<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Ragnarök
Podtytuł Powieść
Wydawca Wydawnictwo Polskie
Wydanie trzecie
Data wyd. 1922
Druk Poznańska Drukarnia i Zakład Nakładowy T. A. Poznań
Miejsce wyd. Lwów - Poznań
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


XII.

Bardzo rano przybyli do Warszawy. Służba i powóz czekały na hrabiego. Pożegnał bardzo uprzejmie Niemirycza i odjechał. Niemirycz wsiadł w dorożkę i, rzuciwszy przelotny wzrok na pookręcane w szmaty krzywe nogi chudej szkapy i posłyszawszy parę razy w tłumie „psia krew“, poczuł się w ojczyźnie. Z zajęciem przyglądał się znajomym ulicom i typom, porównywał do tego, co widział gdzieindziej, i oto był już u siebie, w swem mieszkaniu kąwalerskiem. Nic się tam nie zmieniło, tylko po obejrzeniu bielizny i garderoby, przekonał się, że ksiądz Michał, zgodnie z teorją równości, zostawił mu tylko wszystkiego na jedną zmianę. Uśmiechnął się radośnie na wspomnienie księdza i spytał o niego stróża.
— Mało który wieczór nie przychodzi. Oj, święta to dusza! — odpowiedział człek, krzątając się.
Niemirycz się umył, przebrał i, spojrzawszy na zegarek, poszedł do biura. Czuł się wypoczęty, spokojny, rad zajęciu, jakby wyszedł z ciężkiej niemocy.
W biurze miał masę zajęcia, przejęcie całego szeregu spraw ubiegłych i bieżących od swego zastępcy, zapoznanie się z nowym materjałem. Pochłonęło go to aż długo poza biurowe godziny. Pod wieczór ozwał się w telefonie hrabia Andrzej, pytając biura, czy jest pan Niemirycz.
— Jestem!
— Już?
— Od rana.
— Człowieku, toć już szósta. Kiedyż my się zobaczymy?
— Służę tutaj.
— Ba, kiedy nie mam czasu. Obiad ze stryjem, potem przyjęcie na Wiejskiej. Jutro przyjdę.
— Jakże sprawy idą?
— Tymczasem stoją. Jestem w deptaku towarzyskim. Dotąd nie było czasu na chwilę rozmowy poważnej. Do jutra zatem. Obmyślimy!
Niemirycz głową niechętnie potrząsnął. Odpadła go chęć do roboty, gdy posłyszał o takim „braku czasu“. Zamknął swe biurko i poszedł jeść. Przełknął byle co, tak był zamyślony, a ponieważ odesłał do mieszkania pękatą tekę papierów, postanowił zabrać się do nich wieczorem, żeby nie ulec pokusie rozmyślań i dociekań. Ale los nasunął mu Jackowskiego.
— Nareszcie cię mam! Kiedyś wrócił? Chodź na kolację.
— Dziś wróciłem i właśnie jadłem obiad.
— Co to za gałgany ci z „Dzwonka“! Tydzień temu zamieścili wiadomość o waszym powrocie. Obiecują cały cykl wrażeń i kronik. Ja ich dopiero zetnę! Masz notatki, dasz mi co do jutrzejszego numeru?
— Drukowałeś, com ci przysyłał?
— A jakże.
— A zapłaciłeś księdzu, jakem polecił?
— Jeszcze nie. Nie chciało mi się w głowie pomieścić, że chcesz teraz zapłaty. Nie omówiliśmy warunków, a ten twój ksiądz raz się zgłosił, a potem wcale się nie pokazał.
— Chcę teraz zapłaty, bo są bardziej potrzebujący od ciebie i twego wydawcy.
Jackowski ostygł w zapale.
— Ano, to ja się porozumiem z wydawcą i uregulujemy rachunek. W każdym razie pamiętaj o nas!
I pożegnał go. Niemirycz, pomyślał, że z tej strony zabezpieczył się od zajęcia na czas dłuższy. Księdza już zastał. Tak nań niespokojnie czekał, że nawet nie zaczął odmawiać brewiarza, a taką miał radość w twarzy, że Niemiryczowi serce zabiło, i tak się uściskali, jak ojciec z synem. Potem popatrzyli sobie w oczy, aż w dusze, i zaszkliły się łzami powieki.
— Ksiądz zdrów?
— Nigdym jeszcze nie chorował. To bajki, co plotą o zarazach.
