<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Sienkiewicz
Tytuł Sprawy bieżące 1874, 1875
Pochodzenie Niwa (1875) t. VII, str. 213-219
Publicystyka Tom IV
Wydawca Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Gebethner i Wolff
Data powstania 1875
Data wyd. 1937
Druk Zakład Narodowy im. Ossolińskich
Miejsce wyd. Lwów — Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cały cykl felietonów
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


II
[Kilka słów w obronie Niwy, i jej współpracownika, p. Jeleńskiego, który w artykule pn. Kalisz i jego okolice zaznaczył, iż dużo spotyka się Niemców wśród kupców i przemysłowców kaliskich. — W kwestii poczty i napisów w gmachu pocztowym li tylko w języku rosyjskim. — O możności wysyłania listów nie tylko do Jedo, Bangkok, Rio-Janeiro, ale i do Wilanowa, Mokotowa itd. — O przyjściu do skutku budowy kolei nadwiślańskiej. — O wyborach do Zarządu Kasy Zjednoczenia przy kolei warszawsko-wiedeńskiej. — O nowych wydawnictwach].

Pozwólcie nam, czytelnicy, wypowiedzieć kilka słów w obronie naszego pisma i naszego współpracownika.
Jak wam zapewne wiadomo, drukuje się u nas pod rubryką: Sprawozdania z obecnego stanu kraju, obszerna praca p. Jana Jeleńskiego pt. Kalisz i jego okolice. Otóż sprawozdawca nasz w nrze 1 Niwy gorzko ubolewa nad przewagą żywiołu germańskiego w tem do niedawna jeszcze czysto polskiem mieście. Między innemi zaś mówi:
„Czytamy w tej chwili nazwiska firm, zakładów fabrycznych i przemysłowych... a końcówki: ski i wicz w stosunku do: er, sigl, brandt, usch, mann, the itp. mają się, jak jeden do dziesięciu“...
„Najbogatszą dzielnicę pracy, najtrwalszą podstawę bytu zajęli i opanowali Niemcy, i oni tu rej wodzą. Germanizm czuć tu na każdym prawie kroku“. „Co gorsza, to jeden rzut oka wystarcza, by spostrzec, że ci łaskawi przybysze pragną zdobyć stanowczą przewagę nad żywiołem rodzinnym, usiłując żywioł ten zepchnąć na plan ostatni i z łaski jedynie ofiarować mu w jego własnym zakątku miejsce przytułku...“
Słowa te wywołały żywą replikę ze strony kaliskiej korespondentki Gazety Polskiej, która w nrze 14 tejże gazety, nie szczędząc naszemu sprawozdawcy zarzutów, między innemi powiada, co następuje: „Należało panu Jeleńskiemu być nieco oględniejszym i nie zapominać o tem, że jest dużo nazwisk, nie kończących się na: ski i wicz, a jednak ci, co ich używają, mają się za tutejszych“.
Doprawdy, — odpowiadamy na zarzut, — należało nie panu Jeleńskiemu, ale korespondentce być trochę oględniejszą i nie stawiać zarzutów, na które prawie nie podobna poważnie odpowiadać. Więc autorka nie zrozumiała myśli p. Jeleńskiego? nie pojęła, że nie chodziło mu o samo brzmienie nazwiska, ale o coś innego i głębszego. A przecież i dzieci wiedzą, że można mieć nazwisko cudzoziemskie, a być dobrym Polakiem. Niemca, który, osiedliwszy się między nami, pokochał kraj nasz jak własną ojczyznę, przylgnął do narodowości, który gotów dzielić jej dolę i niedolę, — Niemca takiego nikt niezawodnie za cudzoziemca uważać nie będzie dlatego tylko, że jego nazwisko nie kończy się na ski lub wicz. Z drugiej strony, von Podbielscy i von Leszczyńscy dowodzą, że można mieć nazwisko polskie, a być Niemcem. Bywa więc i tak, i owak, — i nie o tych rzeczach mówił pan Jeleński. Przyzna jednak autorka, że poza Niemcami spolszczonemi i zrosłemi z interesami naszego społeczeństwa istnieją jeszcze całe zastępy Niemców niechętnych narodowi, chciwych, drapieżnych, czyhających tylko na jego szkodę. Ci uważają się wprawdzie także, wedle wyrażenia autorki, za „tutejszych“, ale tylko dlatego, że naszę ziemię uważają za swoję własność. Otóż dziękujemy uniżenie za taką „tutejszość“, która nie ma nic wspólnego ze „swojskością“, pojmowaną w tem znaczeniu, jakie jednozgodnie do wyrazu tego nauczyliśmy się przywiązywać.
