Róża i Blanka/Część trzecia/XLIV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Xavier de Montépin
Tytuł Róża i Blanka
Podtytuł Powieść
Data wyd. 1896
Druk S. Orgelbranda Synowie
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. La mendiante de Saint-Sulpice
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XLIV.

Nadchodziły święta Bożego Narodzenia.
Od tygodnia już jałmużnik więzienia la Roquette miewał wieczorem w kościele św. Sulpicyusza konferencje, na które przybywało wielu pobożnych, pragnących słyszeć mówcę, którego słowa trafiały wszystkim do duszy.
W wigilię Bożego Narodzenia napływ wiernych był większym niż zazwyczaj.
Wspaniała świątynia szczelnie była zapełniona, pod sklepieniem rozlegały się uroczyste dźwięki organów i śpiew.
Duplat i Grancey ulokowali się oddzielnie po obu stronach wejścia.
Obaj zakrywszy twarz rękami, wydawali się pogrążonymi w modlitwie.
Gdy ucichły ostatnie dźwięki organów, ksiądz d’Areynes ubrany w komżę i stułę wyszedł z zakrystyi i udał się na ambonę.
W kościele nastąpiła cisza.
Mówca słowami prostemi, lecz obrazowo, wypowiedział ten poemat wspaniały, zacząwszy od stajenki betlejemskiej aż do pagórka Golgoty, poemat cudowny, według którego Bóg zapragnął dla zbawienia świata urodzić się na słomie i umrzeć na krzyżu.
Gdy skończył, oczy wzruszonych słuchaczy pełne były łez.
Kościół szybko zaczął opróżniać się.
Jałmużnik powrócił do zakrystyi, gdzie parafialne duchowieństwo winszowało mu wymowy.
Wtedy Grancey wszedł do kaplicy Matki Boskiej oświetlonej już tylko wiszącą u sklepienia lampą i ukląkł na klęczniku, stojącym blizko ołtarza
. Gaszono świece w całym kościele i główne drzwi frontowe zamknięto.
Duplat również opuścił miejsce, zajmowane od początku nabożeństwa i ukląkł na klęczniku pod wielką arkadą, zkąd mógł widzieć kaplicę Matki Boskiej.
W świątyni, nagle pogrążonej w ciemności, słychać było tylko powolne kroki zakrystyana z lampką w ręku, obchodzącego kościół i ustawiającego na swe miejsca powysuwane krzesła.
Nagle ksiądz d’Areynes wyszedł z zakrystyi, pośpieszył do kaplicy Matki Boskiej i ukląkł na pierwszym stopnia ołtarza.
Wtedy Duplat powstał pocichu i stanął u drzwi z lewej strony kościoła.
Obejrzał się wokoło i przekonawszy się, że niema nikogo, uchylił nieco drzwi.
Grancey powoli podniósł się z klęcznika i będąc oddalonym od jałmużnika zaledwie o jeden krok, przygotowanym zawczasu nożem zadał mu cios pomiędzy łopatki.
Ksiądz d’Areynes nie wydawszy najmniejszego jęku, osunął się na stopnie ołtarza.
Morderca pospiesznie oddalił się ku uchylonym drzwiom i wraz z Duplatem wyszedł na ulicę.

