Powieści Kantorberyjskie (Chaucer, 1907)/II

<<< Dane tekstu >>>
Autor Geoffrey Chaucer
Tytuł Z opowiadania zakonnika
Pochodzenie Poeci angielscy
Powieści Kantorberyjskie
Wydawca Księgarnia H. Antenberga
Data wyd. 1907
Druk W. L. Anczyc i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz Jan Kasprowicz
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały cykl
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały zbiór
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
II. Z OPOWIADANIA ZAKONNIKA.
w. 6961—7232.

Kat, wyjechawszy, zobaczył z daleka
Konno pod lasem jadącego człeka —
Coś niby giermek: w zielonym kaftanie,
Miał łuk i strzały błyszczące w kołczanie,
Kapelusz z czarną frendzelką dokoła.
«Hej! pomyślności!» tak nań kat zawoła.
«Szczęścia życzliwym!» ów giermek odrzecze,
«Kędyż tym lasem zielonym człowiecze?
Czy może we świat? w dalszą drogę może?»
Na te mu słowa odrzekł kat: «Broń Boże,
Jadę w pobliże, zamierzam tej pory
Pościągać wszystkie zaległe pobory,
Nikt memu panu płacić ich nie raczy».
«A więc poborcą jesteś?› «Nie inaczej».
Przez wstyd brudnego nie chciał wyrzec słowa,
Nie chciał się przyznać, że w nim kat się chowa.
«De par dieu! zatem widzę brata w tobie!
Bo masz poborcę i w mojej osobie.
Po okolicy tej nieznany gonię,
Więc mi przyjazne zechciej podać dłonie,
Bądźmy — jak bracia, bardzo proszę o to:
Mam w swojej skrzyni i srebro i złoto;
Jeśli cię do nas zawiodą podróże,
Czego zapragniesz, wszystkiem ci usłużę».
«Grand merci» — rzecze kat — «przyjmij podziękę».

I tak na miejscu, kładąc ręka w rękę,
Wieczne braterstwo sobie ślubowali,
Potem z kopyta, pośród żartów, dalej.
Kat, co, jak srokosz robactwa w swem ciele,
Miał w sobie kiepskich pomysłów za wiele
I za pytaniem wciąż stawiał pytanie,
Rzecze: «A powiedz gdzie masz swe mieszkanie?
Może się kiedy u ciebie pojawię».
Na to mu lennik odrzeknie łaskawie:
«O, stąd daleko, na północy, bracie!
Lecz mam nadzieję ujrzeć cię w mej chacie;
Wiesz, na rozjezdnem, najpewniejszą drogę —
Tak, że nie błądzisz — pokazać ci mogę!»
«Mam jeszcze jedną prośbę» — kat wyrzecze — :
«Jesteś poborcą, jak i ja, więc, człecze,
Podczas tej jazdy opowiedz mi szczerze,
Jakichże sztuczek używasz w tej mierze,
By też coś zyskać na naszym zawodzie;
Jeśliś w czemkolwiek z sumieniem w niezgodzie,
To nic! opowiedz, co czynić wypada».
«A więc uważaj» — tak giermek powiada; —
«Mówię-ć uczciwie, niby brat do brata:
Za wielkie znoje skromniutka zapłata,
Pan mój surowy, nikt mu nie dogodzi,
A człowiek w służbie, niby w jarzmie, chodzi,
Więc też ze zdzierstwa trzeba żyć w tym trudzie
I brać to wszystko, co mi dają ludzie.
Tak więc podstępem i gwałtem, prawdziwie,
Z roku się na rok, jako mogę, żywię.
Taką to sobie, widzisz, drogą radzę».
«I ja», kat rzecze, «ten żywot prowadzę
I, Bóg to widzi, biorę, co się zdarzy —