— Jakże interesa?
— Dzięki Bogu, zima minęła. Twoja hrabina zacna niewiasta, co miesiąc po mnie przysyłała. Karetą mnie wozili, aż mi wstyd było! I dawała regularnie sto rubli. A jak była zagranicą, to z kasy przynosili. No, a ci twoi dziennikarze to mi powiedzieli, że jeśliś to na biednych przeznaczył, to oni sami dadzą. Tam jest jakiś najwyższy z czarną brodą. Wydał mi się podobny do Kaifasza, takie miał śliskie, zimne oczy. Zląkłem się go i nie poszedłem więcej. Wszystko było zgodnie, tylko z tą jakąś księżną, co to wtedy o tym jakimś obrazie mi mówiła, pamiętasz? to znowu było nieporozumienie. Spotkałem ją kiedyś u hrabiny, pyta jak zdrowie, odpowiadam, że był ciężki tyfus, a teraz ospa się wdała. A ona się obraziła, że żartuję, że ona o moje zdrowie pyta, a ja jej bez sensu odpowiadam. Był sens, prawdę mówiłem, ale o tych biedakach. To jakaś niespokojna kobieta. No i wyobraź sobie, jakem się wystraszył: wzywają mnie raz do konsystorza. Przetrzęsłem sumienie, do bardzo ciężkich przewinień się nie poczuwam — idę. Tam tacy mądrzy i poważni kanonicy zasiadają, że odrazu byłem skruszony i pewny, że coś bardzo złego zrobiłem. Jeden mnie wziął na spytki. W takiej łaźni byłem, jakiej od seminarjum nie zaznałem. No, i pokazało się, żem niejedno i z liturgji i z prawa kanonicznego zapomniał, i takem się splątał, że wreszcie powiadam: „Już mnie gdzie chcecie na pokutę ześlijcie, bo szczerze przyznaję, że i katechizmu na pamięć nie umiem“. Bardzo mam tępą i ciasną głowę. Już na wszelką karę byłem gotów, tylkom myślał, co się stanie z rodziną tego pobytowego! On w Siedlcach, żona i dwoje dzieci w ospie. Mówię ci, tylkom tak w duszy krzyczał do Pana, żeby do nich szedł, jeśli mnie wprost na jaką pokutę poślą. Aż ty kanonik mi powiada: „To ksiądz sam musi wyznać, że się zupełnie w obowiązkach zaniedbał, a ksiądz chce parafji. Czegóż ksiądz tam uczyć będzie, kiedy katechizmu zapomniał?“ Zaczął mnie gromić i nakazywać poprawę, kazał czytać i uczyć się na nowo. Odżyłem, że na tem się skończyło. Już nawet nic nie spytałem, kto to powiedział, że chcę parafji, i tylko myślę, że to może hrabinie sprzykrzyło się dawać te sto rubli.
— No i cóż? Czytał ksiądz, przypominał nauki?
— A jakże. Pożyczyli mi księża dzieł różnych — czytam, kuję na pamięć, ale może, da Bóg, zapomną o mnie, nie będą znowu egzaminować, bo nic mi do głowy nie wchodzi.
Popatrzał znowu na niego z rozrzewnieniem.
— Tak mi wesoło, żeś wrócił.
Tu sobie coś przypomniał zaczął szukać brewiarza.
— Widzisz, gadam o swojem, a nie spełniam obietnicy. Tu kiedyś zimą, u ciebie, miałem wizytę. Przyszła panienka, taka ładna, taka śliczna, żem się napatrzyć nie mógł.
— Do mnie? Ładna panienka? To niemożliwe!
— Jakto! Przecie wiem kto ona — twoja siostra.
— Moja siostra? Ach, może być, przyrodnia! Ależ ona wcale nie ładna — i kaleka.
— Kaleka? Nie uważałem. Patrzałem jej w oczy. Ona bardzo ładna i bardzo nasza. Opowiedziała mi, że zostało was dwoje z rodziny. Była w żałobie po ojcu i bracie. Pisała do ciebie i wzywała urzędowo, boś jej bardzo potrzebny. Jakżeś ty mógł jej nie odpisać.
— Cóż mam odpisywać? Nie chce tego dziedzictwa. Niech przy niem zostanie.
— Ona mi wszystko opowiedziała. Ojciec cię skrzywdził, lecz podobno na łożu śmierci błąd uznał i polecił jej powtórzyć ci skruchę. Brat, umierając, zostawił dla ciebie list. Ona cię prosi, żebyś tam przyjechał.
