Tajemnice Nalewek/Część I/VI

<<< Dane tekstu >>>
Autor Henryk Nagiel
Tytuł Tajemnice Nalewek
Część I-sza
Wydawca E. Wende i S-ka
Data wyd. 1926
Druk Drukarnia Leona Nowaka
Miejsce wyd. Warszawa
Źródło Skany na Commons
Inne Cała część I
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Cała powieść
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron
VI
W IZDEBCE HALBERSONA

Była godzina jedenasta rano. W małej izdebce Halbersona, przy łóżku, na którem spoczywało zimne już ciało, zebrało się sporo osób. Był tu sędzia śledczy, prokurator, lekarz, znany już nam urzędnik policyjny, kilku ajentów, ślusarz, wreszcie rządca domu i stróż. Przystępowano do pierwszych czynności śledztwa.
Pokoik, zajmowany przez Halbersona, był mały, ciasny, niski, bardzo skąpo umeblowany. Znajdowało się tutaj łóżko, szafa niewielka, komoda, stół, parę krzesełek i więcej nic. W pokoju nie widać było żadnego szczególniejszego nieładu, któryby świadczył o walce, o odbytym dramacie. Ciało Halbersona leżało na łóżku zarzucone prześcieradłem. Na znak dany przez sędziego jeden z agentów zdjął przykrycie. Od pierwszego rzutu oka można było dostrzec, iż śmierć nastąpiła wskutek uduszenia. Charakterystyczne cechy asfiksji były aż nadto widoczne. Co więcej, na sinej szyi poza brodą, białą jak mleko, widać było zaciśnięty silnie sznurek, którego jakgdyby zerwany koniec leżał na pościeli. Nieboszczyk był tylko w bieliźnie.
Widok ten zrobił na obecnych potężne wrażenie. Wszyscy aż odstąpili wtył.
— Cóż doktorze, jakież twe wnioski? — zapytał wreszcie prokurator.
Doktór zbliżył się do łóżka i przez chwilę badał ciało wzrokiem.
— Najwidoczniejsze uduszenie. Nieboszczyk powiesił się lub... został powieszony. Przekonywa o tem choćby sznurek zaciśnięty na szyi i to...
Tu doktór wskazał wzrokiem mocny hak wbity w ścianę na wysokości około czterech stóp nad łóżkiem i wiszący na haku kawałek sznurka.
— W samej rzeczy — rzekł sędzia śledczy.
— Nie potrzebuję więc panom mówić, że według tego co tu widzimy, Halberson musiał się powiesić, a następnie sznurek, zbyt słaby, pękł i ciało upadło na łóżko...
Jest to, jak dotąd, zupełnie prawdopodobne.
— Zresztą należy sprawdzić, czy rzeczywiście śmierć nastąpiła z tej tylko przyczyny i czy przypadkiem nie zostało powieszone ciało już martwe?...
Nastąpiły bardzo szczegółowe i skrupulatne oględziny. Wszyscy obecni oczekiwali z niecierpliwością ich rezultatu.
— I cóż — zapytał prokurator, gdy wreszcie doktór wyprostował postać pochyloną dotąd nad łóżkiem.
— Prawie stanowczo mogę twierdzić, że każdy inny organ zasadniczo nie został naruszony... i że śmierć nastąpiła wskutek uduszenia. Wątpliwość jest prawie niemożebna.
— A więc przypuszczasz pan samobójstwo.
— Według wszelkiego prawdopodobieństwa...
— Czy nie można przypuszczać, że nieboszczyk został wprost uduszony sznurkiem, a następnie przygotowano otoczenie przypominające myśl powieszenia?
— Sądzę, że nie... ciśnienie sznurka na szyję byłoby inne, znacznie mniejsze.
Urzędnicy widocznie byli zadziwieni. Rezultat śledztwa był wprost niezgodny z ich domniemaniami. Sędzia śledczy rozglądał się uważnie po mieszkaniu, mierzył wzrokiem wysokość haku, wreszcie rzekł, zwracając się tym razem do urzędnika policyjnego:
— Czy pan nie sądzisz, że w stosunku do wzrostu nieboszczyka hak wbity jest zbyt wysoko?
— Być może.
Była chwila milczenia.
— Trzeba wreszcie kończyć nasze zajęcie — rzekł prokurator. — Niech ajenci zajmą się przeszukaniem mieszkania... Ale, ale — dorzucił po chwili, zwracając się do rządcy domu — czy w pierwszej chwili po otworzeniu mieszkania nie znaleziono nic, żadnego listu, papierka?
— Zupełnie nic. Zresztą przy pierwszem otworzeniu drzwi znajdował się ten pan.
Wskazał ręką na jednego z ajentów policyjnych, niskiego bruneta, szczupłego i niezmiernie ruchliwego. Mógł on liczyć dwadzieścia kilka lat. Miał twarz i wygląd dziecka ulicy, gamena.
Agent potwierdził oświadczenie rządcy domu.
