się ze skierowanym na siebie wzrokiem Stefy, odparł cicho:
— Tymczasem o tym tylko mówić mogę...
Panie zrozumiały znaczenie tych słów i nawet Kazia spoważniała i wydawała się być wzruszona.
Za godzinę Brzeziński siedział już w pokoju Bielskiego.
Sierżant wystąpił z... „herbatką“ zaprosiwszy do siebie kaprala Jańczyka, inżyniera Zielewskiego i innych akademików, którzy tak po koleżeńsku i starannie uczyli Jerzego. Brzeziński dziękował wszystkim z całego serca, chociaż brakowało mu słów wdzięczności za wielką pomoc ze strony tak bardzo dla niego przyjaznych i dobrych ludzi.
Czuł, że zakończył jakiś ważny etap swego życia.
— Kiedy będziemy u siebie w górach, obmyślimy, jak moglibyście się przygotować do dodatkowego egzaminu na leśniczego. Moja już w tym będzie głowa i dyrektora szkoły w Bolechowie — mówił wesołym głosem strzelec, inżynier Romuald Zielewski, któremu „herbatka“ Bielskiego dodała humoru.
Po egzaminie Brzeziński, skończywszy z nauką cały już oddał się służbie.
Chociaż zawsze był staranny, teraz jednak jak gdyby pragnął odrobić wszystkie te godziny, które poświęcał innej sprawie. Taki to już był obowiązkowy i uczciwy chłopak!
Pociechę mieli z niego przełożeni, zwłaszcza w okresie manewrów. Wybił się znowu na pierwsze miejsce podczas strzelania i był podziwiany przez dowódcę dywizji, podtrzymując honor pułku i zdobywając dla niego proporczyk.
Mimo, że tak bardzo się starał, nie miał radości w sercu.
W każdej chwili miał świadomość, że są to ostatnie tygodnie pobytu w pułku i że zbliża się smutny dzień pożegnania.
Dzień ten nastał wreszcie.
Pułk powrócił z manewrów do Warszawy.
Strzelcy, którzy odbyli służbę, przygotowywali się do odjazdu.
Brzeziński otrzymał z domu list z wiadomością, iż w stanie starego pana Jana nie zaszło żadnych zmian.
Dowiedziawszy się o tym Bielski zaproponował Jerzemu, by pozostał u niego w mieszkaniu na parę dni.
— Zapewne chcecie załatwić tu jakieś sprawy... no... na przykład — wziąć wreszcie ten dyplom z Dyrekcji Lasów — objaśniał dyskretnie, mając zgoła coś innego na myli. — Pomieszkacie więc u mnie i spokojnie wszystko załatwicie nie śpiesząc się na łeb, na szyję.
Jerzy był bardzo za to wdzięczny sierżantowi, gdyż z biciem serca oczekiwał stanowczej rozmowy z panną Stefą i chwili rozstania się z przyjazną dla niego rodziną.
Wreszcie został zwolniony z wojska.
W ubraniu cywilnym, w którym czuł się teraz nieswojo, poszedł do Szemańskich pocztówką uprzedziwszy pannę Stefę o swoim przyjściu.
Zastał ją samą w domu. Pani Karolina z Kazią poszły z wizytą do znajomych.
Gdy spojrzał w piękne, wyraziste i poważne oczy panienki, niepewność, obawa i zakłopotanie porzuciły go.
Ująwszy jej rączkę i pocałowawszy z szacunkiem popatrzał na nią oddanym, uczciwym wzrokiem i powiedział:
— Panno Stefo! Pani już wie o czym chcę i o czym należy mówić teraz! Pokochałem panią na całe już życie... Nie mam prawa jeszcze prosić panią, żeby była moją żoną... Nie wiem, jak się ułoży moje życie... ale gdy wszystko się wyjaśni, będę prosił... jeżeli pani coś ma dla mnie w sercu...