To, co udźwignę i co mnie nie sparzy.
Jeśli pocichu coś znajdzie się w domu,
To nie tłómaczę się z tego nikomu.
Wiem, że bez zdzierstwa to się człowiek biedzi —
Zdzieram, lecz z tego nie czynię spowiedzi.
Nic mnie nie gniecie w sumieniu ni w brzuchu:
Trap spowiednika, jeśli chcesz, zły duchu!
O na świętego Jakóba! Na Boga!
Dobrze, że tak nas złączyła ta droga.
Ale, braciszku — kim jesteś z nazwiska?»
Uśmiech na wargi giermka się przeciska:
«Jak się nazywam? chcesz wiedzieć, mój panie?
Jam czart» — odrzecze —, «mam w piekle mieszkanie.
Dziś za zarobkiem wyjechałem sobie,
To moim zyskiem, widzisz, co zarobię,
Baczę, gdzie ręce me coś chwycić mogą.
I ty tą samą postępujesz drogą,
Jak tam zdobywasz, mało cię to gniecie,
Mnie też nie boli. Dziś będę po świecie
Jeździł, aż sobie nie wyjeżdżę czego».
«Cóż wy mówicie? Boże chroń od złego!»
Rzekł kat — «jać we was giermka przypuszczałem,
Bo taki człowiek jesteście swem ciałem,
Jak ja, zupełnie! Tam, u siebie, macie
Zapewne swoje właściwe postacie?»
«Nie» — tak mu powie; — «lecz gdy trzeba kiedy,
Mieć je możemy bez najmniejszej biedy;
Wam się jawimy tu, na waszej górze,
W kształcie człowieka lub w małpiej posturze.
Umiem też latać, jak anioł, bez trudu;
Ale w tem niema zbyt wielkiego cudu,
Toć lada kuglarz, widzisz, otumani

Ciebie swą sztuką; znam się dobrze na niej».
«Czemu», — kat rzecze — «powiedz-że mi szczerze,
Raz ten, raz inny kształt z was każdy bierze?»
«W takiej się» — powie — «jawimy postaci,
Która się zawsze najlepiej opłaci».
«Lecz cóż was skłania, powiedz, mój jedyny,
Do tej mitręgi?» «Ha, różne przyczyny.
Lecz każda sprawa ma swój czas; dzień krótki,
Pryma minęła, a mej jazdy skutki
Dotychczas liche; wyjechałem w celu,
By coś zarobić, a nie, przyjacielu,
Ażeby z tobą rozprawy prowadzić.
Za słaby mózg twój, by mógł sobie radzić
W tych oto rzeczach; dotąd on nie sięga.
Lecz jeśli pytasz, poco ta mitręga:
Nieraz się sprawa tak, widzisz, ułoży,
Że się narzędziem stajem woli bożej
W niejednym celu i w różnej postawie,
Jak Bóg stworzeniem zarządzi łaskawie.
Bez niego bowiem — jeśli on przeszkadza —
Staje się niczem wszelka nasza władza.
U jednych tylko ciała nam pozwala
Męczyć, a każe być od duszy zdala.
Tak było z Jobem, co zniósł przez nas tyle!
Lecz innym razem mamy w swojej sile
Jedno i drugie — i ciało i duszę.
U innych znowu możemy katusze
Zadawać tylko duchowi, bez cienia
Władzy do ciała — wszystko dla zbawienia!
Ten, kto się oprze pokusie, bezpieczny:
Albowiem dojdzie szczęśliwości wiecznej,
Choć my go zbawić nie mamy w zamiarze,