— To dziwne — zauważył prokurator. — Samobójcy ze sfery cokolwiek inteligentniejszej, zwykle zostawiają parę słów, wyjaśniających w ten lub inny sposób powody samobójstwa... Mają oni zawsze coś do powiedzenia światu, który opuszczają na zawsze.
Tymczasem ajenci zajęli się pilnie przeglądaniem mieszkania. Przeszukiwali szafę i pościel, zaglądali do wszystkich kątów, wybierali różne drobne przedmioty. Największą ruchliwością odznaczał się ów mały ajent ruchliwy, jak żywe srebro. Twarz jego nie wyrażała jednak zadowolenia; dotąd nie znaleziono nic poważniejszego, nic coby dorzucało jaki nowy szczegół do sprawy, coś wyjaśniło i tłumaczyło.
Z początku urzędnicy pilnie uważali na poszukiwania, po kilku chwilach jednak, nie widząc nic ciekawego, stanęli w jednym z rogów izdebki i zapytywali o różne szczegóły rządcę.
— Jakie życie prowadził zmarły Halberson? — pytał sędzia śledczy.
— Nadzwyczaj spokojnie. Wychodził i przychodził o jednej godzinie, wieczorem chodził na spacer, nikogo u siebie nie przyjmował.
— Czy robił on na panu wrażenie człowieka zamożnego?
— Trudno na to odpowiedzieć. Żył bardzo oszczędnie, nawet skąpo. Mówiono jednak o nim że ma pieniądze i to dość znaczne. Komorne płacił jak najregularniej.
— Czy przypadkiem niewiadomo, jak spędził lub mógł spędzić wieczór dnia onegdajszego? — prowadził dalej indagację sędzia.
— To chyba może wiedzieć stróż... Janie, chodźcieno tutaj.
Rządca powtórzył Janowi pytanie sędziego. Jan podrapał się w głowę, wreszcie rzekł:
— Jakoś mi się ochapia, że pan Halberson wrócił do domu około piątej w dzień. Stałem wtenczas w bramie. Szedł prędko i tak mi się zdaje, że musiał być trochę markotny...
— Czy potem nie wychodził z domu?
— Nie.
— I u niego nikt nie był.
— A chyba że nie... Chociaż kto to może wiedzieć? Tyle się tu włóczy różnych od rana do wieczora!
Sędzia śledczy zwrócił znaczące spojrzenie na prokuratora i szepnął:
— Najwidoczniejsze samobójstwo!... To zupełnie zmienia rzecz.
W tej chwili urzędnik policyjny, który nadzorował czynności ajentów, przystąpił do prokuratora.
— Znaleźliśmy pugilares — rzekł.
Wszyscy skierowali się do komody, w której szufladzie leżał duży, czerwony, safianowy pugilares. Obok znajdowała się sakiewka i kobiałka do drobnej monety. Po skrupulatnem przejrzeniu tych trzech pomieszczeń, znaleziono razem sto kilkadziesiąt rubli. Była jedna storublówka, znajdowało się trochę papierków, w kobiałce było za kilkanaście rubli drobnych, a sakiewka mieściła parę złotych monet. Co zwróciło uwagę obecnych, to ta okoliczność, że w sakiewce znaleziono krzyżyk złoty.
— U Żyda? — zapytał sam sędzia śledczy. — Czy tylko Halberson do ostatnich chwil życia był Żydem?
— Niewątpliwie.
— Czy więcej pieniędzy niema? jakich dowodów, obligów, papierów, dowodzących lokacji kapitałów w instytucjach bankowych?
— Nic...
— To dziwne! Przecież nieboszczyka uważano za kapitalistę... Proszę pana — rzekł nagle, zwracając się do rządcy domu — pan twierdzi że u Halbersona nikt nigdy nie bywał...
— Prawie nikt.
— A więc jednakowoż wizyty zdarzały się, choć bardzo rzadko...
— O ile wiem, to przez czas, kiedy tu jestem rządcą, to jest zawsze pięć lat zgórą, podobne wypadki mogły się zdarzyć dwa lub trzy razy.
— Czy w liczbie odwiedzających Halbersona nie było kobiet?
— Kobiet? Ach, właśnie... Przed kilku miesiącami zajeżdżała do Halbersona jakaś dama w karecie. To zwróciło uwagę całego domu...
— Czy nie widziano dokładnie tej damy, nie dostrzeżono jej twarzy, czy kto nie może przypadkiem dać wskazówek, kto to taki?
— Wątpię. Ot, gapiło się całe podwórze, ale trwało to tylko chwilę. Dama była przytem podobno za woalką. Ja bo sam jej nawet nie widziałem.
Sędzia śledczy pokiwał głową. Naraz zwrócił się do stróża:
— Słuchajcie, czy nie zdarzało się, że nieboszczyk Halberson wracał do domu, czasami bardzo rzadko, późną godziną, o dwunastej, drugiej, albo o trzeciej w nocy?
Jan się zamyślił.
— E, chyba nie... A może... może raz zdaje mi się to tak było...
— Aha!
