Samobójca (Zieliński)/IV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Gustaw Zieliński
Tytuł Poezye Gustawa Zielińskiego
Data wydania 1901
Wydawnictwo Własność i wydanie rodziny
Drukarz S. Buszczyński, Toruń
Miejsce wyd. Toruń
Źródło skany na commons, t. II
Inne Cały tekst „Samobójcy“
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst „Samobójcy“ jako ePub Pobierz Cały tekst „Samobójcy“ jako PDF Pobierz Cały tekst „Samobójcy“ jako MOBI
Cały tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały tom II jako ePub Pobierz Cały tom II jako PDF Pobierz Cały tom II jako MOBI
Indeks stron

IV.



1.
Dawno jak słońce zaszło, i pogasły zorza.
Księżyc błądząc samotny, jak okręt śród morza,
Wypływał na błękitu iskrzące się fale,
I odbijał twarz bladą w cichych wód krysztale.
Ucichła wrzawa ludzi, — zmilkły ptasząt pienia,
Tylko słychać w dolinie mruczenie strumienia,
Tylko słychać szmer liści, gdy w nie zefir trąci,
I gałązkę, gdy spadnie i źródło zamąci.
Śród skał, na których czole kilka jodeł rośnie,
Gdzie księżyc śród gałęzi wciska się ukośnie,
Gdzie pośród niepłodnego natury manowca,
Rzadko zabłądzi droga Strzelca lub wędrowca,
Błysnął płomień, — huk strzału odbił się o skały,
Echa go, dwakroć sobie wzięły i oddały;
Nastąpił jęk skonania — okropny, niemiły,
Echa go powtarzając straszniejszym zrobiły.
Umilkło — tylko w dali nocną mąci ciszę
Zdrój w dolinie i wietrzyk, co listkiem kołysze.


2.
Błysł poranek, chór ptasząt pierwsze wzniósł odgłosy,
Wstało słońce i w kroplach przegląda się rosy;
Każda kropla błyszcząca, tysiącem farb świeci,
Nim w słonecznym promieniu do niebios uleci.
Każdy kwiat tchnie balsamem z wonnego kielicha,
Ziemia się do kochanka — do słońca uśmiecha.
Nie każdy się tym cudnym pocieszał widokiem,
Jeden go czuć nie umiał — przed innego wzrokiem
Znikł na długo — na wieki... Ach spojrzyj w dolinę
Gdzie wystrzał wybił życia ostatnią godzinę,
Gdzie trafem czy umyślnie zebrał się tłum ludzi
Nad tym, co się już nigdy dla świata nie zbudzi. —

3.
Nad brzegami strumienia w skrwawionej odzieży
Nieznanego młodzieńca martwe ciało leży;
Luby wiek, który pierwsze ideały marzy,
Już zaledwie rozpoznać można z szczątków twarzy —
Wystrzał zgruchotał szczękę i wysadził oko,
Rozbił czaszkę, krew z mózgiem rozrzucił szeroko;
Lecz w zeszpeconem licu widać zgrozy piętno,
I ten uśmiech rozpaczy; — który myśl namiętną
Na własne dni skierował — i to przeświadczenie,
Że go już żadne ziemi nie dotknie cierpienie.
Słońce z za gór zwiedzając dziką okolicę,
Spotkało wpół otwartą zmarłego źrenicę;
Próżno słońce blask złoty w jej błękit rzuciło, —
Padł promień — zgasłe oko już go nie odbiło. —


4.
Przy zmarłym leżał papier w połowie krwią zlany,
Nieznajomym językiem dla tłumu pisany;
Obok, obraz kobiety, w której boskie lica
Patrzył się raz ostatni przy blasku księżyca.
Dalej broń rozerwana, a której użycie
Świadczyło, że się targnął na własne swe życie. —

5.
Jakże dziwaczne zdania rozległy się w tłumie;
Ten przyczynę w zbłąkanym chce znaleźć rozumie;
Ów w słabości umysłu; inny w braku wiary;
Ten w zasadach fałszywych szérzonych bez kary;
Inny odmawia ziemskiej ostatniéj posługi;
Głupiém rozumowaniem lituje się drugi.
Inny znów, którym miota zabobonność wściekła
Duszę na wieczne męki posyła do piekła.
Jeden tylko uczuciom nie umiał się bronić,
Nie wahał się nad zgasłym cichej łzy uronić;
Czy znał go?... nie! on tylko umiał czuć niedolę
I on także w nieszczęścia wychował się szkole.
On, także cierpkie życia przechodził koleje,
I wiedział czem jest człowiek — gdy straci nadzieję.

