Resurrecturis (Niewiadomska)/O szkołę polską

<<< Dane tekstu >>>
Autor Cecylia Niewiadomska
Tytuł Resurrecturis
Pochodzenie Legendy, podania i obrazki historyczne
Data wydania 1921
Wydawnictwo Gebethner i Wolff
Druk F. Wyszyński i S-ka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Pobierz jako: Pobierz jako ePub Pobierz jako PDF Pobierz jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
O szkołę polską.

Straszliwa, czarna plama w dziejach naszych — to szkoła rosyjska; dawała uczniom tylko nieprawość i kłamstwo. Wielcy poeci malowali jej obrazy, jako obrazy piekła.
„Ujrzeli obóz cały małych dzieciątek i pacholąt — opowiada Słowacki — a we środku gromadki siedział pop na tatarskim koniu, mający u siodła dwa kosze z chlebem. I zaczął owe dzieciątka nauczać podług nowej wiary ruskiej i podług nowego katechizmu. I pytał dzieci o rzeczy niegodne, a pacholęta odpowiadały mu, przymilając się, albowiem miał u siodła kosze z chlebem i mógł je nakarmić, a były głodne“.
Szkoła rosyjska dawała chleb, była jedyną drogą do nauki, do fachu. Jedyna droga!
Zygmunt Krasiński maluje ją w sposób podobny:
„A pod każdą z szubienic klęczały chłopięta, po bokach siedzieli prawnicy i biegli w piśmie, ucząc je, jak mają imię naddziadów przeklinać. Dzieci owe przekleństwa szemrzącym powtarzały chórem, a gdy które ucichło z niemocy lub zapłakało ze wstrętu, przystępowali nauczyciele z biczem w ręku, a ono, zasłaniając się rączętami, ciągnęło dalej“.
Słowacki maluje pokusę chleba, Krasiński srogość kary i obawę, obaj przewrotność gnębicieli. Ohydny warsztat do torturowania polskich dusz dziecięcych, zatruwanie ich fałszem. Wielką okazała się siła narodu, że w takiej szkole nie zatracił ducha, nie spodlał.
I oto młodzież zrywa nagle pęta. Ona zrobi uczciwą, polską rewolucję.
Miesiąc luty, rok 1905, dzień mroźny i pogodny. Południe. Na ulicach Warszawy widok bardzo dziwny: jeszcze takiego nie było.
Nie środkiem, lecz po chodnikach, Nowym Światem, Alejami, Marszałkowską, idą w porządku, spokojnie, z tryumfem, niezliczone szeregi uczniów. Wszędzie są, idą w tę i w tamtą stronę, z wyrazem zadowolenia i dumy, przechadzają się swobodnie i śmiało, choć to godziny lekcyj, przedpołudniowe godziny.
A dzień jasny i słońce świeci, zdaje się dobrotliwie spoglądać z wysoka na ich młodzieńcze twarze.
Co to znaczy?
To młodzież polska pod przewodnictwem uniwersytetu opuściła szkołę rosyjską, aby nie powrócić do niej.
Nie powróci. To już skończone na zawsze.
Jest dumna i szczęśliwa z tego czynu. Nie będzie słuchać więcej kłamstw nauczycieli, nie lęka się wizyty inspektora-szpiega, będzie mówić po polsku i nic jej nikt nie zrobi.
Co za rozkoszne uczucie swobody!
Rodzice patrzą na to z niepokojem. Co teraz będzie?
Dzieci mają słuszność, och, zupełną słuszność, ale jakże zrobić z nauką? Przecież nie można tych wszystkich tysięcy zostawić tak, bez szkoły, aż tam się coś stanie... A co począć?
Zbierają się rodzice i nauczyciele, kierownicy narodu, przedstawiciele partyj, wszyscy radzą, co począć.
Hasło dla wszystkich: szkoła polska! szkoła narodowa! ale jej niema i czy prędko będzie?
A młodzież nie ma czasu do stracenia, tembardziej teraz, gdy nowe nadzieje, gdy przyszłość otwiera się przed nią. Młodzież to naród. Przygotowana być musi do pracy, do wielkiej pracy, jaka czeka na nią. A jakże przygotuje się bez szkoły? Tysięcy nie ogarnie prywatna nauka, sił nie ma.
Komplety podług klas urządzono w najkrótszym czasie, po kilku, kilkunastu uczni, za biedniejszych płacą bogatsi, uczą nauczyciele Polacy, ale to nie wystarczyło dla wszystkich. Niema miejsca, nauczycieli, brak pieniędzy.
Zrozpaczeni rodzice, właśnie ci najbiedniejsi, dla których czas najdroższy, bo o wszystko trudno, zapytują nieśmiało, czyby nie wrócić do szkoły. Można nią pogardzać, ale tymczasem — — póki — —
Nigdy! nigdy! Młodzież stanęła oporem, — żaden nie wróci nigdy. To skończone. Gdyby się znalazł taki, nikt go więcej nie zna, żaden z kolegów ręki mu nie poda, potępiony na całe życie!
Niema szkoły rosyjskiej, przestała istnieć dla nas. Więc trzeba zdobyć polską.
Walka rozpoczęta, ale jaka trudna! Za polskie pieniądze i dla polskich dzieci niewolno szkoły polskiej otworzyć. Niewolno.
Manifest obiecywał piękne rzeczy: prawa narodowe, język polski w szkole, w urzędach, a tymczasem — we własnym kraju, za własne pieniądze niewolno uczyć po polsku.
I niedość na tem: bronią nauki w kompletach, grożą karą pieniężną, policja wchodzi do mieszkań prywatnych.
Wszystko jedno, wytrwamy. Kraj bez szkoły zostać nie może, czekajmy. Trzeba tylko wytrwania, męstwa, cierpliwości.