Zdaje się, że wytłumaczyliśmy się dość jasno, z czystem więc sumieniem przeszlibyśmy do innego przedmiotu, gdyby nie kilka punktów, które porusza autorka, a których i my choć pobieżnie dotknąć pragniemy. Otóż, mówiąc o germanizmie i przyznając, że jest to żywioł wrogi polskiemu, autorka następujące podaje przeciw niemu środki: „Gdy ktoś dom nasz nawiedza (mówi autorka) i w nim osiedlić się pragnie, musimy ku niemu zrobić krok pierwszy, jeżeli chcemy, aby był naszym przyjacielem, należy przyjąć go mile, zachęcić, aby nam ufał, ale“... Miły Boże! rzekłbyś, że chodzi o jaką wizytkę sąsiedzką, w której cała uprzejmość winna być po stronie gospodarza.
Istotnie, przykład doskonale wybrany. Gdy ktoś dom nasz nawiedza i stale się w nim osiedlić, a nas pod gołe niebo wyrzucić pragnie, powinniśmy zrobić krok pierwszy, przyjąć go mile, zachęcić go, aby nam ufał, że się nie bardzo będziemy opierać itp. Mimowoli przychodzi na myśl bajka, zdaje się, Safira: „Pytał raz kucharz ryb, z jakim sosem chcą być przyrządzone“. Otóż podobno ryby nie odpowiedziały mu dość grzecznie. A brzydkie ryby! Cóż to za brak uprzejmości! A przecie kucharz pytał tak grzecznie, że trudno grzeczniej... Ale one może wolałyby być wcale nie przyrządzane. Co za niedelikatność! Cała tedy wina na naszej stronie.
Autorka zresztą wypowiada to wyraźnie w dalszym ciągu swego artykułu, w miejscu, gdzie, mówiąc o przewadze Niemców, tak ją tłomaczy:
„Tutejszym Niemcom zarzuca jeszcze pan Jeleński, że objęli cały przemysł, źródło bogactwa krajowego, że pragną zdobyć przewagę nad żywiołem miejscowym, zepchnąć go na ostatni plan i z łaski jedynie zostawić mu w jego własnym kraju miejsce przytuliska! Czyjaż-to wina, na prawdę, nie germanizmu, ale nasza własna. Ojcowie i praojcowie nie nauczyli nas pracować, nie wychowali nas praktycznie, nie nauczyli chodzić o własnych siłach, kazali nam opierać się na obcem ramieniu; mówiono dzieciom: „Bóg musi nam dopomóc, tak dłużej pozostawać nie może“, — zamiast im powtarzać: uczcie się rozumu w jakimkolwiek języku, aby tylko kraj wasz odniósł z niego pożytek“, etc.
Owóż, łaskawa pani, piszesz tu rzeczy albo nieprawdziwe, albo zgoła bardzo brzydkie.
I tak:
Pan Jeleński nie zarzuca Niemcom, że objęli cały przemysł, — źródło bogactwa krajowego, — ale tylko ubolewa „nad tem“, a ubolewa właśnie dlatego, że: „pragną zdobyć stanowczą przewagę nad żywiołem miejscowym, zepchnąć go na ostatni plan i z łaski jedynie zostawić mu w jego własnym kraju miejsce przytuliska“. To oburza p. Jeleńskiego, to przejmuje go obawą, i dlatego zwraca uwagę ziomków na niebezpieczeństwo i na środki ratunku, inne, niż robienie „pierwszych kroków“.