6.
Tłum się rozbiegł nie czując smutku, ni wesela,
Ciekawość go skupiła — nieczułość, rozdziela;
Pozostał jeden człowiek, i ten, ręką bratnią

Nieszczęśliwemu oddał przysługę ostatnią;
Lecz kiedy garść ostatnią ziemi na grób rzucił,
Westchnął i hymn pogrzebu w tych słowach zanucił:

„Tyś się bracie zląkł podróży
Nie chciał piersią łamać burzy...
Nie śmiał trudem, pracą, znojem,
W zastęp błędów iść przebojem;
Chciałeś ciszy!... śpij w pokoju
W drzew tych cieniu, przy tym zdroju.
Tu cię ludzka złość nie trąci,
Świat, spoczynku nie zamąci...
Pokój tobie! bo nikt z ludzi
Ze snu śmierci nie obudzi;
Chyba trąba Archanioła,
Na sąd Boga cię powoła“.

„Maj ustroi kwiatem ziemię,
Nowe ludzkie wstanie plemię,
Z nową myślą, z nową siłą...
Żądza reform olśni głowy,
Zdolne burzyć to co było,
A niezdolne do budowy.
Bo dzień wielki jest daleki,
Gdy się ludzkiej wiedzy rzeki
Do idei czystej spłyną;
Tej — że ludzkość jest rodziną,
Gdy ją spoją węzłem zgody,
Wiara, światło, i swobody“.


7.
Jak z rozbicia okrętu ocalone szczątki
Tak po skonie młodzieńca zostały pamiątki:
Piosneczka i obrazek. Tak, to wszystko było,
Co go w ciernistém życiu — do życia wabiło.
To powieść jego uczuć — jego serca dzieje,
To życie, które lada marny wiatr rozwieje;
To myśli, które pierwszą nić młodości przędły,
To marzenia, co kwitły, lecz rychło uwiędły. —

8.
Gdzież są me lata dziecinne?
Moje ptaszki, moje kwiatki,
Roje uciech, sny niewinne,
Świat w objęciach czułej matki?
Bez tęsknoty dni tak wiele,
Łza i uśmiech naprzemiany;
Kochający i kochany;
Gdzież ciche moje wesele?...
Gdzież są me lata dziecinne?... —

Gdzież jesteś wieku mój młody?...
Myśli pierwsza w świat rzucona,
W świat złudzenia i przygody;
Gdzież ogień wrzącego łona?...
Wzniosłych uczuć pierwsze chwile
Cnoty, sławy i przyjaźni?
Gdzież sny mojej wyobraźni,
A z niemi nadziei tyle?
Gdzież jesteś wieku mój młody? —


Gdzież miłość i jej słodycze?...
Z fói i myrtów zwite wianki;
rozkosze tak zwodnicze?
Gdzież serce mojej kochanki?...
Pierwsza łezka, rąk ściśnienie,
I te lube niepokoje,
I to Boskie zachwycenie;
Ach! gdzież są uczucia moje?
Gdzież miłość i jej słodycze?...
Gdzież sława?...

9.
Pieśni dalej nie było, koniec był zniszczony,
Tylko jaśniej z pod krwawej przebijał zasłony
Jeden wyraz — „wygnanie“. — On zdaje się razem
Był ostatnim i pieśni i życia wyrazem.
Sława... wygnanie... życia dwie różne koleje,
Których żadna harmonija w jeden ton nie zleje.
Dwa wypadki tak sprzeczne, zbliżone w potrzebie,
Dwie myśli niebem całém odległe od siebie.
Nieznajomy to pojął, rozśmiał się z goryczą,
Widać i on przebywał tę drogę zwodniczą;
Tę drogę — która ciernie kwiatami przysłania.