Panna Szemańska słuchała uważnie i na pozór spokojnie. Gdy Jerzy, szukając jakichś słów urwał nagle swoje proste przemówienie, odparła łagodnie:
— Pan też wie wszystko, panie Jurku, a co do mnie odpowiem zawsze — „tak“, czy ma być to teraz, czy będzie wtedy, kiedy pan przyjedzie po mnie. Ja wierzę panu i jestem przekonana, że nigdy nie będę żałowała swego kroku!
Brzeziński porwał dziewczynę za obie ręce i począł całować je, mówiąc proste, gorące, pełne miłości słowa.
Potem długo się naradzali aż postanowione było, że panie przyjadą z jakąś wycieczką huculską do Mygli i spędzą tam parę tygodni.
— Mogłybyśmy nawet, Jureczku, cały miesiąc spędzić w górach, bo już dowiadywałam się w Towarzystwie Przyjaciół Huculszczyzny, że można dostać bezpłatny przejazd, jeżeli podjąć się pogadanek po wsiach. Właśnie my z Kazią zamierzamy pójść do towarzystwa i zaproponować swoją pracę w dziale oświatowo-propagandowym.
Brzeziński nie posiadał się z radości.
Tak cudownie wszystko się składało!
To też, gdy w dwa dni potem wyjeżdżał z Warszawy i żegnał spore grono odprowadzających go przyjaciół z sierżantem Bielskim na czele, był jak najlepszej myśli. Obliczył sobie bowiem ściśle, ile dni pozostało do przyjazdu kochanej dziewczyny, Kazi i pani Karoliny do Mygli.
Pani Szemańska przeżegnała odjeżdżającego Jurka, obie panienki miały łzy w oczach, twarz Bielskiego nabrała nieruchomego wyrazu, co świadczyło o jego wzruszeniu, koledzy-akademicy — inżynierowie Zielewski i Malinowski oraz leśniczy Wacewicz głośno wiwatowali na cześć odjeżdżającego i życzyli mu szczęśliwego powrotu do domu.
— Prędko się zobaczymy, kolego Jurku! — wołał inżynier Zielewski idąc obok sunącego już wozu.
Jerzy jak gdyby nic nie słyszał. Wpatrywał się w smutne, załzawione oczy Stefy.
Serce biło mu mocno, to znów padało w jakąś przepaść. Skurcz zaciskał mu gardło... Za chwilę nikogo już nie mógł rozejrzeć z daleka.
Nazajutrz przed wieczorem Brzeziński przyjechał do Mygli.
Stary pan Jan — mizerny i blady ucieszył się na widok syna i powiedział:
— Bóg Miłosierny wysłuchał mojej modlitwy i pozwolił mi doczekać twego powrotu! Gonię, synku, resztkami sił, więc pośpiesz się... Sprowadź czym rychlej wójta z Uścieryków, naszego sołtysa i księdza z Kut. Chcę ci wedle Bożego i ludzkiego prawa ojcowiznę z rąk do rąk przekazać, no, i umrzeć po — chrześcijańsku...
— Pożyjecie jeszcze, ojcze... — zaczął Jerzy, lecz stary gazda nachmurzył brwi krzaczaste i powtórzył z naciskiem:
— Pośpiesz się — powiadam, nie zwlekaj, bo śmierć stoi przy mnie od dawna i czeka...
Jerzy zakrzątnął się natychmiast. Kazał Bartkowi czym prędzej zaprzęgać konie do wózka i jechać do Kut.
— Zabierzesz tam księdza, a po drodze wsadzisz na wóz wójta i duchem powrócisz!
— Będę się śpieszył, bo dziadzio mocno słaby — szepnął chłopak i popędził po konie.
Nazajutrz przed południem jeszcze pan Jan Brzeziński w obecności księdza, wójta i sołtysa przekazał całe swoje mienie synowi, a gdy testament został podpisany i pieczęcią gminną opatrzony, stary westchnął z ulgą i słabym głosem powiedział:
— Dziękuję wszystkim za przysługę, a teraz idźcie sobie do świetlicy, ja zaś ze sługą Bożym pozostanę... Spowiedź chcę odbyć...