A tylko oddać potępienia karze.
I ludziom służyć mamy też zadanie,
Tak i ja byłem w służbie przy Dunstanie,
Biskupie świętym, i u apostoła».
«Teraz mi powiedz jasno» — kat zawoła, —
«Czy sobie nowe ciała przyrządzacie
Ze świeżej gliny?» «O nie! te postacie,
To nieraz puste mamidła, my, wiécie,
W ciałach umarłych nowe mamy życie.,
A tak rozumne wychodzą z nas słowa,
Jak ongi z wieszczką Samuela mowa,
O którym wątpić dziś niejeden raczy. —
Bo cóż tam wasza teologia znaczy!
Ale to jedno powiem ci bez żartów:
Pytasz się, jaka jest postać u czartów?
Sam ty wnet zajdziesz tam, gdzie ci nie będzie
Potrzeba mojej nauki w tym względzie:
Sam z doświadczenia będziesz mógł w tej chwili
Wykładać o tem lepiej, niż Wergili,
Zanim go jeszcze w grobie pochowali,
A także Dante. Ale jedźmy dalej,
Chcę, byśmy jeszcze byli razem oba,
Aż ci się druha porzucić spodoba».
«O nie!» — kat rzecze — «wiedzą o tem wszyscy,
Co zacz jest ze mnie, dalecy i blizcy;
Moja uczciwość wszędzie dobrze znana:
Chociażbyś nawet był czartem Szatana,
Dotrzymam słowa, jakom przysiągł sobie,
A ty mnie również, że w wszelakiej dobie
Będziem, jak bracia, wspierali się w zgodzie,
Gdyż pracujemy w jednakim zawodzie.
Ty bierz, co-ć dają, ja zabiorę swoje

I tak żyć będziem, nie wiedząc, co znoje.
A jeśli który nieco więcej zbierze,
Jak bracia, dzielić się będziemy szczerze».
«Owszem» — czart rzecze — «moje słowo daję».
Tak przejechali jedno, drugie staje.
A gdy już byli w pobliżu mieściny —
Podróży kata cel dzisiaj jedyny —
Furę ze sianem spostrzegło ich oko,
Przy niej parobka. Koła się głęboko
Zaryły w ziemię, ruszyć się nie dały.
Chłop bił i wrzeszczał, jakby oszalały:
«A wiśta, hejta! cóż dla was kamienie!
Niech czort was bierze i wasze nasienie!
Na to was szkapsko wylęgło, widzicie,
Aby się człowiek trapił całe życie!
Niech czort was bierze, wóz, konie i siano»
«Tu», kat powiada, «coś nam zyskać dano».
Niby niechcący, otrze się o licho
I tak do ucha poszepce mu cicho:
«Słyszysz braciszku, co ten chłop powiada?
Bierz-że co prędzej! wszystko tobie składa —
I wóz i siano i wszystkie trzy konie».
Na to czart rzecze: «Wyciągać tu dłonie
Byłoby darmo; wierz mi, jesteś w błędzie.
Ujrzysz za chwilę, co to z tego będzie,
Tylko zostawmy go nieco przy furze.
Parobek szkapy swe lunął po skórze,
I te od razu skręciły, o dziwy!
I dalej naprzód! «Hejta! Miłościwy
Niechże wam będzie Pan Jezus na niebie —
Wam i wszystkiemu stworzeniu w potrzebie.
Dobrze ruszyły, dobrze siwek bierze —

Sam Ludwik święty i Bóg niech cię strzeże!
Furzysko z jamy wydobyte ładnie».
«Com ci powiedział?» — tak go czart zagadnie;
«Teraz, mój bracie, widzisz sam wyraźnie,
Że wcale inna była chęć w tym błaźnie,
Dlatego myślę — chodźmy swoją drogą,
Z takiego wozu zyski być nie mogą».
Ledwie że wyszli z miasteczka, kat druha
Ciągnie ku sobie i szepce do ucha:
«Tutaj, braciszku, mieszka pudło stare:
Raczej-ci zniesie szubieniczną karę,
Niż choć grosz jeden da wydusić z siebie,
Lecz ja z niej dzisiaj dwanaście wygrzebię,
A nie, to wraz ją pozwiem do urzędu,
Chociaż żadnego nie jest winna błędu:
Lecz weź to sobie za przykład czem prędzej,
Inak nie dojdziesz nigdy do pieniędzy».
I kat zapukał do mieszkania wdowy:
«A wyłaż-że raz, ty grzybie morowy!
Ha! ponoś mnich tu czy ksiądz na kwaterze?»
«O nieba!» krzyknie — «któż tam bije w dźwierze?
Czegoż, panowie, chcecie? Bóg was wspieraj».
«Mam tutaj pozew na ciebie — otwieraj!»
Klątwą jej grozi, jeśli jutro ona
Nie będzie w sądzie archidyakona,
Gdzie na niejedno odpowie pytanie.
«Tak mi dopomóż, Jezu Chryste Panie!
To być nie może! dawna to już pora
Jak na tem łóżku leżę ciężko chora;
Nie mogę jechać ani zrobić kroku —
Umrę na miejscu, tak mnie kłuje w boku.
Może na piśmie podacie mi sprawę?