∗             ∗

W parę dni po dokonaniu tej zbrodni, Grancey ubrany w kostyum zwykły, wraz z swym wspólnikiem fałszywym księdzem Libert, udał się do pałacu przy ulicy Vaugirard, zkąd następnego dnia wysłał na stacyę kolei żelaznej powóz po Gilberta i Maryę Blankę, których przyjazd zapowiedziany był na godzinę jedenastą.
Przyszły zięć Rollina przedstawił mu i Blance księdza Liberta jako swego krewnego, przybyłego z prowincyi na kilka miesięcy do Paryża.
Po śniadaniu Gilbert odprowadził córkę do jej apartamentu, poczem powrócił do swego gabinetu, gdzie obaj zbrodniarze złożyli mu sprawozdanie ze swych czynności od chwili powrotu do Paryża.
Gilbert był wytrawnym hultajem, mimo to nie mógł słuchać tego opowiadania bez dreszczu zgrozy.
Dzienniki wieczorne, w artykułach, zatytułowanych: „Zbrodnia w kościele św. Sulpicyusza“, podały opis wypadku w słowach mniej więcej następujących;
„Nocy wczorajszej służba, obchodząc kościół św. Sulpicyusza, znalazła na stopniach ołtarza, zbroczonego krwią księdza d‘Areynes, jałmużnika szpitala la Roquette, który przewieziony do swego mieszkania, dotychczas nie odzyskał przytomności.
Lekarze niewielką czynią nadzieję utrzymania go przy życiu. Powód zbrodni niewiadomy, śledztwo rozpoczęte. O rezultacie poszukiwań policyi powiadomimy czytelników.“
— Tem gorzej dla niego — rzekł Grancey po przeczytaniu tych słów — sam sobie winien! Za wiele wiedział! Teraz nie mamy powodu obawiać się go. Możemy przyśpieszyć mój ślub.
Tego zdania był i Gilbert Rollin.
Dziwny zbieg okoliczności! I dzisiaj jak przed ośmnastu laty Raul d‘Areynes i Janina Rivat jednocześnie znajdowali się o krok od śmierci!...
Lucyan Kernoël straszną tę wiadomość przeczytał w chwili, gdy wybierał się na ulice Tournelle dla powiadomienia księdza o rychłym wyjeździe swym do Joigny, otrzymał bowiem od d-ra Giraux depeszę z prośbą o przyspieszenie swego przyjazdu o kilka dni.
Przeczytawszy powiadomienie o zbrodni, zadrżał ze zgrozy; od najmłodszego dzieciństwa kochał on księdza d‘Areynes jak własnego ojca, więc katastrofę tę odczuł bardzo boleśnie.
Wybiegł z domu i dorożką popędził na ulicę Tournelle.
— Więc to prawda? — głosem zdławionym zapytał Schlossa.
— Prawda.
— Nie żyje?
— Żyje, ale lekarze niewielką mają nadzieję.
— Czy mogę zobaczyć go?
— Niepodobna. Lekarze nikomu nie pozwolili wchodzić do jego pokoju.
— Cóż oni mówią?
— Mówią, że dopiero za dwa lub trzy dni będą mogli objawić swą opinię.
— Czy wiadomo kto dopuścił się zbrodni?
— Niewiadomo i nawet niema żadnego śladu. Jeden ksiądz d’Areynes mógłby objaśnić policyę, ale jest nieprzytomnym.
— Ale może kogo podejrzewają?
— Kogóż mogą podejrzewać? Ksiądz nie miał nieprzyjaciół.
— Panie Rajmundzie — rzekł Lucyan — mam do ciebie prośbę. Wkrótce muszę jechać do Joigny, gdyby więc zaszło coś niespodziewanego, bądź łaskaw natychmiast zawiadomić mnie depeszą.
— Bardzo chętnie.
Lucyan uścisnął rękę Rajmunda i odjechał do siebie.
Podczas gdy policya bezskutecznie szukała śladu zbrodniarzy, ci tymczasem czując się bezpiecznymi, układali plany zbrodni nowej, mianowicie doprowadzenia do skutku małżeństwa wice-hrabiego Granceya z Maryą Blanką.
Dziewczyna pragnęła zobaczyć swą matkę i niepodobna było oprzeć się temu żądaniu.
Gilbert zawiózł, ją domu zdrowia, lecz widzenie to wywarło na nią wrażenie okropne.
Henryka nie poznała jej, nawet odtrąciła jej pocałunki.
Róża doznała głębokiego zawodu i smutku.
Widok obłąkanej, nieczułej, chłodnej, wywołał w jej pamięci obraz mamy Janiny, która nawet przed odzyskaniem zmysłów kochała ją i okazywała swą miłość.
Czyż mogła pozostać niewdzięczną i nie myśleć o tej, która dała jej przytułek u siebie wtedy, gdy Róża była tylko dzieckiem znalezionem, zbiegłą infirmerką ze szpitala w Blois?
Pojmowała dobrze, że nowa jej pozycya będzie ją w tej mierze krępowała, lecz miała nadzieję, że wziąwszy się do rzeczy zręcznie, przezwycięży trudności.
Zwierzyła się w tej kwestyi narzeczonemu, który przyrzekł jej natychmiast zająć się biedną kobietą, udać się osobiście do jej mieszkania i przywieźć ją do pałacu, z warunkiem zachowania tajemnicy przed Gilbertem.
Nie potrzebujemy dodawać, że wspólnik Duplata i Rollina nie myślał wcale zgłaszać się na ulicę Féron, co nie przeszkadzało mu zapewnić Różę, że nie zastał Janiny w domu i że odźwierna nie miała o niej żadnej wiadomości.
— Musiała odszukać swe dzieci — pomyślała Róża. — Jest szczęśliwą, więc zapomniała o mnie.
Róża, będąc nabożną, prosiła ojca, by pozwolił jej pójść do kościoła św. Sulpicyusza.
Gilbert spytał o radę Granceya, który oświadczył, że nie widzi powodu, dla którego należałoby odmówić temu żądaniu.
Następnego więc dnia Róża w towarzystwie pokojowej udała się do kościoła.
Była to wigilia Nowego Roku.
Lucyan Kernoël przed wyjazdem do Joigny, nie wiedząc o powrocie Gilberta i Blanki do Paryża, zapragnął zobaczyć się z biedną Henryką i chociaż spojrzeć na pałac przy ulicy Vaugirard, gdzie spędził tyle godzin szczęśliwych i gdzie serce jego zaczęło kochać.
Udał się naprzód do domu zdrowia w Auteuil, zkąd powrócił z rozdartem sercem, nie dostrzegłszy żadnej zmiany w zdrowia pani Rollin.
Po powrocie do Paryża pieszo poszedł na ulicę Vaugirard, gdzie spodziewał się znaleźć okna zasłonięte, jak przed kilkoma tygodniami.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Xavier de Montépin i tłumacza: anonimowy.