Stary Brzeziński wyspowiadał się, otrzymał święte sakramenty i z pomocą Bartka umywszy się i przebrawszy odświętnie położył się na ławie pod oknem w swojej izbie, woskowo blady, coraz bardziej słaby, lecz ukojony, pogodny i spokojny.
— Prawdziwie chrześcijańskie zakończenie życia! — mówił ksiądz do Jurka. — Pan na Wysokościach zapamięta to na Sądzie nad duszą jego.
Kapłan postanowił pozostać u Brzezińskich.
Rozumiał, że życie, podtrzymywane siłą woli starca, opuszczało go szybko, wypływając niby woda z pękniętego naczynia.

Gdy staruszek błogosławiwszy syna i Bartka stracił przytomność, ksiądz począł odmawiać modły za konających i prosić Stwórcę, by przyjął w królestwie swoim duszę ulatującą ze steranego ciała.

Stary Brzeziński... coraz bardziej blady, lecz ukojony...

Ostatnie promienie słońca zgasły na szczycie Wielkiej Kiczory, kiedy pan Jan poruszył się z lekka, wyprężył i nagle zesztywniał.
— Wieczny odpoczynek racz dać mu, Panie... — rozpoczął modlitwę za umarłych ksiądz, przejęty dostojeństwem tego zgonu...
Jerzy modlił się czując, że mu łzy płyną z oczu. Bartek łkał głośno. Zawodziła żałośnie dziewczyna usługująca w domu. Sapali robotnicy wynajęci do pomocy staremu gaździe...
Cisza zalegała całą grażdę.
Umilkły nawet psy i nie odzywało się bydło.
Wszystkim się zdawało, że z cichym szelestem odleciała tak długo oczekująca tej chwili śmierć.
Zrobiła swoje, wykonała niezgłębione wyroki Najwyższej Istoty i odeszła.
Stary gazda umarł w sobotę.
Przez całą niedzielę odwiedzali i żegnali nieboszczyka bliżsi i dalsi sąsiedzi, krewniacy, którzy przybyli z Berezowa, komendant posterunku policji, leśniczy, lekarz i sędzia, gdyż wszyscy znali pana Jana Brzezińskiego i szanowali poważnego i życzliwego starca.
W poniedziałek odbył się pogrzeb.
Liczny tłum odprowadzał gazdę na miejsce ostatniego spoczynku i długo, szczerze modlił się przy świeżym kopcu mogilnym, nad którym rozpostarł ramiona wysoki, biały krzyż.
Jerzy ostatni wyszedł z cmentarza i powrócił do opustoszałej grażdy.
Usiadł przy stole i oparłszy głowę na rękach zamyślił się.
Smutne były jego myśli.
Żałował ojca, z którym łączyła go serdeczna przyjaźń. Czuł się strasznie samotny. Tak pragnąłby w tej chwili obecności Stefy. Ona zrozumiałaby i podzieliła jego smutek... Tymczasem był sam, zupełnie sam.
Łzy poczęły gryźć mu oczy, lecz po chwili podniósł głowę, bo ktoś wchodził do sieni.
— Gazda! — posłyszał głos Filipczuka, który pełnił obowiązki listonosza. — Pismo do was z Warszawy.
Brzeziński rzucił się ku niemu prawie wyrywając kopertę z jego rąk.
Spojrzał na adres. Poznał charakter pisma panny Stefanii Szemańskiej.
Drżącymi z niecierpliwości palcami rozdarł kopertę.
Dziewczyna jak gdyby przeczuwając, co może stać się w grażdzie Brzezińskich, napisała list serdeczny, troskliwy, pocieszający. Wiele serca i uczucia włożyła w swoje słowa, dodawała otuchy, a w końcu donosiła, że w piątek przyjadą koleją do Kut o trzeciej po południu.
Wiadomość ta pocieszyła i dodała sił Jerzemu.
Zaczął przygotowywać dom na przyjęcie najdroższych gości.
W grażdzie zaczął się ruch.
