Potworna matka/Część pierwsza/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Potworna matka
Podtytuł Tragiczne dzieje nieszczęśliwej córki
Wydawca "Prasa Powieściowa"
Data wyd. 1938
Druk "Monolit"
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Bossue
Źródło Skany na Commons
Inne Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


IV.

Przy ulicy Ferronerie, niedaleko od hal miejskich wznosi się pięciorzędny hotel pod nazwą: „Hotel niewiniątek“; obcy tu wszelki komfort, ale ceny bardzo umiarkowane. Najczęściej zatrzymują się tu skromni komiwojażerowie.
Na parterze mieści się restauracja; lokal to ciemny, pokoje z sufitami niskimi, zakopconymi od dymu lamp i tytoniu.
O tej porze, kiedy doktór Reynier przestąpił próg domu Jakuba Tordier, jakiś młodzieniec dwudziestu ośmiu, blady, w wyszarzanym ubraniu usiadł w kącie sali restauracyjnej przy stole i jadł kawał chleba z serem, a popijał to skromne śniadanie bardzo cienkim winem
Głowę miał spuszczoną, w zadumie, która nie musiała być wesołą; nie zważał też na hałaśliwych gości restauracji, którzy snuli się po sali, rozmawiając, śmiejąc się wołając na służbę.
Jadł, a raczej pożerał chciwie, jak gdyby nie codzień miał sposobność zaspakajania apetytu.
Właśnie przechodził obok niego kelner.
— Eugeniuszu! — odezwał się podnosząc głowę, jeszcze chleba za dwa su!...
— Zaraz, panie Włosko, zaraz.
I garson podszedł do bufetu.
W chwili kiedy gość ów skromny, nazwany przez kelnera Włosko, zażądał jeszcze chleba, inny młodzieniec lat trzydziestu, siadał właśnie przy sąsiednim stoliku.
Usłyszawszy nazwisko Włosko, nowy przybysz obrócił się żywo, spojrzał na tego, którego tak nazywano i okazał wielkie zdziwienie.
— Jakto? to ty, mój dzielny Józefie! — zawołał zbliżając się doń z wyciągniętą dłonią.
Józef Włosko spojrzał na mówiącego, a poznawszy go, wydał radosny okrzyk
— Prosper! — rzekł ściskając serdecznie podaną mu rękę — nie wiedziałem, że jesteś w Paryżu!! Kiedy wróciłeś?
— Wczoraj — odpowiedział Prosper, przysiadając się do stolika przyjaciela. — Szczęśliwy traf, żem cię spotkał, czy mieszkasz w tych stronach?...
— Ja mieszkam tu w tym hotelu...
— To tak jak ja! — wykrzyknął Prosper.
— Jak i ty! — powtórzył Józef Włosko. — A od kiedy?
— Od roku przeszło... Mam tutaj pokój, a kiedy powracam z podróży mieszkam tu, aż do nowego wyjazdu.
— A to doprawdy szczególny traf — rzekł Józef, znów wymieniwszy uścisk ręki z Prosperem — że się tu znajdujemy, straciwszy się nawzajem z oczu przed półtora rokiem. Z całego serca radbym tego spotkania nie puścić tak sucho... Ale...
Przerwał sobie.
— Ale jesteś trochę w interesach... — dodał Prosper, śmiejąc się.
— O! mój drogi! zupełnie nie... Nic w ręku i nic w kieszeni! Jak najfatalniej.
— No to ja cię zapraszam! — odparł Prosper, po tym, kierując się do garsona, który przyniósł chleba za dwa su zażądanego przez Włosko, dodał:
— Eugeniuszu, butelka wina białego, prawdziwego Noblies! Sześć jaj, pół tuzina serdelków, dwie ładne porcje sarny, tylko nie baraniny... Po tym dwa mazagranu z koniakiem.
— Dobrze, panie Rivet — odpowiedział garson — natychmiast służę.
Prosper Rivet, którego mamy przedstawić czytelnikom naszym nie jest zupełnie obcym dla nich, to bowiem oryginał portretu fotograficznego, tak namiętnie oglądanego przez garbuskę i pokrywanego przez nią pocałunkami.
Znamy już wiek jego: lat trzydzieści.