Oddam obrońcy, aby zasiadł ławę
I odpowiadał na wasze zarzuty».
«Ha! zobaczymy! — kat odpowie kuty.
«Dwanaście groszy, a uwolnić da się:
Mój profit bardzo w tem mały, a zasię
Pan mój największy ma z tego pożytek.
Dwanaście groszy! śpiesz-że się! nasz wszytek
Czas wymierzony! bądź-że nieco prędsza!»
«Dwanaście groszy! Maryjo najświętsza!
Tak mnie od grzechów wybaw i od nędzy!
Nie wiedziałabym, skąd tyle pieniędzy
Wziąć, choćby chciano obdarzyć mnie światem!
Stara-m i biedna! Nie bądźcie mym katem,
Okażcie litość, jam litości warta!»
«Nie! raczej pójdę» — rzecze kat — «do czarta,
Niż ci przebaczę, choćbyś umrzeć miała»
«Bóg mi jest świadkiem, żem niewinna cała!»
«Dawaj pieniądze! lub, na świętą Florę!
Wnet ci tę nową patelnię zabiorę
Za dług z tej nocy, wiesz, aniele drogi,
Kiedyś mężowi przyprawiała rogi;
Grzywnę za ciebie wyłożyłem wtedy».
«Niech Bóg mnie chroni od wieczystej biedy!
Czy jako żona czy wdowa ni razu
Przed wasz trybunał nie miałam rozkazu,
Ani mi na myśl te czyny bezwstydne
Nigdy nie przyszły! Twe ciało ohydne
Daję z patelnią wraz do rąk szatana!»
Widząc, jak baba, padłszy na kolana,
Przeklina kata, czart do niej tak powie:
«Czy rzeczywista prawda w waszem słowie? —
Powiedzcie, matko Maryanno, szczerze».

«A niech go szatan żywego zabierze —
Jeśli mu nie żal — wraz z patelnią moją!
«Et! stara korowo, mnie się nie zaroją
Nigdy te myśli,» rzecze kat, «bym w porę
Jaką żałował tego, co-ć zabiorę,
Choćby to były wszystkie twe manatki».
«Ha!» czart powiada — «targ, mój druhu, gładki:
Moim-ś z patelnią razem! baba rzekła,
Dziś w nocy zejdziesz wraz ze mną do piekła;
Tam nasze sprawy poznasz lepiej zgoła,
Niż wszyscy mędrcy waszego kościoła».
To powiedziawszy, czart dłużej nie czeka,
Tylko go z duszą i ciałem zawleka
Tam, gdzie siedzibę mają wszyscy kaci.
Bóg, co nas stworzył według swej postaci,
Niech nas prowadzi, strzeże w każdym względzie
I temu katu niech miłościw będzie.
Mógłbym wam więcej powiedzieć, panowie,
(Gdyby mi kat ten nie przerywał w mowie) —
Rzecze braciszek — według Chrysta pana,
Według słów Pawła i świętego Jana
I innych mężów o piekieł katuszy,
Żebyście wszyscy zadrżeli w swej duszy...





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Geoffrey Chaucer i tłumacza: Jan Kasprowicz.