— Nie chcę. To nie moje dobro, ani majątek. Ja nie potrzebuję. Posłałem jej potrzebne dokumenty i zupełne zrzeczenie się moje.
— Ona to otrzymała, ale odwiozła i oddała mi. I ten list też dała. A ja jej obiecałem, że ręczę za ciebie, że przyjedziesz, będziesz jej bratem, dasz serce i opiekę. Nie możesz odmówić, gdy cię o dobro proszą. Ot, masz te papiery... A kiedy pojedziesz? Żeby jak najprędzej.
— O, co to, to bezwarunkowo nie prędko. Mam tu nawał roboty urzędowej.
— No, to zaraz odpisz. Ot, ja brewiarz odmówię, a ty jej list odczytaj i odpisz. To taka śliczna panienka.
— Ile też ona dała dla tej księdza trzódki? — zaśmiał się przekornie.
— Dała, ile mogła. A obiecała, że jak się z tobą porozumie, to określicie stały podatek z waszej ziemi.
— Nie głupia, wcale nie głupia: — śmiał się Niemirycz. — Teraz mi ksiądz nie da spokoju. Uważa to już ksiądz za swoją sukcesję! A kto mi to szuflady i szafy powypróżniał?
Ksiądz przypadł na swe zwykłe miejsce, rozłożył brewiarz i począł mruczeć po łacinie, jakby nie dosłyszał ostatniej apostrofy.
Niemirycz odczytał list Jadzi.
— Najukochańszy, jedyny mój Romku!
Nie chcę wierzyć, żebyś chciał i zdołał mnie tak odtrącić, boś dobry i sprawiedliwy, a już tylko Ciebie jednego mam. Michaś w przeddzień śmierci napisał do Ciebie i cieszył mnie, że sama nie zostanę, boś Ty nasz. I ja tak czuję, po krótkiem widzeniu w Warszawie, że się zrozumiemy i zgodnie przejdziemy życie. Tak Cię czuję moim i własnym, tak Cię oczekuję. Nie pisz mi nic więcej, tylko kiedy przyjedziesz!... Ojciec się wszystkiem zajmował, i tak nagle na mnie wszystko spadło... Czuję, że nie podołam bez Ciebie. Michaś wciąż powtarzał: „Nie bój się, Roman cię tak nie zostawi, będziesz pod jego opieką bezpieczna“. Ale mnie bardzo ciężko i smutno bez Ciebie, więc oderwij się do mnie choć na czas krótki.
Plenipotencję Twoją zatrzymałam, bo do spraw spadkowych potrzebna, a ten drugi brzydki dokument oddaję. Nie rań mnie. Jam, Twoja siostra, Jadzia, ja mogę i chcę tu być tylko przy Tobie. A to, co mamy, ta ziemia, nietylko nasza, ale jeszcze czyjaś... Ty wiesz, Ty to tak samo, jak ja, czujesz.

Przyjeżdżaj, Romku! Żyję tylko oczekiwaniem otuchą, że mnie nie opuścisz. .
Twoja Jadzia“

Coś nieznanego, zupełnie nowego przemówiło z tego listu do Niemirycza. Jakiś prąd nim wstrząsnął. Nie paliło to wołanie szałem miłosnym, nie wzywało w świat zaczarowany marzeń, porywów, rozkoszy. W tem „przyjdź“ było „wróć“ w tem „twojam“ była nie obietnica, lub oddanie obcej na własność, był spokój prawa i własności, które trwa i trwać będzie do zgonu — prawo braterstwa, ciche, spokojne, ciepłe jak ognisko. Nie filozofował, nie rezonował. Sięgnął po arkusz papieru i pod pierwszem wrażeniem napisał:
„Droga siostrzyczko, na takie wezwanie odmówić ani chcę, ani mogę. Pośpieszyłbym do Ciebie natychmiast, ale obowiązki służbowe mnie tu trzymają. Skorzystam z pierwszej wolnej chwili, żeby do Ciebie przyjechać, w miarę możności dopomóc Ci i upewnić, że możesz na mnie, jak na brata, liczyć.

Twój Roman“.

Ksiądz z pod oka ruchy jego śledził, uśmiechnął się i znowu mruczał pacierze.