Zwyciężyli! Jest szkoła, pierwsza szkoła polska w Warszawie. Jaka szkoda, że wszystkich pomieścić nie może! Ale jest. Będzie druga i dziesiąta, początek najważniejszy. Jest szkoła Mazowiecka. Co za czapki! Kepi księcia Józefa i konfederatka i barwy narodowe, cały zapał maluje się w tej czapce. Pierwsza czapka szkolna nie podług moskiewskiego wzoru. To też wzrusza naiwnością i przesadą.
Jest szkoła, polska szkoła, to już dobrze. Tylko że bardzo droga i nie daje uczniowi matury.
Ha, i na to trzeba poradzić! Musimy. Większość uczniów wpisu opłacać nie może, jest biedna, — więc tworzy się opieka rodzicielska, która musi zdobyć pieniądze, żeby szkoła miała z czego płacić nauczycieli.
Szkoła polska nie może dać matury, trzeba składać egzamin rządowy, a przy nim obetną każdego. Musimy jednak zdobyć i maturę, bo inaczej młodzież polska nie miałaby dostępu do uniwersytetu. I radzą sobie jakoś. Temu się udał egzamin rządowy w Warszawie, bo doskonale był przygotowany, — inny pojechał zdawać go do Rygi, Kijowa, Moskwy nawet, bo tam nauczyciele bezstronniejsi, — a jeszcze inny jedzie za granicę.
Byle szkoła była, poradzimy sobie.

A uniwersytet? Jakże on wygląda, jeśli polscy uczniowie nie mają do niego dostępu?
Bardzo pięknie wygląda, bo w nim prawie sami Rosjanie. Rosjanie-popowicze, których niechętnie widzą w rosyjskich uniwersytetach, tu dostają nasze stypendia, za polskie pieniądze się kształcą.
Tak wygląda po manifeście, obiecującym prawa narodowe, polski uniwersytet w Warszawie.