Postawa jego jest wysoka i dobrze zbudowana, jak i boksera, plecy szerokie, ręce muskularne.
Atleta cyrkowy mógłby w nim znaleźć rywala.
Czupryna gęsta, kędzierzawa, jak u murzyna, wieńczyła twarz jego regularną, o rysach wydatnych, oczach, fałszywie patrzących, jak zauważyliśmy to już poprzednio Prosper Rivet trudnił się komiwojażerstwrem, ale nie był pomimo to wcale tak ruchliwy, jak jego koledzy. Nie brakło mu przebiegłości i sprytu, ale był próżniakiem, a inteligencję miał mierną... Nadto, żadnego poczucia moralności.
Serce też nie więcej było warte niż głowa.
Lubił nadewszystko pieniądze, dobrze zjeść, dobrze wypić i karty.
Miłość była dla Prospera na dalszym planie, dopiero po butelkach i zielonym stoliku.
Obiecywał sobie, że w życiu nie da się ująć żadnej kobiecie, chyba że będzie bogatą.
Nadto próżny i źle wychowany, z elementarnym ledwie wykształceniem, choć wiele sądzący o sobie.
— Jeszcze jesteś u Troubleta, sukcesora Jakuba Tordier? — zapytał Józef Włosko Prospera, kiedy wydał polecenie garsonowi.
— Jeszcze mój przyjacielu.
— Doskonałe miejsce, nieprawdaż? I widok na przyszłość?
— He! he!... niewiadomo.
— Jakto? Przecież interes ma byt pewny.
— Tak, interes może być dziś dobry, a jutro...
— Czyż to mówisz o fabryce Troubleta?...
Podczas ostatniej podróży, pryncypał do mnie napisał dwa czy trzy razy i z tonu jego listów poznałem, że cały interes trzęsie się, jak liść na drzewie...
— To byłoby nieszczęściem dla ciebie...
— Nie przestrasza to mnie wcale... A ty, mój dzielny Józefie, jeszcze jesteś drugim pomocnikiem u rejenta?
Włosko wstrząsnął głową.
— Rejent mnie odprawił — odpowiedział tonem melancholijnym.
— A! do diabła!... Czyżeś dobrze nie pisał aktów?...
— Nie o to poszło...
— Więc cóż takiego?
— To cała historia?
— Jakiegoż to rodzaju? Czyżbyś robił słodkie oczy do twej pryncypałowej, rejentowej?
— Rejentowa ma lat sześćdziesiąt. Chodzi o co innego... o sprawę bardzo nieszczęśliwą dla mnie, która przeszkadza mi dostać miejsce w czyjejkolwiek kancelarii...
— Czy to co tak poważnego?...
— E! drobnostka... Uniesienie... chwila zapomnienia... Wiesz, że jestem graczem...
— Ja cię ganić nie mogę, bo sam nim także jestem.
— Przegrałem... trzeba było zapłacić, aby nie być wyrzuconym z mego klubu, gdzie nie mógłbym się już odegrać... Wziąłem więc pożyczkę z kasy... Bardzo małą pożyczkę... Byłbym napowrót włożył te pieniądze... w dniu kiedy bym tylko wygrał... Miałem pecha, że ta drobnostka została zauważoną, i pryncypał wygnał mnie bez litości...
— A, to obmierzły notariusz! No, ale miał do tego prawo... Cóż robisz teraz?...
— A! prawie nic.
— No, ale przecież zawsze coś zarabiasz, ażeby żyć?...
— Jakie to życie... Mogłeś przed chwilą przekonać się na własne oczy... Prowadzę rachunki na targu dla niektórych przekupniów... od godziny drugiej z rana do siódmej. Wracam do mej nory, usiłując trochę się przespać... Zjadam kawał byle czego na prędce, o godzinie dziesiątej jestem przy nowym zajęciu moim i pracuję do godziny szóstej wieczorem.
— Cóż to za miejsce?
— A, posada u pokątnego doradcy na ulicy Montorgueil... Znam kodeks, umiem pisać akty, upraszczać lub gmatwać interesa. Jestem dla niego bardzo użytecznym...
— I cóż to wszystko ci daje zarobku?
— Na targu dostaję sześćdziesiąt dwa su, a pokątny doradca płaci mi dziewięćdziesiąt franków miesięcznie.