— Jeszcze jedno — tym razem sędzia śledczy pytał rządcę — czy przypadkiem nieboszczyk nie wyjeżdżał niekiedy na kilka lub kilkanaście dni zagranicę lub do Cesarstwa? Pan, jako prowadzący książki meldunkowe, powinieneś o tem dobrze wiedzieć.
— Raz, trzy lata temu, wyjeżdżał do wód. A potem... kiedyś pamiętam... nawet niedawno, nie było go w domu przez kilka dni. Mówił że wyjeżdża, ale paszportu nie brał.
Sędzia śledczy coraz bardziej był zamyślony. Kręcił głową.
Wtem z drugiego rogu izdebki, od strony łóżka dał się słyszeć lekki okrzyk. Przy łóżku na czworakach leżał prawie nasz ruchliwy ajent „Fryga“, jak go nazywali towarzysze, a zaglądał pod łóżko.
W tej chwili wszyscy już byli obok niego.
— Światła! — wołał „Fryga“ — światła! Albo nie — dodał po chwili — zrobi się inaczej.
Podniósł się.
— Czy można — proszę pana naczelnika, odsunąć łóżko?
Prokurator skinął głową.
Niebawem w rogu pokoju, w miejscu gdzie stało przed chwilą łóżko, obecni spostrzegli żelazne drzwiczki niewielkiej kasetki wpuszczonej w podłogę. Drzwiczki widocznie były otwarte, misterny klucz leżał obok.
Sędzia śledczy nachylił się i otworzył drzwiczki. Z ust obecnych wyrwał się mimowolny okrzyk.
W kasetce leżała kupka listów zastawnych i jakieś rachunki i kwity. W parę chwil rachunek został zrobiony. W kasetce znajdowało się listów zastawnych za dwadzieścia tysięcy rubli zgórą. Dołączone rachunki i specyfikacje dowodziły, że listy zastawne zostały nabyte różnemi czasy u różnych bankierów. Rzecz więc coraz bardziej upraszczała się. Najwidoczniej nie mogło tu być zbrodni, lecz tylko samobójstwo... Wszystko było jasne. Przecież zbrodniarz, gdyby istniał, nie zaniedbałby także rabunku. Innych motywów zbrodni ani można było przypuszczać. Zresztą wszystkie dane materjalne dowodziły stanowczo samobójstwa.
Pomimo to sędzia śledczy kręcił głową niedowierzająco.
Dość sceptycznie musiał się również zapatrywać na owo przypuszczenie „Fryga“, a przynajmniej zdawał się on mniemać, że w sprawie jest jeszcze wiele do odkrycia. Bo, nie kontentując się jeszcze znalezieniem kasetki i pieniędzy, rzucał naokoło wzrokiem badawczym, przeskakującym z przedmiotu na przedmiot.
Musimy go nawet wydać z sekretu. W chwili, gdy po odsunięciu łóżka od ściany uwaga wszystkich skierowana była na kasetkę, „Fryga“ bardzo zręcznie zdołał zeskamotować kilka drobnych kawałków papieru, leżących przy ścianie.
W tej chwili „Fryga“, nachylony nad kasetką znowu z wielką pilnością ją badał.
— Czego tam jeszcze chcesz? — pytał go urzędnik?
— E, nic, proszę pana naczelnika... Aha! — zawołał naraz.
— Czy co nowego?
— Tak, skrytka...
Znowu głowy wszystkich pochyliły się ku podłodze. Rzeczywiście jedna z bocznych ścian kasetki pod palcami „Frygi“ ustąpiła i ukazało się maleńkie zagłębienie. „Fryga“ z triumfującą miną wydobył stamtąd — dwie fotografje.
Podał je sędziemu śledczemu. Jednocześnie przecież do jego palców przylepił się niewidzialny kawałek papieru, wydobyty również z tej samej skrytki... Równie niepostrzeżenie powędrował on do kieszeni ajenta.
Wszyscy tymczasem zajęci byli fotografjami. Przedstawiały one dwie nieznane postacie kobiece, typu wcale nie żydowskiego, ubrane wykwintnie. Nikt z obecnych nie znał tych twarzy. Jedna z dam, przedstawionych na fotografji była to osoba poważniejsza, w dojrzałym już wieku, z wyrazem powagi w twarzy i śladami piękności. — Druga — młodziutkie dziewczę — był to prawdziwie Rafaelowski aniołek, postać pełna wdzięku i uroku... Tak przynajmniej można było sądzić z fotografji.
— Znowu zagadka! — szepnął sędzia śledczy.
Po chwili prokurator po naradzie, z sędzią śledczym, postanowił zamknąć czynności. Nie spodziewano się już nic więcej znaleźć. Przystąpiono do spisania protokółu.
„Fryga“ ciągle jeszcze myszkował po pokoju, czegoś szukając i ciągle przyglądając się czemuś... Szczególnie długo stał nachylony nad łóżkiem, przyglądając się sinej twarzy nieboszczyka. Nawet jakgdyby poprawiał pościel... Tym razem jednak nie zrobił żadnego nowego odkrycia, a przynajmniej nie zakomunikował nic obecnym.



Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Henryk Nagiel.