Ale teraz pytasz pani: „Czyjaż to wina“? — Pomówmy.
Że Niemcy objęli przemysł — to nasza wina, ale że „pragną zepchnąć żywioł miejscowy etc.“ — to ich wina, i bardzo wielka wina; to dowód ich chciwości, drapieżności i na koniec niewdzięczności dla swoich chlebodawców. Dzieje im się tu dobrze, — nieprawda? — A nienawidzą kraju i jego mieszkańców. Oto ich wina!
Ale teraz wróćmy do naszej winy. Autorka tak ją tłomaczy: „Ojcowie i praojcowie nasi nie nauczyli nas etc.“... Dobra pani! Czybyśmy nie mogli już raz dać naszym ojcom spokoju? Gdyby tak ktoś zaczął wyliczać, że jednak ci nasi ojczyskowie i praojczyskowie nauczyli nas miłości do kraju, cnót rodzinnych, etc. etc., naówczas wszystkie, jak ich nazywa Lam, tromtadraty podniosłyby taki krzyk, że niezawodnie w piekle by było słychać: „O! — krzyknęliby — to arystokracja, to przesądy, to zapleśniały mur ciemnoty, w który my walemy taranem dwustu tysięcy tomów na rok i czterdziestą tysiącami n co numer naszego pisma, którego prenumerata roczna, mówiąc nawiasem, wynosi...“ (tu następują rubryki: na prowincji, w Warszawie, i cyfry). A jednak też same i ciż sami tromtadraci, ile razy idzie o wady i głupstwa, niezawodnie począwszy od autobiografii, zajadą do przodków i na nich zwalą całą winę. — Hej! dajmyż już raz im pokój, tym naszym ojcom i praojcom, śpiącym cicho po mogiłach i kurhanach kresowych.
Napracowali się za dni żywota swego, nacierpieli, naprzelewali łez i krwi hojnie, a teraz jeszcze poruszają ich prochy ze złorzeczeniem nawet wówczas, gdy chodzi o Niemców z Kalisza.
Biorą im za złe nawet i to, że nie powtarzali wnukom: „uczcie się rozumu w jakimbądź języku“. A jakże im było takie rzeczy powtarzać? za czasów Kochanowskiego lub później Konarskiego? Ej! autorko! autorko!
Na koniec, pozwoli sobie szanowna korespondentka powiedzieć, że albo jest nieuważną, albo do wysokiego stopnia niecierpliwą. Zarzucasz pani p. Jeleńskiemu, że nie wspomniał o pracowni pani Parczewskiej. Otóż, jak można takie zarzuty stawiać? Sprawozdanie o Kaliszu i jego okolicy rozpoczęło się w nrze 1 i miało się ciągnąć jeszcze przez wiele następnych. Pani czytałaś (10 stycznia) tylko pierwszy, nie mogłaś więc wiedzieć, o czem pan Jeleński będzie, a o czem nie będzie mówił w następnych. Jakoż obszerny opis pracowni pani Parczewskiej znajduje się zaraz w numerze 2 Niwy. Do niego więc odsyłamy nie tyle jeszcze korespondentkę Gazety Polskiej, bo to pisała przed wyjściem nru 2 Niwy, ile redakcją Gazety Polskiej, która zarzut przemilczenia o pracowni p. Parczewskiej drukowała w pięć dni po wyjściu w Niwie opisu tejże pracowni.
A teraz, skończywszy z korespondentką Gazety Polskiej, możemy przejść do innego przedmiotu.

