Siedem grzechów głównych (Sue, 1929)/Tom III/Nieczystość/Rozdział XXV

<<< Dane tekstu >>>
Autor Eugène Sue
Tytuł Siedem grzechów głównych
Podtytuł Powieść
Wydawca Bibljoteka Rodzinna
Data wydania 1929
Druk Drukarnia Wł. Łazarskiego
Miejsce wyd. Warszawa
Tłumacz anonimowy
Tytuł orygin. Les Sept pêchés capitaux
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tom III
Pobierz jako: Pobierz Cały tom III jako ePub Pobierz Cały tom III jako PDF Pobierz Cały tom III jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI


XXV.

Pan Paskal zajmował całą dolną część pewnego domu w nowym cyrkule św. Jerzego, wychodzącego na ulicę. Oddzielne było wejście do kasy finansisty, zostającej pod sterem człowieka posiadającego jego zaufanie, któremu pomagał młody komisant we wszelkich korespondencjach, które były liczne, ponieważ Paskal miał zawsze wiele i znakomitych interesów.
Główne wejście do jego mieszkania prowadziło przez sień do przedpokoju i dalszych pokojów; mieszkanie to urządzone bez żadnego zbytku, mogło się przecież nazwać bardzo wygodnem; jeden kamerdyner do służby wewnętrznej i piętnastoletni chłopiec do wszelkich posyłek wystarczali do usług pana Paskala, gdyż człowiek ten nie używał nawet swoich niezmiernych bogactw na wspaniały zbytek, na te rozrzutne wydatki, wspierające przemysł i pracę.
Tego poranku, około godziny pół do dziesiątej, Paskal, okryty szlafrokiem, przechadzał się ze wzruszeniem w swoim gabinecie; noc miał bardzo długą, bezsenną i gorączkową; szpieg dobrze od niego zapłacony, mając sobie poleconem od dwóch dni czuwanie nad wszystkiem, co się działo u Antoniny, przyszedł mu donieść o wizycie księcia u Prezesa. Krok ten, tak szybki i pełen znaczenia, nie pozostawiał Paskalowi żadnej wątpliwości o zniweczeniu jego zamiarów względem Antoniny; do tego ciężkiego zawodu łączyły się w jego umyśle i inne jeszcze żale; przedewszystkiem zaś doprowadziło go to niemal do wściekłości to, że musiał przyznać, iż pomimo swoich miljonów, pomimo swojej tak uporczywej woli, przymuszony był ulec niemożności. To jeszcze nie wszystko, jeśli nie czuł miłości dla Antoniny w szlachetnem znaczeniu tego wyrazu, to czuł za to jeden z tych namiętnych palących kaprysów, przemijających może, lecz nadzwyczajnie gwałtownych, dopóki trwają, dlatego też wyprowadził sobie następujące rozumowanie, cechujące okrutny jego egoizm.
— Ta dziewczyna musi być moją za jaką bądź cenę; zaślubię ją skoro potrzeba, a kiedy się nią znudzę, wtedy dwunasto — lub piętnastotysięczna pensja uwolni mnie od niej; jestem dosyć bogaty, ażeby sobie pozwolić na takie wybryki.
Wszystko to, jakkolwiek ohydne, rozważane jednak ze stanowiska dzisiejszego stanu społecznego, było bardzo możebne i prawne; właśnie więc, powtarzamy, sama ta możebność czyniła doznany zawód tak bolesnym Paskalowi.
Nadto jeszcze: uczucie jakiego doznawał dla Antoniny, będąc tylko zmysłową chucią, nie prowadziło za sobą bynajmniej, ażeby w miłości swojej pragnął posiadać jedynie tę młodą panienkę piękności dziewiczej i niewinnej, owszem, silnie także uderzyła go wyzywająca piękność Magdaleny, i w zmysłowem wyrachowaniu swojem, które podwajało jego męczarnie, Paskal przez całą noc wywoływał przed swoją rozpaloną wyobraźnię ten szczególny kontrast, jaki tworzyły te dwie zachwycające istoty.
W chwili, w której obecnie widzimy Paskala, znajdujemy go jeszcze pod wpływem tegoż samego szału.