— Razem: pięć franków dwadzieścia pięć centymów dziennie. O, to chudo!
— Pokój w hotelu kosztuje mnie trzydzieści franków miesięcznie... Otóż wiesz teraz, ile mi zostaje, ażeby jeść, ubrać się, obuć, wyprać bieliznę i od czasu do czasu jeszcze trochę zagrać w karty.
— Czy przynajmniej obdarzają cię one kiedy swymi względami?
— Gdzie tam!... Pech ciągły, nieustający!... Przegrywam, ile tylko chcę...
— O, to się nie dziwię, że robisz oszczędności na żołądku... Ale twój pryncypał powinienby ci dać lepsze warunki, skoro mu jesteś tak użytecznym...
— To skąpiec, jakich mało...
— Ha, to go rzuć.
— Trzeba byłoby coś innego mieć na widoku... Ale nie rozpaczam wcale... Liczę na zarobek porządny...
— Jaki?
— E, mniejsza jaki... Taki, jaki się zdarzy... Ja, widzisz, jestem trochę fatalistą... Ja wierzę w to niezachwianie, iż w życiu każdego człowieka zdarza się taka chwila, kiedy można pochwycić szczęście... Wszystko zależy od tego, ażeby potrafić je złapać, bo, jeżeli człowiek jest o tyle głupi iż okazję przepuści, to już może nigdy ona mu się nie trafić!...
Otóż ja, mój druhu, czekam cierpliwie takiej sposobności, i coś mi mówi, że prędzej czy później przesunie się ona koło mej ręki... Tego dnia, czy trzeba będzie pójść przez błoto, ogień lub krew, złapię fortunę za warkocz i trzymać będę tak mocno, że mi już nie ucieknie.
Gdy to wymawiał, Józef Włosko ów wygłodzony chudeusz, głos jego brzmiał głucho, a twarz przybierała wyraz przestraszający, w źrenicach jaśniały dzikością błyskawice.
Znać było po nim, że nie cofnie się przed niczym, że fortuny zdolny jest szukać w błocie lub we krwi.
Prosper, który kazał przynieść drugą butelkę wina, nalał kieliszki i odparł:
— Dobrze mówiłeś!... I ja jestem twojego zdania, mój przyjacielu... Nigdy nie trzeba przepuścić sposobności do zrobienia majątku, za jakąkolwiekbądź cenę.
— Tak to mówisz! — rzekł Józef Włosko, wychylając kieliszek. — A tobie skoro się nadarzyła i puściłeś ją kantem!...
— Ja? — wykrzyknął Prosper.
— Tak, ty...
— Nie rozumiem...
— Z innymi tak gadaj, mój drogi... Ale nie z twym Józefem.
— Słowo honoru, nie wiem, o czym chcesz mówić...
— Gdybyś był chciał — podchwycił dawny dependent od notariusza — zamiast wdawać się w komiwojażerstwo, sam byś dzisiaj był pryncypałem... To zależało tylko od ciebie. Byłbyś stał na czele przedsiębiorstwa, przy którym inni mogą się zrujnować, ale ty przy swojej inteligencji byłbyś zrobił pieniądze grube.
— Mówisz o interesie Jakóba Tordier, mojego dawnego pryncypała?
— A, widzisz, że zrozumiałeś...
— Coś ci się marzy, mój przyjacielu.
— Nie, mówię najczystszą prawdę...
— Ja miałbym stać się następcą Jakóba Tordier, ja?
— Tak...
— Ażeby dostać jego interes, trzeba byłoby zapłacić, to jest mieć na to pieniądze.
— Byłbyś zapłacił...
— Z czego?
— Nie udawaj niewinnego... A z hojności garbuski!
— Julii Tordier!... Żony pryncypała!
— W jej własnej osobie!... Może mi będziesz mówił, że ona nie zrobiła do ciebie oczu... I to jakich...
— Tak, parę razy zdawało mi się, że zauważyłem...
— Więc... to była właśnie sposobność.
— Ależ ta pryncypałowa jest potworem... Wiesz o tym przecież dobrze...
— A tobie co to szkodzi?... Garb staje się pięknym, gdy pełen złota. O, gdybym ja był na twoim miejscu...


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.