∗             ∗

Czytaliśmy, nie pamiętamy już w jakiem piśmie, że w Ameryce powszechne jest oburzenie i powszechne skargi na służbę pocztową żeńską. Starzy skarżą się, że nie mogą nic na czas odebrać, bo urzędniczki kokietują z młodemi ludźmi. Nie tak więc źle jest u nas, jak się zdaje, my bowiem nie możemy się skarżyć, aby zarząd pocztowy lub jego urzędnicy kokietowali z publicznością. Naprzód słyszeliśmy niemało skarg, zwłaszcza od kobiet, że w całym gmachu pocztowym, obok napisów rosyjskich, nie ma żadnych innych, a przede wszystkiem polskich. Cudzoziemiec albo i krajowiec, nie umiejący języka urzędowego, błąka się po całym gmachu, od Annasza do Kaifasza, nie wiedząc, gdzie oddają pieniądze, gdzie je biorą, gdzie odbiera się listy krajowe, gdzie zagraniczne itp. Na dobitkę, Annasz i Kaifasz nie zawsze bywają w dobrym humorze i nie zawsze chcą odpowiedzieć na pytania. Tak więc, jeżeli ma być tabakiera dla nosa, a nie nos dla tabakiery, to jest, jeżeli mają być napisy dla publiczności, a nie publiczność dla napisów, to potrzeba, żeby te były przystępne zarówno dla wszystkich stanów, płci i wieków.
Co do poczt, doszła nas jeszcze jedna, radosna wiadomość. Oto można będzie posyłać listy z Warszawy w okolice Warszawy. Do tej pory z Warszawy można było pisać do Jedo, do Bangkok, do Rio-Janeiro itp., ale nie do Wilanowa, Mokotowa etc. Trudno uwierzyć, a jednak tak było. Teraz ma być urządzona komunikacja. Jak prędko to się jednak stanie, — nie wiemy. Im prędzej, tem lepiej.
Są rzeczy, o których wiemy, że muszą przyjść do skutku, o których mówimy: im prędzej, tem lepiej, a które jednak idą z dziwną jakąś powolnością. Do takich rzeczy należy nowa kolej nadwiślańska. Opóźniła ją walka kapitalistów, ale wreszcie walka ucichła, wytknięto drogę, porobiono gdzieniegdzie nasypy, zakupiono tu i owdzie grunta, — nagle znów krzyk. Oto droga na Maciejowice nic warta, oto jest inna, krótsza czy nie krótsza, ale lepsza, bezpieczniejsza, dogodniejsza i tańsza.
Oto jest jeden ważny wzgląd, o którym przepominają zwolennicy nowej drogi, to jest, że nowa ta droga znowu opóźni kolej. Korzyści z niej są wątpliwsze, owszem, znajdują się ludzie bardzo kompetentni, którzy twierdzą, że jest mniej korzystną od pierwszej, pewnem jest tylko to, że się kolej opóźni. Wprawdzie zwolennicy obiecują dla kraju niesłychane dobrodziejstwa z nowej linii, zdaje się jednak, że dobrodziejstwa owe w znacznej części redukują się do korzyści, jakie by odniosło kilku lub kilkunastu szlachty, przez których grunta droga przechodziłaby w nowym kierunku. Kto wie, czy wzgląd ten nie jest jedną z najważniejszych przyczyn całej sprawy.
Kiedy już mówimy o kolejach, niech nam będzie wolno wspomnieć o wyborach członków do Zarządu Kasy Zjednoczenia przy kolei warszawsko-wiedeńskiej. Do tej pory wybierano na członków zarządu samych tylko dygnitarzy, którym niezbyt chodziło o rozwój instytucji. Otóż ostatnie wybory dały odmienny rezultat. Obok naczelników wydziałów wybrano kilku nadkonduktorów, maszynistów, dozorców drogowych i tym podobnie. Zdaniem naszem, wybór padł właściwie, nowy bowiem zarząd, jako składający się z członków, których pomyślność instytucji interesuje bezpośrednio, usilniej będzie przykładał się do jej rozwoju i prędzej przeprowadzi reformy do tegoż rozwoju konieczne.