— Przekleństwo niechaj na mnie spadnie! — mówił do siebie, przechadzając się krokiem nierównym i gorączkowym. — Poco ja widziałem tę djabelską blondynkę, z czarnemi brwiami, oczyma niebieskiemi i bladą cerą? Przez nią ta mała zaledwie rozkwitająca panienka wydaje mi się jeszcze bardziej zachwycającą. Przekleństwo na mnie! czyż te dwie postacie prześladować mnie będą wiecznie, mimo mej woli, albo raczej, czy moje rozhukane myśli wiecznie przywoływać je będą do mojej pamięci? Boże! mój Boże! czyliż ja byłem tak głupi, tak niedołężny, że inaczej wziąłem się do rzeczy, aniżelim się wziąść powinien, ale rzecz była do zrobienia i zrobić ją można było. O! będąc tak bogatym, mogłem zaślubić tę młodą dziewczynę, a drugą wziąść sobie za kochankę, bo nie wątpię o tem, ona jest kochanką tego księcia, który bodaj przepadł; niechaj on jej da tyle pieniędzy ile jabym jej dał, ja... Tak, tak... — dodał ściskając pięści z podwojoną wściekłością — można oszaleć... wściec się z gniewu... kiedy sobie trzeba powiedzieć: Przecież ja nie pragnę mieć za kochankę cesarzową chińską, albo zaślubić córkę królowej angielskiej, albo inną jaką... Czegóż ja chciałem? ożenić się tylko z młodą mieszczaneczką, i to z córką starego biednego urzędnika nie mającego ani grosza w kieszeni... czyliż to niema tysiąca podobnych małżeństw? i to mi się nie udało? i ja mam blisko trzydzieści miljonów majątku? Wielki Boże! Nacóż mi się tedy przyda mój majątek? nie potrafię nawet odmówić kochanki jednemu księciu niemieckiemu? Zresztą, ona go musi kochać tylko dla jego pieniędzy, człowiek ten dochodzi już czterdziestu, lat, dumny jest jak paw i zimny jak lód. Młodszy jestem od niego, brzydszy, a jeżeli on jest arcyksiążę, ja za to jestem arcymiljonerem. A potem, i tę jeszcze mam nad nim wyższość, żem go okropnie upokorzył, gdyż ta przeklęta, zuchwała kobieta słyszała, kiedym jej księcia traktował jak ostatniego z ludzi. Wyrzucała mu przecież w mojej obecności, że znosił rzucone mu przeze mnie zniewagi. Musi ona pogardzać tym człowiekiem, i, jak wszystkie kobiety tego rodzaju, czuć pewną słabość dla człowieka energicznego i opryskliwego, który takim jak tamten pomiata; obeszła się ze mną nielitościwie w jego obecności, to prawda. O! gdybym mu mógł wyrwać tę kobietę! jaki triumf! jaka zemsta! jaka pociecha za moje chybione małżeństwo!... Pociecha? nie... gdyż jedna z tych kobiet nie zatrze drugiej w mojej pamięci... Nie wiem czy to wiek, ale ja nigdy nie doświadczam takiej wytrwałości w moich żądzach, jakiej doznaję względem tej młodej dziewczyny. Zresztą, mniejsza o to, gdybym tylko zdołał pozbawić księcia jego kochanki, już połowa mej woli byłaby spełniona, a, kto wie? ta kobieta zna Antoninę, zdaje się posiadać jakąś władzę nad nią. Tak, kto wie, czy nie mógłbym jej skłonić pieniędzmi do... O szczęście! — zawołał Paskal z wybuchem dzikiej radości — jaki triumf!... porwać żonę temu blademu młodzieniaszkowi i piękną kochankę temu księciu!... gdybym miał cały mój majątek na to stracić... muszę tego dopiąć!
Poczem zatrzymawszy się, jakgdyby chciał zebrać swoje myśli, dodał po chwili milczenia:
— Bądźmy tylko spokojni, weźmy się dobrze do rzeczy, a przedewszystkiem zwinnie. Szpieg mój powie mi dzisiaj wieczorem, gdzie ta kobieta mieszka. Byle tylko nie mieszkała w pałacu Elysée, na co jednak wcale nie wygląda, dowiedziawszy się zaś o jej mieszkaniu, dalipan! wyprawię do niej tę starą, chytrą panię Doucet, kupcową strojów, stary to sposób, ale zawsze najlepszy do robienia interesów z aktorkami, mieszczankami i kobietami, będącemi na utrzymaniu; bo koniec końcem... ta kochanka księcia nie może być czem innem: wszakże ona przyszła z gołą głową przerwać w samym środku naszą rozmowę; nie zważała przeto na żadne względy. Nie mogę zatem użyć lepszego pośrednika jak panią Doucet. Wezwijmy ją natychmiast.