Niemirycz zajrzał do szuflady biurka, zapatrzył się w fotografję Willi, w zeschły kwiat, kupkę listów chusteczkę koronkową, zwykłe resztki takiego stosunku, skarby niedawno, a już tylko pamiątki... grobowe kwiecie. Podniósł oczy na księdza, a widząc, że już się nie modli, a myślą jest w swoich abstrakcyjnych światach, rzekł:
— A tę kobietę już straciłem.
— Opuściłeś ją? — niespokojnie spytał ksiądz.
— Nie, odeszła ode mnie... do męża i do dziecka.
— Słuszne i przyrodzone. Gdybyś ją opuścił, źlebyś uczynił: słabszego nie godzi się po drodze zostawiać, choćby ciężył. Musiałeś cierpieć, ale widzę, żeś bez winy, boś spokojny. To rany, co się zagoją, bo są cielesne, a w tobie duch góruje.
— Blizna przecie zostanie — szepnął Niemirycz — i zostanie jakby zbiedzenie ducha. Ha, co robić? Musiało to przejść i musiało minąć.
Zebrał te szczątki, złożył do małej skrzyneczki i zapieczętował.
— Rzucę to kiedyś w morze — szepnął. — Niech gdzieś zapłynie, jak ta palma. Proroczą była kiedyś ta poezja o chmurze i skale!...
Nazajutrz przyszedł hrabia Andrzej do biura. Miał jeszcze na twarzy złotawy odcień swobodnych morskich podmuchów, jeszcze światłość słońc w oczach, ale już był ubrany szablonowo, według ostatniej mody, ostrzyżony, ogolony, już nabierał pozoru eleganckiego panicza i bogacza.
Uścisnęli się po dawnemu serdeczne i hrabia rzekł szczerze:
— Wiesz, zupełnie jest inaczej, niż się spodziewałem. Przyjęli mnie jednym hymnem zachwytu, słuchają mnie bez cienia krytyki, nikt nie jest urażony, ani zgorszony — zasypują serdecznościami.
— No, więc świetnie się zapowiada?
— Pewnie, ale kiedy to będzie! Powiedziałem ojcu, że proszę o pracę. Bardzo się ucieszył, ucałował, obiecał, tylko prosił, abym wszedł w towarzystwo, stanął już w roli skończonego człowieka, złożył obowiązkowe wizyty, pomógł mu w reprezentacji, a zarazem zapoznał się z wybitnymi członkami naszej sfery, z którymi będę potem pracował. No, i wiesz ty, jak długo takie życie trwać będzie? Pewnie do sierpnia, do ślubu Bichety.
— No, to jeszcze nie koniec świata. Ja tu powoli nasze plany uporządkuję, rozłożę na niewielkie dawki. Będziemy je powoli przepychać. Tych reform na życie wystarczy. Ja będę je gotowe podawał, hrabia przy okazji u ojca — poprze — byle zacząć!
— Racja, z taką twoją pomocą mogę i im dogodzić i nie przeniewierzyć się zasadom. Więc wybierz którą z palących kwestyj, streść mi ją, przyślij w kopercie do mego mieszkania. Bo wiesz, dostałem cały apartament. Ale, co ci powiem! Byłem wściekły na ciebie. Pocoś pokazał stryjowi naszą grupę? Co ja zniosłem drwin i konceptów... Radbym się był pod ziemię schować! Czy to dla tych mumij?
Niemirycz popatrzał na niego poważnie.
— Hrabio, — przygotujcie się na gorsze dowcipy i koncepty z naszych zamiarów i idei. Drwina i ośmieszenie, to broń straszna! Broń mas na jednostki, które chcą być inne od tłumu. Broń ograniczenia na wielkość, broń zacofania na postęp. Człowiek, gdy się boi śmieszności, odrazu niech nie idzie w bój z światem.
— Ale można przecie nie narażać się na śmieszność.
— Milcząc i patrząc tylko. Ale w takim razie czynu nie będzie.
— Trzeba nie być samotnym. Trzeba znaleźć sprzymierzeńców. Nie myśl, abym już nie działał. Poznaję ludzi mojej sfery, staram się ich ożywić, zająć. Mój przyszły szwagier, naprzykład, bardzo dobry finansista, chcę sobie zjednać Adama, szaloną ma popularność, Tomek świetną ma swadę. Ty przygotuj kwestje, tylko treściwie i jasno, ja przygotuję ludzi. No, a tymczasem do widzenia. Mam być na śniadaniu u Tarły, a wieczorem na wyścigach.