Krzątał się Bartek, posługaczka i robotnicy.
Brzeziński sam urządzał dla siebie i porządkował pokój, zajmowany do śmierci przez ojca.
W świetlicy miał być „salon“ i pokój jadalny, a dwie boczne izby przeznaczył Jerzy dla pań. Okurzano tam pułapy, bielono ściany, szorowano piaskiem podłogi i myto szyby w oknach.
Bartek z własnej woli zamiatał podwórze, bielił oborę, wozownię, spichrz a nawet chlewek świński i naprawiał połamane w kilku miejscach ogrodzenie.
— Trzeba będzie kupić farby i pokostu i pomalować w domu drzwi, framugi i okiennice — mruknął do niego Jerzy dając mu pieniądze.
Wielkim ukojeniem w smutku stało się dla Jerzego oczekiwanie drogich gości i związane z tym kłopoty. W czwartek wszystko już było przygotowane na spotkanie gości i wydane ostatnie rozporządzenia. Jerzy z wieczora wyjechał wygodnym wozem do Kut i stanął na nocleg u przyjaciela ojca, kupca Ormianina, mającego w mieście największą restaurację i sklep kolonialny.
Porobiwszy nazajutrz niektóre sprawunki z niecierpliwością oczekiwał godziny przybycia pociągu.
Wreszcie wtoczył się on przed peron dworca.
Brzeziński rzucił się naprzeciwko wysiadającym paniom, witał je serdecznie i całował po rękach.
— Taka kupa ludzi zwaliła się nagle na jedną tajojską głowę! — śmiała się Kazia, lecz umilkła nagle spostrzegłszy łzy w oczach siostry, do której mówił coś półgłosem Jerzy patrząc na nią ze smutkiem.
— Pan Jerzy jest w żałobie — szepnęła wreszcie Stefa. — Pan Jan zmarł w sobotę...
Pani Karolina zaczęła wyrażać Jerzemu swoje współczucie i pocieszała go, jak to zawsze się robi w podobnych wypadkach.
Jerzy wprowadził panie do dworca i znosił ich bagaż. Złożywszy walizki na wozie ruszył do miasta.
Kupiec zaprosił wszystkich na obiad, a przyłapawszy ciepłe spojrzenia, rzucane przez pannę Stefanię na Jerzego, od razu zmiarkował wszystko i stał się jeszcze bardziej uprzejmy, gdyż lubił Brzezińskich i pamiętał, jak go niegdyś poratował pan Jan pożyczywszy mu w ciężkiej chwili pieniądze na zachwiany w czasie kryzysu interes.
Dopiero około piątej wyjechali z Kut.
Dobrze wypoczęte i nakarmione konie szły ostro.
Panie zachwycały się malowniczą szosą wijącą się brzegiem Białego Czeremoszu, ale, gdy ściemniło się, i od Uścieryków zjechali na boczną drogę, widziały tylko okryte czarnym lasem góry, przerywane polami, gdzie tam i ówdzie świeciły się już ognie w oknie grażd rozrzuconych z dala jedna od drugiej.
Dopiero po dziewiątej przyjechali do Mygli.
Panie zmywszy z siebie kurz i przebrawszy się weszły do świetlicy, gdzie już była podana kolacja.
Jerzy wystąpił ze wspaniałą ucztą. Panie chwaliły marynowane i pieczone pstrągi, comber sarni z borówkami i pierogi ze świeżymi śliwkami w śmietanie.
— A mówił pan, że odżywiacie się tylko bryndzą, kuleszą i żentycą! — wołała Kazia. — Tymczasem najadłam się samych najwyszukańszych smakołyków!
— Od jutra będzie tylko mamałyga i kwaśne mleko — zagroził jej Jerzy, a Bartek posłyszawszy to parsknął głośno w kułak.
Wiedział przecież, że na jutrzejszy obiad miała być głowacica, kupiona przez Jerzego u Żyda z Krasnośli, i pieczeń cielęca.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Ferdynand Ossendowski.