Paskal zaczął właśnie pisać coś na swojem biurku, gdy wtem wszedł jego służący.
— Czego chcesz? — opryskliwie zapytał finansista — nie dzwoniłem na ciebie.
— Panie... jakaś dama.
— Nie mam czasu.
— Przybywa ona o wypłatę wekslu.
— Niech idzie do kasy.
— Dama ta chce koniecznie z panem mówić.
— To być nie może, niech idzie do kasy.
Służący wyszedł, Paskal zaczął pisać dalej, ale wkrótce służący znowu powrócił.
— Przestanieszże ty mi przeszkadzać? — krzyknął Paskal. — Czegóż znowu chcesz?
— Panie, ta dama...
— Do pioruna! czy ty sobie żartujesz ze mnie? Mówiłem ci, żebyś ją odprawił do kasy!
— Dama ta oddała mi swój bilet, mówiąc mi, ażebym pana prosił o przeczytanie tego co na dole napisała ołówkiem.
— Daj... zobaczę... To rzecz nieznośna — rzekł Paskal, biorąc do ręki bilet, na którym przeczytał, co następuje:
Margrabina de Miranda.
Pod nazwiskiem było napisane ołówkiem:
Która miała zaszczyt spotkać pana Paskala w Elysée-Bourbon, u arcyksięcia Leopolda.
Gdyby piorun był uderzył u stóp Paskala, nie byłby nim pewnie więcej przerażony; nie mógł oczom swoim uwierzyć, i powtórnie jeszcze przeczytał bilet, mówiąc do siebie:
— Margrabina de Miranda... więc ona jest margrabiną... Ba! taka to pewnie margrabina jak Lola-Montes hrabina; szlachectwo spódniczkowe; ale mniejsza o to... zawsze to ona... Ona tu... u mnie... w chwili, kiedym rozmyślał nad środkami wejścia z nią w stosunki... Ah! Paskalu, mój przyjacielu Paskalu... twoja złota gwiazda, ukryta na chwilę, jaśnieje teraz całym swoim blaskiem... I ona przychodzi tutaj pod pozorem jakiegoś wekslu... Słuchaj... słuchaj, Paskalu, mój przyjacielu, tylko bądź spokojny... podobna okoliczność... nie wydarzy się dwa razy w życiu... Pomyśl, że jeśli będziesz zręczny, możesz za jednem rzuceniem sieci złowić kochankę księcia i żonę tego jasnego młodzieniaszka. Ah!... serce moje bije tak gwałtownie... pewien jesitem, że muszę być blady.
— Panie, cóż mam odpowiedzieć tej damie? — zapytał nareszcie służący, zdziwiony tak długiem milczeniem swego pana.
— Czekaj, głupcze na moje rozkazy — odpowiedział Paskal z gniewem.
— No, bądźmy spokojni, powtarzam jeszcze... uspokójmy się — pomyślał — wzruszenie wszystkoby zgubiło, sparaliżowałoby moje środki. To rzecz nadzwyczajnie ważna, a gdybym miał przegrać sprawę w położeniu tak szczęśliwem... dalibóg... jabym się zastrzelił bez żadnego namysłu.
Po chwili milczenia, w ciągu którego zdołał przytłumić nieco swoje wewnętrzne wzruszenie, Paskal powiedział sobie:
— Otóż przyszedłem do siebie, czekajmy przyszłości... tymczasem zaś działajmy mądrze.
Następnie zawołał głośno:
— Wprowadź tę damę.
Służący wyszedł i wkrótce powrócił znowu meldując;
— Pani margrabina de Miranda.
Magdalena, wbrew swemu zwyczajowi, nie była już tego dnia ubraną jak jaka babka, jak to wczoraj powiedziała księciu, ale przeciwnie, wystrojoną była ze świeżą elegancją, która uczyniła jeszcze czarowniejszą jej piękność; kapelusz ryżowy à la Pamela, ubrany kłosami zboża połączonemi z bławatkami, tak dalece był otwarty i odsłaniał twarz i szyję margrabiny, jakgdyby była z gołą głową; świeża suknia z białego muślinu, również obsiana małemi bławatkami, odznaczała zarysy jej niezrównanej kibici, którą można było podać za wzór, najpiękniejszej budowy ciała, rozkosznej giętkości ruchów cechującej kształty meksykańskich kreolek, osłonionej lekką gazą, wznoszącą się pod spokojnem tchnieniem jej marmurowej piersi.


Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Eugène Sue i tłumacza: anonimowy.