Jakieś niejasne niezadowolenie miał Niemirycz z tej rozmowy, ale to po chwili przeszło, gdy się zajął pracą. Po południu odwiedził go główny plenipotent ze wsi.
— No, nareszcie doczekałem się pana! — zawołał, sapiąc jak typowy wieśniak, po przebyciu paru pięter. — Można będzie już ostro się wziąć do regulacji tych serwitutów. Ot, panie, tobół! I to tylko jeden klucz!
I położył na biurku tekę tak pękatą, że mogła służyć za poduszkę.
— Czy to już było u hrabiego.
— Było. Dopiero co miałem audjencję. Kazał to tu przynieść i czekać na siebie.
Niemirycz odsunął inną robotę. Wziął się do przeglądania zawartości teki. Plany, inwentarze, akta sądowe, projekty umów, rachunki... Mimowoli za głowę się złapał:
— A toć to będzie na miesiące roboty! — stęknął.
— A będzie — odparł spokojnie plenipotent. — A ja już to dziesięć lat przygotowuję. Ot, osiwiałem, zanim doprowadziłem chłopów do możliwych żądań. Chcieli zpoczątku tyle, że nie wystarczało ordynacji. Mam obiecane za tę sprawę dziesięć tysięcy wynagrodzenia, alem je też sumiennie zapracował. Niech pan się nie boi roboty, ja panu dopomogę ostro, bo mi te pieniądze potrzebne na posag dla córki. Takiego towaru bez pieniędzy ani zbyć.
Zaśmiał się sam z swego dowcipu, a w duchu pomyślał, że dobrze będzie ściągnąć i poznać bliżej tego faworyta młodego hrabiego i kawalera. Zaczęli we dwóch wertować dokumenty i tak ich zastał ordynat. Był jeszcze bardziej niż zwykle uprzejmy, serdeczny i swobodny.
— Jakto! Od Andrzeja się dowiaduję, że pan już jest i odrazu na stanowisku. Po swojemu! Czy to ładnie nie przyjść się przywitać? A może tak pan shardział od czasu, gdy jest nietylko „natus“, ale i „posesionatus“. Winszuję i żałuję, żem nie znał tych stosunków. Skończylibyśmy spór tutaj na biurku. A no, już widzę, że panowie czasu nie tracą. Dziękuję. Ogromnie mi ta sprawa leży na sercu i na kieszeni. Zwalniam pana od wszelkiej innej pracy; niech zastępca pana tu zostanie i tymczasowy bieg rzeczy załatwia, a panu to polecam bardzo, ale to bardzo! Jak pan myśli, kiedy to może być ukończone?
— Ja ręczę, że do jesieni wszystkie gminy podpiszą — odpowiedział plenipotent. — Ja znam pracę pana Niemirycza. Bylebym jego pomoc miał, piorunem pójdzie, panie hrabio.
— No, i ja wiem, że pan Niemirycz, nie przegrywa, nie mitręży i jest moim przyjacielem. Kiedyż pan może wyjechać?
— Ja, panie hrabio, słucham rozporządzenia. Jeśli pan hrabia życzy sobie, żebym pracował tam, a nie tu, mogę wyjechać choćby dziś — odpowiedział spokojnie, tylko jakby smutno. Zrozumiał cały plan. Usuwano go z myślą, aby osamotnić hrabiego Andrzeja, zerwać wszelki wpływ i oddziaływanie. Czyniono to arystokratycznie, delikatnie, z całem wyrobieniem sfery, nawykłej do dyplomacji i wyszukanych form.
Hrabia, pod krótkiem spojrzeniem jego, jakby się zmieszał, ale tylko na jedno mgnienie myśli.
— Nie zapomnę panu nigdy wszystkich doznanych dowodów szlachetności i delikatności uczuć. Ile w mej mocy, postaram się odwdzięczyć czynem, tymczasem dzięki za taką gorliwość i ufam, że sprawę złożyłem w dobre ręce obu panów. Zdecydujcie już sami o szczegółach, ja na jedno nacisk kładę, na pośpiech. Żegnam panów.
Uścisnął obu dłonie i wyszedł.
— Ja ręczę, że pan parę tysięcy dostanie. No, więc jakże, kiedy jedziemy? — zapytał plenipotent.
— Wszystko mi jedno — odparł chmurno Niemirycz.
— Ja mam trochę sprawunków dla moich kobiet, ale jutro wieczorem jużem gotów.