Ale szkoła średnia i uniwersytet to niewszystko, najważniejsza szkoła powszechna, ludowa, jakże tam z polskim językiem?
Nauczyciel ludowy postąpił odważnie: w szkole początkowej uczyć zaczęto po polsku. Nie może być inaczej, to jest polska szkoła.
Cześć ci, nauczycielu ludowy, żeś zrozumiał swój obowiązek.
Oprócz tego powstała Macierz Szkolna. Ma ona przedewszystkiem podnieść oświatę ludu, tak strasznie zaniedbaną, a nawet tłumioną. Należy ziemię polską pokryć siecią szkółek, cały naród wezwać do tej wielkiej pracy.
I stanął cały naród: księża, obywatele, lud, mieszczanie, wszyscy. Zobaczmy, co zdobiono w ciągu roku.
W lipcu 1907 roku pierwsze roczne zebranie sprawozdawcze. Wielka sala Filharmonji przepełniona. Obok inteligencji siedzą chłopi w swoich sukmanach, księża, mieszczanie z prowincjonalnych miasteczek. Na estradzie ustawiono długie stoły, leżą na nich stosy papierów, obok poważni ludzie, starzy, młodzi, kobiety.
Przedstawiciele różnych kółek przemawiają i każdy zdaje sprawę, co zrobiono w jego okręgu miasteczku, okolicy. Bo sieć kółek Macierzy pokryła kraj cały i wszędzie zakładają szkoły, szkółki, bursy czytelnie, domy ludowe, kursy dla dorosłych, biura porady, jak praw swoich bronić i t. d. i t. p.
Jeden mówi pięknie, słowami poetów, a po nim prostak w słowach wzruszających opowiada dzieje jednej szkółki wiejskiej. Tak jej pragnęli dawno, teraz ją stworzyli i utrzymują własnymi siłami; mają nauczyciela z polskiem sercem i polską duszą, więc szanują go wszyscy i dobrze im razem. Przychodzą dzieci z okolicznych wiosek, rodzice płacą składkę, byle się uczyły. Budynku niema, ale go postawią: jest ziemia, zdobyli cegłę, pracy nie pożałują, to i stanie szkoła na zimę.
Noc zapadła i sprawozdania nie skończone, bo tych kółek już setki, chociaż praca dopiero się przecież zbudziła, trwa rok jeden. Czegóż możemy spodziewać się dalej? Kraj wielkim krokiem dąży do oświaty, i ciemnota wnet zniknie, jak noc przed porankiem. Taki naród nie zginie, przyszłość przed nim jasna.

„Ten tylko bowiem lud upada w cienie,
Który sam sobie nie dochował wiary“ —

słusznie mówi wielka poetka. A my?

Praca Macierzy piękną jest, bogatą, to posiew, co zapowiada plon złoty, ale wymaga ziarna, potrzebuje wiele pieniędzy. To też 3-go maja urządzono kwestę na szkoły.
Kwesta majowa wszędzie, ale naturalnie, że głównem ogniskiem Warszawa. Ta Warszawa, gdzie dotąd za rzucony kwiatek w Botanicznym ogrodzie na szczątki kapliczki aresztowano sprawcę takiej zbrodni, wywożono w głąb Rosji. A dziś — wenty w sklepach, na ulicach stoliki, młodzież roznosi znaczki i zbiera pieniądze, szyby sklepów wyklejone temi dowodami gorącej ofiarności, zrozumienia wielkiej potrzeby. To też rezultat naprawdę wspaniały: zebrano około pół miljona rubli. Będzie za co pracować.
Lecz i wróg to zrozumiał. To też w tym samym ku ukaz carski „miłościwie“ rozwiązuje Macierz Szkolną. Oskarżono ją, że „grozi spolszczeniem Królestwa!“
Po uznaniu praw narodu — taki zarzut.
Niewolno dążyć do oświaty, — niewolno być Polakiem.
Cios był okrutny. Pozbawione opieki szkółki upadały, starano się je niszczyć.
Niszczyć Moskal umie. Ale naród powtarzał z wiarą:

„Żadna grudka ziemi, którą ocean skrzydłami srebrnemi lotnych fal swoich od brzegu odbije, nie ginie marnie; żadne piasku ziarno, lecące w otchłań straszliwą i czarną, gdzie miljon cudów i przerażeń żyje, nie jest straconem. Żadna kropla rosy, co rankiem pada na łąki i wrzosy, nie traci bytu, choć taje mdlejąca od pocałunków płomiennego słońca...“
(M. Konopnicka).
Więc czyż mogłyby zmarnieć męki i praca narodu?



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Cecylia Niewiadomska.