∗             ∗

Nowe wydawnictwa mnożą się. Każdy prawie numer pism codziennych zawiera nowe prospekty. Niedawno rozeszła się wieść o mającem powstać nowem piśmie. Kto je ma wydawać, z pomocą jakich środków ma wychodzić, a na koniec, kto ma w niem pisać, wszystko to jeszcze tajemnica. Pisma codzienne doniosły wprawdzie, że jest koncesja, są ludzie i są pieniądze. Ani słowa: są to trzy znakomite warunki, i gdyby się tylko znalazł czwarty warunek: prenumeratorzy, — wszystko spełniłoby się jak najlepiej. Posiadania tego ostatniego warunku życzemy nowemu przedsięwzięciu, — jeżeli nie jest ono tylko urojeniem — jak najszczerzej. Przewidujemy jednak trudności, z jakiemi wydawcom przyjdzie walczyć. Prenumeratorowie przychodzą powoli, trzeba ich sobie zdobywać poważną pracą i dotrzymywaniem zobowiązań. Są wprawdzie wydawnictwa, które na innych drogach szukają rozwoju, ale owych dróg radzimy wszystkim unikać.
Niemałą także przyjemność sprawiło zwolennikom lżejszego czytania zamierzone wydawnictwo dzieł Walter Scotta. Na czele wydawnictwa stoi pan Grubecki. Warunki pieniężne są nader przystępne dla mniej nawet zaopatrzonych kieszeni, a samo przedsiewzięcie pożyteczne. Bądź co bądź, utwory Walter Scotta są to arcydzieła, a jako takie, nie starzeją się nigdy. Dzisiejsze pokolenie wprawdzie, zwłaszcza zaś dzisiejsze pokolenie kobiece, wychowane na romansach francuskich, nie zna jak należy dzieł angielskiego romansopisarza, ale właśnie to jeden dowód więcej, dla którego wydawnictwo może i powinno się udać. Książki te w czytelnikach mogą wyrobić zdrowy smak estetyczny, młodszemu zaś pokoleniu powieściopisarzy posłużą za wzór, jak należy pisać powieści historyczne, wszystkim wreszcie zapełnią w sposób przyjemny długie wieczory zbliżającego się wielkiego postu.
Tak jest, karnawał już na schyłku. Nie dorównał on świetnością karnawałom lat zeszłych. Mniej się bawiono, mniej tańczono, mniej dołączono ogłoszeń do kurierów, mniej na koniec wydano pieniędzy. Co było tego powodem? trudno powiedzieć. Możeśmy trochę biedniejsi, a może i trochę rozumniejsi niż dawniej. Może filipiki przeciw strojom i zbytkom poskutkowały wreszcie, — dość, że było skromniej, ciszej i spokojniej. Tańcowało tylko trochę miłosierdzie, a raczej my wszyscy w imieniu miłosierdzia, ale na owych balach na rozmaite instytucje dobroczynne zyskują głównie biedni, więc nie ma co przeciw nim pisać.
Zbliżający się post przyniesie nam za to cały cykl prelekcyj na osady rolne, dla małoletnich przestępców. Warszawa z niecierpliwością oczekuje tych prelekcyj, ponieważ mają w nich wziąć udział kobiety, a mianowicie dwie znane na polu powieściopisarskiem autorki, p. Eliza Orzeszkowa i Waleria Marrené (Morzkowska). Dotychczas kobiety prawie że nie brały udziału w tego rodzaju wystąpieniach. W swoim czasie mówiła wprawdzie z katedry p. Dobieszewska i pani Ćwierciakiewiczowa, ale wystąpienia te były mało komu wiadome, — a zresztą pierwszej zbyt dorywcze, drugiej zbyt kulinarnie-specjalne. Obok tych zamierzonych odczytów, odczyty dla rzemieślników idą po staremu, zawsze równie tłumnie i gorliwie nawiedzane przez chciwą wiedzy młodzież. Ostatni odczyt z zakresu botaniki i ogrodnictwa miał p. Jankowski, z powołania ogrodnik, znający też swój przedmiot nie tylko teoretycznie, ale i praktycznie. Odczyt ten przede wszystkiem wykazał, co znaczy, kiedy mówi specjalista, a nie amator, nie mający prócz dobrych chęci żadnych innych praktycznych kwalifikacyj. Słuchacze odeszli na nowo utwierdzeni w przekonaniu, że odczyty mogą im przynieść wiele korzyści, że można się wiele nauczyć, tylko nie trzeba uważać ich za zabawkę, służącą do zabicia w modny sposób godziny czasu w dnie świąteczne.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Sienkiewicz.