— Jam gotów i w tej chwili.
— Oho, widzę, że będziemy się nawzajem napędzali — zacierał ręce plenipotent. — No, to już lecę! Papiery zostawiam.
Niemirycz, po jego wyjściu, zebrał razem dokumenty i kazał woźnemu odnieść do swego mieszkania, a sam się przewałęsał po mieście, czując wstręt do pracy, do myśli, do czegokolwiekbądź.
Nazajutrz przyniesiono mu z kasy pensję za cały czas podróży z hrabią Andrzejem, plus grubą sumę na djety i rozchody w sprawie serwitutów. Zapłacono mu po królewsku. Miał ochotę zwrócić to złoto, ale pomyślał o uciesze księdza i zostawił. A ksiądz przyszedł na pożegnanie, ale, wbrew spodziewaniu, nie bardzo się datkiem ucieszył. Wyglądał jakiś zamyślony, nieswój.
— Coś księdza złego spotkało?
— Nie, tylko czuję coś w tobie. Masz takie niejasne oczy, takeś bez radości dał te pieniądze. Może ci ich szkoda? Ale ja może nie rozumiem?
— Prawda, niemiłe mi te pieniądze. Chciałem za ten rok innej zapłaty, spodziewałem się innych rezultatów, myślałem, że pociągnę w inny świat, do ideałów, hrabiego Andrzeja. Dostałem pieniądze i usunięcie jako szkodliwy. Żal mi, jestem jakiś obolały, osłabły. Czyż oni już więcej nic nie mają i nie dadzą, tylko pieniądze? Czyż, jak wszystko dawne na świecie, idą w ogólną ruinę bogów i olbrzymów, w zmierzch i noc zniszczenia? Człowiek ciągle szuka jakiegoś stałego głazu, a do czego się dotknie, wszystko się wali!
— To cię gryzie? No, to chwała Bogu! Bałem się, że sumienie, a to tylko bujna młodość. Co nam robaczkom drugich sądzić, uczyć i krytykować! Byle samemu nigdy Pana Jezusa z oczu nie spuścić, to On już nas doprowadzi do końca, a jak uzna, żeśmy już bardzo zmęczeni, to się odwróci, skinie, a dusza się z łachmana otrząśnie i pójdzie wolna. Młody to bardzo życie czuje i ziemię, jak świeża glina, ale ty się nie zabłąkasz. Zobaczysz, potem ci coraz lżej będzie! To nic, byle cię sumienie nie gryzło. Oj, byle człowiek siebie dopilnował, dosyć mu, bardzo dosyć!
Dzwonek się ozwał. Niemirycz otworzył, w progu stał plenipotent Bratkowski.
— Pora nam, panie łaskawy.
— Jużem gotów — odparł Niemirycz raźniejszym głosem.
Ksiądz go jak syna za szyję objął i ucałował.
— Moje dziecko, a do siostrzyczki prędko zajrzyj. Ja jej dałem słowo za ciebie.
— Dobrze, dobrze! Dziękuję księdzu.
— A zaco, zaco? Jedź zdrów i wracaj spokojny. Ja tu zostanę, pacierze dokończę.
Gdy wyszli i stróż wyniósł kuferek, ujrzał Niemirycz dorożkę, wyładowaną tobołkami.
— To wszystko pana? — zdumiał.
— A moje niby, a naprawdę babskie. Co to, panie, cztery kobiety w domu, to bagatela. To, panie, wrogowi zakazać!
— Pocóż się pan żenił? — uśmiechnął się Niemirycz, gdy z trudem się umieścili i ruszyli.
— Albo ja wiem? Ot, coś przyszło, a zresztą taki świata porządek.
— A dużą pan ma rodzinę?
— Pięcioro. Chłopcy w szkołach, córki w domu. To, panie, ciężkie roboty — kalectwo!
— No, dobrowolne!
— Co robić, jak Pan Bóg daje? — stęknął z całą wiarą w ten utarty frazes Bratkowski.
— Biedny Pan Bóg! — mruknął Niemirycz.
— Co pan mówi?
— Pytam, kiedy dojedziemy?
— Jutro na południe. Telegrafowałem. Czekają nas kobiety z obiadem, a pewnie dobrze wystąpią dla takiego gościa.
Niemirycz milczał, zapalił papierosa i pomyślał, że skorzysta z pierwszej urzędowej zwłoki, żeby pojechać do Niemirowa.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.