10.
W niewielkim i w ozdoby ubogim obrazku,
Była postać kobiety w całym wdzięków blasku;
Na ustach błądził uśmiech i powab pieszczoty,

Na ramiona spadały kruczych włosów sploty
Na licach kwitła róża, a w całym uroku
Odbijał błękit niebios, w najpiękniejszem oku;
Ona, zdaje się była miłém snu zjawieniem,
Pierwszém uczuciem w życiu i pierwszém wrażeniem,
Osłodą i ozdobą splecionego wieńca,
Z niewielu dni szczęśliwych zgasłego młodzieńca.
Ona, była mu gwiazdą na obłędném morzu,
Jej promień mu przyświecał na życia bezdrożu,
Jej obrazem dalekie ożywiał pustynie,
Do niej wzniósł myśl ostatnią w ostatniej godzinie;
I gdy świat sobie tworzył w miłości iskierce,
Dla czego krwi kropelka padła na jej serce?...
Onaż przyczyną zguby?... nie, to być nie może:
Bóg nie mógł wad zostawić w tak cudnym utworze.
Ale pewniej, ta postać anielska kobiety,
Nie była dziełem ziemi ale snem poety,
Potrzebą duszy, pięknym życia ideałem,
Myślą wydartą niebu młodzieńczym zapałem;
On, jak drugi Pigmalion z natury powicia
Dobył piękność — ukochał — lecz nie mógł wlać życia.
I szukał własnej zguby, — tak... to trafu siła,
Krwi kroplę w chwili skonu na obraz rzuciła.

11.
To wszystko, co zostało z młodzieńca pamiątek.
Lecz dla czego wzniósł rękę na dni swoich wątek,

Czy obłąkaniem tknięty, czy siłą rozpaczy?...
Tego pewnie z śmiertelnych nikt nie wytłómaczy. —
„Być, lub nie być“[1] — rozwiązał to trudne pytanie,
Bóg i świat go potępi — a jednakże na nie
Któż z pewnością odpowie?... Czy lepiej dla człeka,
Wisieć ponad przepaścią, w której śmierć go czeka,
Patrzeć na jej okropność, trwożyć się i smucić,
I nie módz się z niej dobyć i nie śmieć w nią rzucić?
Czy lepiej? w przepaść skoczyć i skończyć cierpienie?
Tak; ależ głos wewnętrzny, to straszne sumienie,
Ta myśl wlepiona w umysł od chwili powicia,
Wstrzymuje dłoń zabójczą od własnego życia.

12.
Czas w biegu wszystko niszczy, ludzkości plemiona,
Ziemia, jak czuła matka przytula do łona;
Na grobie dawnych nowe wstają pokolenia.
Ledwo szczątki wydarte z nocy zapomnienia,
Odłamki dzikiej zbrodni, albo dzikszej sławy,
Dzieje otrząsać muszą ze rdzy i kurzawy.
Któż wspomni o młodzieńcu, który zgasł nieznany,
Daleko od stron lubych, w których był kochany?
Któż wspomni o młodzieńcu, nad którym w tę chwilę
Wiatr szumi, i potrząsa trawą na mogile?
Nikt zapewne, — on cicho przeżył młode lata,
Mało zrobił dla siebie, mniej jeszcze dla świata.
Miał myśli, te się jeszcze z obsłon nie wyprzędły,
Ledwie w pąk zawiązane, zeschły i uwiędły.
Ale nie miał tej twórczej, której skrzydłem wzbity,

Mógłby się kiedyś wynieść nad gmin pospolity.
Znikł w oceanie wieków, jak dźwięk wśród przestrzeni,
Jak kwiat dopiero w późnej kwitnący jesieni;
Nie spojrzał w piękne niebo, listków nie rozwinął
I zapachu nie wydał — i w wieczności zginął.





Przypisy

  1. To be, or not to be. — Shakespeare.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Gustaw Zieliński.